Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Ale dlaczego? o BlackRock: 2 biliony dolarów…
    Tadeusz o Przez 37 lat, co dzień, wchodz…
    Tadeusz o Przez 37 lat, co dzień, wchodz…
    revers o Nie strasz, nie strasz, b…
    Krzysztof M o Dwa wektory hipokryzji
    Szczepan Zbigniewski o Nie strasz, nie strasz, b…
    Szczepan Zbigniewski o Nie strasz, nie strasz, b…
    revers o Aktualność geopolityki!?
    revers o Aktualność geopolityki!?
    bbebebe o Wolne tematy (82 – …
    kfskenve o Wolne tematy (82 – …
    Lily o „Papież Franciszek”jest naszą…
    revers o Nie strasz, nie strasz, b…
    AlexSailor o Kupiłeś „elektryka”? No to cię…
    Andy o Nie strasz, nie strasz, b…
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 625 obserwujących.

Do bólu prawdziwe świadectwo walki z depresją. Pamiętnik o szaleństwie to pozycja wybitna, zarówno w kategoriach literackich, jak i psychologicznych.

Posted by Marucha w dniu 2021-09-07 (Wtorek)

Depresja to powszechne zaburzenie psychiczne, które dotyka setek milionów osób na całym świecie niezależnie od płci i wieku. Połowa z nich miewa myśli samobójcze, a jedna piąta skutecznie odbiera sobie życie.

Ciemność widoma. Pamiętnik o szaleństwie to pozycja wybitna, zarówno w kategoriach literackich, jak i psychologicznych, dziś uważana za jedną z najważniejszych osobistych relacji ludzi cierpiących na depresję. Opowieść o życiu w mrokach udręczonego umysłu i o sposobach wychodzenia z tego stanu przyczyniła się wydatnie do nagłośnienia choroby, wokół której zawsze panowało kłopotliwe milczenie.

Styron wpuścił czytelnika w dramatyczny świat swojego pogrążonego w depresji umysłu i ze wstrząsającą dosłownością opisał własne cierpienia.
Fascynujący i wstrząsający portret wyniszczającej choroby… – „The New York Times”.

Fragment William Styron, Ciemność widoma. Pamiętnik o szaleństwie, Wyd. Replika, Poznań 2021. Książkę można nabyć na stronie wydawnictwa Replika.

Pewnego chłodnego wieczoru pod koniec października 1985 roku w Paryżu po raz pierwszy zdałem sobie w pełni sprawę z tego, że walka z nękającymi mnie problemami natury psychicznej – walka, którą toczyłem od kilku miesięcy – może się zakończyć moją fatalną klęską. Moment objawienia nastąpił, kiedy samochód, którym się poruszałem, wjechał w połyskującą, gładko wypolerowaną deszczem ulicę w pobliżu Pól Elizejskich i prześliznął się koło jarzącego się mdłym światłem neonowego szyldu z napisem HÔTEL WASHINGTON.

Nie widziałem tego hotelu od ponad trzydziestu lat, czyli od wiosny 1952 roku, kiedy to stał się on moją pierwszą paryską przystanią na kilka nocy. W pierwszych miesiącach mojego ówczesnego Wanderjahr przyjechałem do Paryża pociągiem z Kopenhagi, po czym, za sprawą szczególnie stanowczej sugestii pewnego nowojorskiego biura podróży, wylądowałem w Hôtel Washington. W tamtych czasach ów hotel był jedną z wielu zawilgoconych, pospolitych noclegowni dla turystów, głównie z Ameryki, którzy dysponowali skromnymi środkami finansowymi i dla których – jeśli podobnie jak ja pełni obaw po raz pierwszy stykali się z Francuzami i ich osobliwymi obyczajami – egzotyczny bidet, zainstalowany na stałe w ponurym pokoju hotelowym, oraz wspólna toaleta daleko w głębi słabo oświetlonego korytarza, na zawsze już pozostaną symbolem przepaści, jaka dzieli kulturę galijską i anglosaską.

