Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Fenomen gówno wartych prac

Posted by Marucha w dniu 2021-07-06 (Wtorek)

Ilustracja John Riordan

W 1930 r. John Maynard Keynes przewidywał, że do końca wieku technologia rozwinie się na tyle, że w krajach takich jak Wielka Brytania czy Stany Zjednoczone nie będzie pracowało się więcej niż 15 godzin tygodniowo.

Nie ma podstaw, aby uważać, że Keynes się mylił. Biorąc pod uwagę dostępne technologie, opisana sytuacja jest możliwa; nie ma jednak miejsca, wręcz przeciwnie – „usprawnienia” mają służyć temu, żebyśmy pracowali jeszcze dłużej. Aby to osiągnąć, powstająca w ten sposób praca do wykonania powinna być, i faktycznie jest, bez sensu.

Ogromne rzesze ludzi, zarówno w Europie, jak i Ameryce Północnej, spędzają całe swoje pracownicze życie wykonując zadania, które, jak sami po cichu przyznają, nie muszą tak naprawdę być wykonane. Moralne i duchowe zniszczenia wywoływane przez taką pracę są większe, niż mogłoby się wydawać i, choć praktycznie nikt o tym głośno nie mówi, zostawiają bliznę na naszym zbiorowym jestestwie.

Dlaczego przewidziana przez Keynesa utopia – niecierpliwie wyczekiwana jeszcze w latach 60. – nie stała się rzeczywistością? Powszechnie przyjęta wersja jest taka, że nie wziął on pod uwagę ogromnego wzrostu siły konsumpcjonizmu. Mając możliwość wyboru pomiędzy mniejszą liczbą godzin pracy a większą liczbą przedmiotów i przyjemności, zgodnie wybraliśmy to drugie.

To zgrabny moralitet, ale wystarczy chwila zastanowienia aby dojść do wniosku, że zawarty w nim obraz nie może być prawdziwy. Od lat 20. XX w. jesteśmy świadkami niewyczerpanej pomysłowości w tworzeniu nowych gałęzi gospodarki i przypisanych do nich etatów, lecz tylko nieliczne z nich mają cokolwiek wspólnego z produkcją czy dystrybucją sushi, iPhone’ów czy modnych butów.

Czym wobec tego są te nowe miejsca pracy? Niedawny raport porównujący zatrudnienie w USA pomiędzy 1910 a 2000 rokiem daje dość jasną odpowiedź na to pytanie (a zarazem na bliźniacze pytanie dotyczące Wielkiej Brytanii). Wraz z mijającym czasem liczba zatrudnionych w przemyśle, na roli, czy jako służba domowa, gwałtownie malała. W tym samym czasie liczba pracowników na stanowiskach specjalistycznych, menedżerskich, biurowych, sprzedażowych i usługowych wzrosła trzykrotnie, zwiększając swój udział z jednej czwartej do trzech czwartych całkowitego zatrudnienia. Innymi słowy, etaty produkcyjne, dokładnie tak jak przewidywano, zostały w dużym stopniu zastąpione pracą maszyn. Liczba tego rodzaju etatów nie stanowi już tak poważnego procentu w skali świata jak kiedyś, nawet jeśli uwzględnić eksploatowane ponad miarę masy w Indiach i Chinach.

Zamiast jednak dopuścić do tego, by czas pracy diametralnie się zmniejszył i uwolnił drzemiący w ludziach potencjał, umożliwiając im realizację własnych projektów, przyjemności, pomysłów i wizji, byliśmy świadkami rozdymania się nie tyle nawet sektora usług, co sektora administracyjnego, włącznie z powstawaniem coraz to nowych dziedzin gospodarki, jak usługi finansowe czy telemarketing, oraz bezprecedensową ekspansją branż takich jak prawo korporacyjne, zarządzanie edukacją, ochroną zdrowia oraz zasobami ludzkimi, public relations.

Wspomniane wcześniej liczby nie uwzględniają wszystkich ludzi, których praca polega na zapewnieniu bezpieczeństwa, pomocy administracyjnej bądź technicznej dla wymienionych gałęzi gospodarki, tak samo jak całej masy zawodów pomocniczych (psi fryzjerzy, całonocni dostawcy pizzy), które istnieją tylko dlatego, że wszyscy inni są tak bardzo zajęci jakąś inną pracą.

To są właśnie zawody, które proponuję nazywać gówno wartymi.

Tak jakby ktoś wymyślał bezsensowne zadania tylko po to, aby każdy z nas miał się czym zająć. I właśnie tu pojawia się zagadka: oto ma miejsce dokładnie taka sytuacja, jaka w kapitalizmie nie powinna się wydarzyć.

W niewydolnych krajach realnego socjalizmu, gdzie zatrudnienie traktowane było zarówno jako prawo, jak i święty obowiązek, system tworzył tak wiele etatów, jak tylko musiał (to dlatego w ZSRR potrzeba było trzech sprzedawców, aby sprzedać kawałek mięsa). Jest to jednak ten rodzaj problemu, który konkurencja rynkowa powinna była rozwiązać. Zgodnie z teorią ekonomii, ostatnią rzeczą, jaką nastawione na zysk przedsiębiorstwo będzie robić, jest wydawanie pieniędzy na pracowników, których tak naprawdę nie potrzebuje. A jednak, w jakiś dziwny sposób, dzieje się tak cały czas.

Gdy korporacje uruchamiają coraz to nowsze programy bezwzględnych i masowych zwolnień, dotykają one zawsze grupy, które faktycznie odpowiedzialne są za wytwarzanie, przemieszczanie, naprawianie czy choćby podtrzymywanie rzeczy w ruchu. Wskutek tajemniczej alchemii, której nikt nie potrafi przekonująco wytłumaczyć, w tym samym czasie rośnie liczba ludzi opłacanych jedynie za przekładanie papierów; coraz więcej tego typu zatrudnionych, podobnie jak w Związku Radzieckim, formalnie pracuje 40 czy nawet 50 godzin tygodniowo, jednak efektywny czas ich pracy równa się co najwyżej 15 godzinom, dokładnie tak, jak przepowiedział to Keynes. Resztę ich czasu pochłania natomiast uczęszczanie bądź organizowanie seminariów motywacyjnych, aktualizacja profili na Facebooku czy ściąganie seriali.

Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (przypomnijcie sobie tylko, do czego doprowadziło zbliżenie się do takiego stanu rzeczy w latach 60. ubiegłego wieku). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek – jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.

Gdy zastanawiałem się nad wyraźnie niekończącym się wzrostem liczby obowiązków administracyjnych w brytyjskiej edukacji wyższej, dotarło do mnie, że to może być jedna z urzeczywistnionych wersji piekła. Piekło jako zbiór jednostek, które spędzają większą część swojego czasu w pracy, na zadaniach, które ani lubią, ani są w nich dobre.

Powiedzmy, że zostały zatrudnione, bo były świetnymi stolarzami, a po jakimś czasie odkryły, że oczekuje się od nich, aby przez większość czasu smażyły ryby. W dodatku zadanie, którym się zajmują, tak naprawdę nie musi być wykonywane – ostatecznie dość ograniczona liczba ryb musi zostać usmażona. Mimo to, wszyscy ci stolarze zostają tak mocno opętani przez podejrzenie, że niektórzy ich koledzy mogą spędzać trochę więcej czasu na stolarce, zamiast sumiennie obsmażać swój przydział, że zanim ktokolwiek się obejrzy, mamy warsztat wypełniony po brzegi źle przyrządzonymi rybami, ponieważ smażenie ryb to jedyne, czym wszyscy faktycznie się zajmują.

Sądzę, że to całkiem trafny opis dynamiki wartości moralnych w ramach współczesnej gospodarki.

*                        *                         *

Zdaję sobie jednocześnie sprawę, że podobne opinie szybko napotkają obiekcje w rodzaju: A kim Ty niby jesteś, by mówić, które zawody czy miejsca pracy są naprawdę potrzebne? Co to w ogóle jest „potrzeba”? Jesteś profesorem antropologii kultury, to ma być potrzebny zawód? I z pewnością wielu czytelników tabloidów uzna etat, który zajmuję, za klasyczny przykład marnowania publicznych pieniędzy. I na pewnym poziomie będą to jak najbardziej trafne spostrzeżenia. Nie istnieje coś takiego, jak obiektywna miara społecznej przydatności.

Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć komuś przekonanemu, że to, co robi, wnosi do świata istotną wartość, że tak naprawdę wcale tak nie jest. Ale co z ludźmi, którzy sami przekonani są o tym, że ich praca jest pozbawiona jakiegokolwiek znaczenia? Nie tak dawno temu rozmawiałem z przyjacielem z czasów szkolnych, którego nie widziałem, odkąd skończyliśmy 12 lat. Byłem zdumiony dowiedziawszy się, że w międzyczasie został on wpierw poetą, a potem frontmanem rockowej kapeli. Słyszałem nawet kilkakrotnie jego piosenki w radio, nie mając świadomości, że śpiewa je ktoś, kogo znam. Facet był świetny, a do tego pomysłowy i oryginalny. Jego twórczość niewątpliwie wzbogacała i inspirowała wiele ludzkich istnień na całym świecie.

Jednak po kilku gorzej sprzedających się albumach kontrakt został zerwany, a on sam, obciążony zobowiązaniami finansowymi i małym dzieckiem, dokonał jak sam to ujął, wyboru niemal domyślnego dla ludzi żyjących bez celu: zaczął studiować prawo. Dziś jest prawnikiem w jednej z czołowych nowojorskich firm i nie miał najmniejszych oporów, by oświadczyć mi, że uważa swoją pracę za kompletnie bez znaczenia, nie wnoszącą absolutnie niczego oraz że jego zawód tak naprawdę w ogóle nie powinien istnieć.

Jest wiele pytań, które można zadać w takiej sytuacji, zaczynając od tego, co mówi o naszym społeczeństwie fakt, że generuje ono wybitnie niskie zapotrzebowanie na utalentowanych poetów i muzyków, ale za to nieskończone na prawników korporacyjnych? (Odpowiedź: gdy 1% populacji rozporządza większością bogactwa, to co nazywamy „rynkiem” odzwierciedla to, co ów 1%, i nikt inny, uzna za potrzebne czy ważne.) Co więcej, pokazuje nam to, że większość ludzi wykonujących podobne prace jest świadoma ich bezsensowności.

To by się zgadzało: nie jestem pewien, czy kiedykolwiek poznałem prawnika korporacyjnego, który nie uważałby swojej pracy za idiotyzm. To samo odnosi się praktycznie do wszystkich wspominanych wcześniej gałęzi gospodarki. Mamy całą klasę opłacanych specjalistów, którzy, jeśli spotkasz ich na przyjęciu i zwierzysz się z wykonywania jakiegoś zawodu, który może uchodzić za interesujący (jak antropolog kultury, dajmy na to) – nie będą chcieli powiedzieć nawet słowa o własnej pracy. Daj im trochę wypić, a dodatkowo zaczną wygłaszać tyrady na temat tego, jak głupi i bez sensu jest w istocie ich zawód.

Mamy tutaj do czynienia z przemocą psychologiczną o głębokich skutkach. Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia?

Swoisty geniusz naszego społeczeństwa polega między innymi na tym, że jego władcy zorientowali się, że owe negatywne emocje należy odpowiednio ukierunkować. Tak, jak miało to miejsce w przypadku smażących ryby stolarzy, najlepiej wycelować go w ludzi, którzy usiłują wykonywać faktycznie coś znaczącą pracę.

Na przykład: panuje generalna zasada, że im bardziej, obiektywnie patrząc, jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić. Obiektywna miara jest raczej trudna do określenia, lecz dość prostym sposobem na ustalenie, czy dana profesja jest pożyteczna, jest zadanie sobie pytania: co by się stało, gdyby wszyscy ludzie wykonujący dany zawód po prostu zniknęli? Mówcie co chcecie o pielęgniarkach, śmieciarzach czy mechanikach, ale jest sprawą oczywistą, że gdyby oni wszyscy nagle rozpłynęli się w powietrzu, skutki byłyby natychmiastowe i katastrofalne. Świat bez nauczycieli czy magazynierów miałby nie lada kłopoty i nawet bez pisarzy science fiction czy muzyków ska byłby zwyczajnie mniej wartościowym miejscem.

Nie jest do końca jasne, jak bardzo ludzkość cierpiałaby w świecie, w którym przestaliby istnieć prezesi funduszy inwestycyjnych, lobbyści, spece od kreowania wizerunku, aktuariusze, telemarketerzy, komornicy czy radcy prawni (wielu podejrzewa, że stan rzecz znacząco by się wówczas poprawił). Mimo tego, nie licząc garstki wyjątków, jak lekarze – cieszący się dobrą opinią, a jednocześnie wysoko wynagradzani – wspomniana zasada ma się zaskakująco dobrze.