Ja jednak zatrzymałem się w hotelu Washington tylko na krótko. Po kilku dniach opuściłem to miejsce za sprawą kilku moich nowo poznanych młodych amerykańskich znajomych, którzy zainstalowali mnie w jeszcze bardziej obskurnym, ale za to bardziej barwnym hotelu na Montparnassie, w pobliżu Le Dôme oraz innych często odwiedzanych przez pisarzy lokali.

Mając dwadzieścia sześć lat, wydałem właśnie moją pierwszą powieść i zyskałem niejaką sławę, która jednak nie była oszałamiająca, zważywszy, że w Paryżu tylko niewielu Amerykanów słyszało o mojej książce, a jeszcze mniej ją przeczytało. W miarę upływu lat Hôtel Washington stopniowo znikał z mojej świadomości.

Nagle pojawił się jednak ponownie tamtego październikowego wieczoru, kiedy w mżącym deszczu mijałem jego szarą kamienną fasadę. Wspomnienia sprzed wielu lat, gdy znalazłem się tu po raz pierwszy, zaczęły wracać do mnie wzbierającą falą, sprawiając, że doznałem wrażenia, iż oto zatoczyłem fatalny krąg. Pamiętam, jak powiedziałem do siebie, że kiedy następnego ranka wyjadę z Paryża do Nowego Jorku, będzie to już na zawsze. Byłem wstrząśnięty oczywistością, z jaką akceptowałem myśl, że nigdy więcej nie zobaczę Francji, podobnie jak nigdy już nie odzyskam pełnej jasności umysłu, którą tracę w zastraszającym tempie.

Zaledwie kilka dni wcześniej zdałem sobie sprawę, że cierpię na poważne zaburzenia depresyjne i że szarpię się beznadziejnie, próbując się z nimi uporać. Uroczysta okazja, jaka sprowadziła mnie do Francji, nie dawała mi żadnej radości ani pociechy. Wśród wielu przykrych objawów tej choroby, zarówno fizycznych, jak i psychicznych, do najczęstszych należą wstręt i niechęć do samego siebie – czy też, wyrażając to mniej kategorycznie, całkowity brak akceptacji samego siebie.

Również i ja, w miarę postępów choroby, miałem coraz większe ogólne poczucie własnej bezwartościowości. Nastrój przejmującego smutku wydawał się tym bardziej paradoksalny, że przyleciałem do Paryża z krótką, czterodniową wizytą, aby odebrać pewną nagrodę, którą zostałem uhonorowany – co powinno przecież wybitnie podbudowywać moje ego. Wcześniej, latem tegoż roku, zawiadomiono mnie, że zostałem laureatem Prix mondial Cino Del Duca, nagrody przyznawanej corocznie twórcom, pisarzom i naukowcom, których dzieło przyczynia się do krzewienia wartości „nowoczesnego humanizmu”.

Nagroda ta została ustanowiona ku czci Cino Del Duki, imigranta z Włoch, który tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej oraz po jej zakończeniu zrobił majątek na druku i dystrybucji tanich czasopism, głównie komiksów, potem zaś wydając także ambitniejsze publikacje; był m.in. właścicielem czasopisma „Paris-Jour”. Del Duca był także producentem filmowym i właścicielem znanej stajni koni wyścigowych, odnoszących liczne zwycięstwa na torach we Francji i poza jej granicami. Stawiając przed sobą coraz bardziej szlachetne i wzniosłe kulturowo cele, Del Duca stał się z czasem uznanym filantropem, a także założycielem domu wydawniczego, który zaczął publikować wartościowe dzieła literackie.

Tak się złożyło, że francuski przekład mojej pierwszej powieści, Pogrążyć się w mroku, zatytułowany Un lit de ténèbres, został wydany przez tę właśnie oficynę. Wydawnictwo to, Éditions Mondiales, w 1967 roku, kiedy Del Duca zmarł, było już znaczącym udziałowcem rozległego wielobranżowego imperium, tak bogatym, ale też na tyle prestiżowym, że jego komiksowe początki zostały tylko odległym wspomnieniem. Wtedy to wdowa po właścicielu, Simone, powołała do życia fundację, której główną funkcją jest coroczne przyznawanie nagrody literackiej imienia męża.