Jeszcze bardziej przewrotny wydaje się fakt, że w mniemaniu ogółu najwyraźniej wszystko jest tak, jak być powinno. To jeden z sekretów sukcesu prawicowego populizmu. Możecie to zobaczyć na własne oczy, kiedy tabloidy szczują społeczeństwo na pracowników metra za paraliż Londynu podczas negocjacji płacowych. Fakt, że pracownicy metra mogą sparaliżować miasto, pokazuje wyraźnie, jak bardzo ich praca jest ważna i potrzebna – i właśnie to tak bardzo denerwuje ludzi.

Jeszcze wyraźniej widać to w USA, kiedy Republikanie osiągnęli znaczący sukces w upowszechnianiu niechęci wobec nauczycieli i pracowników fabryk motoryzacyjnych (zamiast, co znamienne, administracji oświatowej czy menedżerów przemysłu samochodowego, winnych problemom), jako posiadających rzekomo rozdęte przywileje i płace. To tak, jakby mówiono im: Ale wy uczycie dzieci! Albo robicie auta! Macie PRAWDZIWĄ pracę! I macie jeszcze czelność oczekiwać emerytur czy opieki zdrowotnej na poziomie klasy średniej?!

Jeśli ktoś będzie planował podział pracy idealnie podtrzymujący władzę kapitału finansowego, ciężko mu będzie wymyślić coś jeszcze lepszego. Prawdziwi pracownicy, którzy wytwarzają realne produkty i usługi, są bezlitośnie eksploatowani i uciskani. Reszta natomiast jest podzielona pomiędzy sterroryzowaną warstwę powszechnie wykpiwanych bezrobotnych oraz większą od niej grupę, która zasadniczo otrzymuje wynagrodzenie za nierobienie niczego – na stanowiskach zaprojektowanych w taki sposób, by zajmujące je osoby identyfikowały się z punktem widzenia i wartościami klasy rządzącej (menedżerów, administracji etc.), a zwłaszcza jej emanacji z sektora finansowego, jednocześnie czule pielęgnując niechęć wobec każdego, z którego pracy płyną jasne i niezaprzeczalne korzyści dla społeczeństwa.

Oczywistym jest, że system nie został nigdy świadomie zaprojektowany, lecz ukształtował się w ciągu wieku licznych prób i błędów. I to jest jedyne wytłumaczenie, dlaczego – mimo dostępnych możliwości technologicznych – wszyscy nie pracujemy po 3-4 godziny dziennie.

David Graeber
tłum. Michał Michalski

Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie STRIKE! (lato 2013). Z pełnymi wydaniami magazynu można się bezpłatnie zapoznać na jego stronie internetowej: http://www.strikemag.org/.

https://nowyobywatel.pl

Komentarzy 10 do “Fenomen gówno wartych prac”

  1. ? said

    O gównopracy sporo mówił też Karoń, m.in. w kontekście współczesnej politycznej biurwy.

  2. Marcin said

    „jakaś praca jest pożyteczna dla ogółu, tym mniej należy za nią płacić.”

    Kiedyś dorabiałem sobie w wakacje pracując u rolnika w Niemczech. Praca była ciężka a pieniądze kiepskie i zawsze zastanawiało mnie to, że wykonując tak pożyteczną przecież pracę zarabiam tak mało a tyle dobrego przecież robię i gdyby nie ja i wielu mnie podobnych to ludzie nie mieliby co zjeść. Było to upokarzające uczucie, bardzo zniechęcające.
    Teraz pracuję z ludźmi niepełnosprawnymi, autystycznymi i chociaż praca sprawia mi satysfakcję i jest potrzebna społeczeństwu w moim mniemaniu, jest bardzo obciążająca niekiedy psychicznie to wynagrodzenie pozostawia wiele do życzenia.

    Mój szwagier na przykład pracuje w dużym warszawskim banku w dziale zasobów ludzkich siedząc za biurkiem, przed komputerem i prowadzi jakaś durną dokumentację, mechaniczną pracę robota, zarabiając parokrotnie więcej niż ja. Auto służbowe, telefon i dom za pół bańki (oczywiście w kredycie).

    Praca już nie jest celem samym w sobie, nie jest czymś z czego możemy być dumni.
    System sprowadził ją tylko i wyłącznie i w większości przypadków do aktywności dzięki któremu możemy nabyć dobra nakręcając system jak zegarek.

  3. W kapitalizmie chodzi o to, said

    żeby dużo zarobił szef przy jak najmniejszym nakładzie co równa się temu, że robotnik fizyczny ma mieć możliwie jak najniższe zarobki, żeby nie mógł odkładać i tym samym był na amen przywiązany do ciężkiej pracy na rzecz swego szefa.

    To taka teoria wolnego rynku z XIX wieku.

    A patrząc z drugiej strony to biurwy są także zarazą. Praca tuska była jak najbardziej bezużyteczna dla ludzkości toteż kosił grubą kasę i ma 50 tyś na miesiąc emerytury. Czyli może kupować sobie mieszkania co trzy miesiące podczas gdy zwykły robol nie kupi go bez kredytu za swoje zarobione pieniądze nigdy. Tyle.

  4. revers said

    Prawo Wodne i pomylka freudowska przy naliczaniu wod opadowych z 0,89 zlp do 8,9 zlp to dowod, ze mozna nawet za biurkiem eksperta bankowego machnac sie o dziesietna po przecinku i wyjsc na swoje i konta bankowego.

    Ale juz nie moja manka jak zaleje woda dokola banku limuzyny, piwnice bankowe i cywilne prez betonizacje miast, braku w przekrojach drenazu na wode, zasypane rowy melioracyjne, rabukowa wycinke lasow ltore potrafia zatrymac wode, a nawet drzew przydroznych, bo zle sie paniom jedzie z przydroznymi drzewami.

  5. osoba prywatna said

    Ewangelia Konsumpcjonizmu
    https://nowyobywatel.pl/2019/02/20/ewangelia-konsumpcjonizmu/

  6. Anucha said

    Keynes dobrze główkował. Nie przewidział tylko kradzieży na rympał , elity zarządzającej drukarniami.

  7. tryt said

    4-dniowy tydzień pracy na Islandii okazał się sukcesem

    Największy program pilotażowy na świecie, wprowadzający 4-dniowy tydzień pracy w Islandii, okazał się ogromnym sukcesem. Z efektów trwającego cztery lata programu zadowoleni są nie tylko sami pracownicy i związki zawodowe, ale też pracodawcy. Okazało się bowiem, że efektywność pracowników, mimo zmniejszonej liczby godzin, nie tylko nie spadła, ale też często wzrosła.

    Program pilotażowy w zakresie 4-dniowego tygodnia pracy w Islandii, przeprowadzony został w latach 2015-2019. Wziął w nim udział 1 proc. pracującej, dorosłej populacji Islandii, a wśród pracowników, którym ograniczono godziny pracy, znalazły się nie tylko osoby zatrudnione na etacie (pracujące od godz. 9 do 17), ale też osoby pracujące w niestandardowym systemie zmianowym. W programie uczestniczyli przede wszystkim pracownicy biur, przedszkoli, szpitali i domów opieki społecznej.

    Z analizy przeprowadzonej po zakończeniu programu przez brytyjski think tank Autonomy i islandzkie stowarzyszenie Association for Sustainability and Democracy (Alda) wynika, że program pilotażowy okazał się ogromnym sukcesem. Przede wszystkim ograniczona liczba godzin pracy pozytywnie wpłynęła na samopoczucie i zdrowie pracowników, którzy brali udział w badaniu, co przełożyło się na efektywność ich pracy. Niemal we wszystkich grupach zawodowych można było zaobserwować obniżenie poziomu stresu i wypalenia zawodowego, a także przywrócenie większej równowagi między życiem zawodowym i prywatnym.

    „Islandzki przykład związany z wprowadzeniem krótszego tygodnia roboczego mówi nam, że w dzisiejszych czasach można nie tylko mniej pracować, ale też że możliwe są stopniowe zmiany” – podsumowuje wnioski z programu Gudmundur D. Haraldsson, badacz ze stowarzyszenia Alda. A Will Stronge z think tanku Autonomy dodaje: „Badanie pokazuje, że największa jak dotąd na świecie próba skrócenia tygodnia pracy w sektorze publicznym okazała się pod każdym względem przytłaczającym sukcesem. Okazuje się, że sektor publiczny dojrzał do bycia pionierem w zakresie krótszego tygodnia pracy, a wnioski z tego mogą wyciągać także inne rządy”.