Prix mondial Cino Del Duca jest we Francji – kraju cierpiącym na uroczą manię przyznawania rozlicznych nagród w dziedzinie kultury – liczącym się wyróżnieniem, nie tylko ze względu na swój eklektyzm oraz szczególną staranność w wyborze laureatów, lecz także z powodu wyjątkowej hojności fundatorki – tamtego roku nagroda wynosiła w przeliczeniu mniej więcej 25 tysięcy dolarów.

W ciągu minionych dwudziestu lat w gronie jej laureatów znaleźli się m.in. Konrad Lorenz, Alejo Carpentier, Jean Anouilh, Ignazio Silone, Andriej Sacharow, Jorge Luis Borges i jeden Amerykanin, Lewis Mumford. Jak dotąd brak w tym gronie kobiet, na co chciałbym zwrócić uwagę feministek.

Jako Amerykanin nie mogłem nie czuć się uhonorowany faktem, iż znalazłem się w tak szacownym gronie. Jakkolwiek przyznawanie i otrzymywanie nagród wyzwala zwykle u wszystkich zainteresowanych takie skłonności, jak niezdrowy przypływ fałszywej skromności, obmowa, zawiść i samoudręka, osobiście uważam, że wyróżnienie niektórymi nagrodami może, choć oczywiście nie musi, być bardzo przyjemne.

Prix Del Duca od początku była dla mnie tak miłą i sympatyczną nagrodą, że jakiekolwiek dłuższe rozważanie wydawało mi się bezsensowne, dlatego przyjąłem ją z wdzięcznością i odpisałem, że oczywiście uszanuję rozsądnie uciążliwy wymóg z nią związany i osobiście zjawię się na ceremonii jej wręczenia. W tamtym czasie spodziewałem się bowiem, że mam przed sobą całkiem spokojną i beztroską podróż, nie zaś pospieszny i pełen napięcia wypad za ocean i z powrotem. Gdybym mógł wówczas przewidzieć stan mojego umysłu w czasie odbierania nagrody, z pewnością nie zdecydowałbym się jej przyjąć.

Depresja jest zaburzeniem afektywnym, tak tajemniczo bolesnym oraz w tak nieuchwytny sposób objawiającym się jaźni – intelektowi, który pełni funkcję mediatora – że opisanie jej słowami graniczy z niemożliwością. Dlatego jest ona niemal całkowicie nie do pojęcia dla kogoś, kto nigdy sam nie doświadczył jej w ekstremalnym wymiarze, mimo że przygnębienie czy podły nastrój, w jakie czasem wpadamy i wiążemy je z ogólnymi kłopotami życia codziennego, są tak powszechne, że większości z nas dają niejakie wyobrażenie o depresji w jej skrajnej postaci.

Ale w czasie, który tu opisuję, moje problemy psychiczne wykraczały już znacznie poza sferę zwykłych, dobrze mi znanych i dających się kontrolować przejściowych chandr. W Paryżu, teraz widzę to wyraźnie, byłem w krytycznym punkcie rozwoju choroby, na stacji pośredniej między pierwszymi, niejasnymi jeszcze oznakami nadciągającej burzy, jakie pojawiły się tamtego lata, a gwałtowną i niemal tragiczną kulminacją, do której doszło w grudniu i która zaprowadziła mnie do szpitala. Później spróbuję opisać ewolucję mojej choroby, od jej najwcześniejszych objawów do końcowej hospitalizacji, a potem wyzdrowienia, ale moja podróż do Paryża wciąż ma dla mnie w tym kontekście wyjątkowe znaczenie.