    Źródło: PolishExpress.co.uk

  8. pros said

    bez urazy
    ale produkty ‚nowegoobywatela’ a już cokolwiek co ma stempel ‚strike’ czy jacobinmagazin
    to produkty szkoły frankfurckiej >habermas etc>wyeksportowanej do USA gdzie się tym zajął Marcuse ‚dodając’ do tego prochy a tera jeszcze mają tzw. critical race theory (CRT) etc,
    No przecież mamy
    neoliberalizm (nie mający nic wspólnego z liberalizmem) oraz
    globalizm
    a tera będziemy mieć jeszcze Great Reset by Schwabus (se poczytajcie-posłuchajcie prof. Wielomskiego ale nie jego żonę) i inclusive capitalism
    Oczywiście cepy- szczególnie z Polina naćpani rusofobię- sprowadzą wszystko do komuny-putina-niemców-tuska-etc
    bo CAŁY ŚWIAT – ‚wolny świat’ czyli my tyż
    THE DECAY AND DECLINE OF THE WHOLE CAPITALIST SYSTEM>
    .https://goldswitzerland.com/the-decay-and-decline-of-the-whole-capitalist-system/

    ale SAMI autorzy Great Resetu
    mówią wyraźnie jak drut
    społeczeństwa są ROTTEN>>zepsute
    i to mówi członek Davos crowd czy exszef Bank of England
    Mark Carney Unveils Dystopian New World To Combat Climate ‚Crisis’
    .https://www.zerohedge.com/geopolitical/it-wont-be-pleasant-mark-carney-unveils-dystopian-new-world-combat-climate-crisis
    czy
    .https://nationalpost.com/opinion/peter-foster-mark-carney-man-of-destiny-arises-to-revolutionize-society-it-wont-be-pleasant
    i w swojej książce
    Value(s): Building a Better World for All
    ‚ Mark Carney, former governor both of the Bank of Canada and the Bank of England, claims that western society is morally (!!!!) rotten>ROZŁAD<LGBTIqwertytransgender czy ‚róbta co chceta’
    to jedna z recept>
    Profesorka z University of Ottawa
    „Sex Work” Is „The Best Thing Young People Can Do Early In Their Careers”
    .https://www.zerohedge.com/political/u-ottawa-prof-sex-work-best-thing-young-people-can-do-early-their-careers
    no i po prostu społeczności wolnego świata
    trzeba chwycić ‚za pyski’ czyli
    UZDROWIĆ moralnie
    i właśnie ‚great reset’ plus Plandemia mają w tym pomóc
    i my w Polin rąsiami Jarkacza>Moravera+Tuska i kwacha bierzemy w tym chętny udział !!! (polski ład+EU+NATO)
    ale
    Ruskie i Chinole mają ‚odmienne zdanie’>ani nie chcą ‚great resetu’ ani ‚inclusive capitalism’ ani
    ‚critical race theory’> musieli by być idiotami żeby DOPROWADZAĆ swoje społeczeństwa do MORALNEGO ROZKŁADU.

  9. bryś said

    Zawsze pośrednicy zarabiają najlepiej. To samo dodtyczy pośrednictwa pracy.

    Marcin – pracując z autystami u kogoś płaci Pan za jego organizacyjne i inne zdolności. Gdyby sam ze znajomymi załozył Pan fundacje czy stowarzyszenie, przedszkole czy dom pomocy bralibyście kasę bez pośrednika. Jednakowoz zatrudniając ludzi do pracy, na pewno nie dzielił by się Pan z nimi zyskiem, a płacił pensje.

    Czy pracę z niepełnosprawnymi można nazwać gówno pracą? Na dziecko zdrowe idzie około 800 PLN miesięcznie na edukację, na autystyka zaś parę razy więcej. Czy nie było by rozsądniejsze (nie wiem jakiego wyrazu użyć) te większe pieniądze przeznaczyć na dzieci zdolne?

    Gówno praca to też dziwne, zbędne ze zdroworozsądkowego punktu widzenia usługi – jak twierdzi Graf Cezary – np. czesanie pudli i ich tresura.

  10. Dejpanspokój said

    Krzysztof Karoń tak mówi o pożyteczności pracy dla innych: Jeśli swoją pracę zaoferujesz na przysłowiowym straganie tak jak rolnik oferuje np. warzywa to ilu chętnych znajdziesz? Niech każdy sobie zada to pytanie.

Sorry, the comment form is closed at this time.