W dniu uroczystości wręczenia nagrody, która miała się odbyć w południe i której zwieńczeniem miał być uroczysty obiad, obudziłem się około dziewiątej rano w moim pokoju w Hôtel Pont-Royal i stwierdziwszy, że czuję się całkiem nieźle, nie omieszkałem przekazać tej dobrej nowiny mojej żonie Rose. Poprzedniego wieczoru, za pomocą niewielkiej dawki środka uspokajającego o nazwie Halcion, udało mi się pokonać bezsenność i wywalczyć kilka godzin snu. Dlatego rano byłem w pogodnym nastroju. Wiedziałem jednak, że takie słabe przejaśnienia znaczą w istocie bardzo niewiele i są przelotne; byłem pewien, że nim zapadnie zmrok, znów będę się czul koszmarnie. Doszedłem do punktu, w którym dokładnie monitorowałem każdą fazę mojego coraz bardziej pogarszającego się stanu. Przyznałem, że jestem chory, dopiero po kilkumiesięcznym okresie zaprzeczania, kiedy to osłabienie, niepokój i nagłe napady lęku przypisywałem całkowitej rezygnacji z alkoholu. Tamtego roku w czerwcu z dnia na dzień odstawiłem bowiem whiskey oraz wszelkie inne spirytualia.

W tym okresie stałego pogarszania się mojego klimatu emocjonalnego sporo czytałem o depresji, korzystając zarówno z książek pisanych dla laików, jak i z fachowych opracowań przeznaczonych dla specjalistów, w tym z biblii psychiatrów, jaką jest DSM (Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders publikowany przez American Psychiatrie Association). Niemal przez całe życie odczuwałem nieodpartą, choć może niezbyt racjonalną potrzebę zostania samoukiem w dziedzinie medycyny i zgromadziłem znacznie większą od przeciętnej wiedzę o różnych kwestiach medycznych (do której często odwoływało się i nadal odwołuje, co z pewnością nie jest racjonalne, wielu moich przyjaciół), dlatego ze zdumieniem odkryłem, że jestem niemal całkowitym ignorantem w dziedzinie depresji, która może być przecież równie poważnym problemem medycznym jak cukrzyca czy rak. Najprawdopodobniej, jako osoba znajdująca się w początkowym stadium depresji, podświadomie stale odrzucałem lub ignorowałem wszelkie informacje na jej temat; nazbyt raniły one moją tkankę psychiczną, toteż odsuwałem je od siebie jak najdalej, traktując jako niepożądany dodatek do mojego kompendium wiedzy medycznej.

W każdym razie, w ciągu tych kilku godzin, kiedy to mój stan depresyjny łagodniał na tyle, że pozwalał mi na luksus koncentracji, wypełniałem ową lukę w mojej wiedzy medycznej dość intensywną lekturą i przyswajałem sobie wiele fascynujących i jednocześnie niepokojących faktów, których jednak nie potrafiłem spożytkować w praktyce. Najbardziej uczciwi wobec czytelnika autorzy mówią całkiem otwarcie, że ciężkiej depresji nie daje się łatwo leczyć. Inaczej niż, powiedzmy, w cukrzycy – w której są szansę, że podjęte natychmiast kroki, mające na celu przywrócenie zdolności organizmu do przyswajania glukozy, radykalnie zahamują niebezpieczny proces i doprowadzą do uzyskania nad nią całkowitej kontroli – nie dysponujemy żadnym szybko działającym i łatwo dostępnym lekiem na depresję w stadium zaawansowanym.

Niemożność złagodzenia jej dolegliwości jest jednym z najbardziej przykrych aspektów tej choroby, kiedy zaczyna ona nękać swą ofiarę, tym, co sprawia, że depresję należy zaliczyć do kategorii ciężkich schorzeń. Zawsze spodziewamy się, że naszą przypadłość, wyjąwszy choroby fachowo określane mianem złośliwych i zwyrodnieniowych, można w jakiś sposób leczyć i w końcu doprowadzić do poprawienia naszego stanu zdrowia przez zastosowanie odpowiednich leków czy diety, poddanie się fizjoterapii czy zabiegowi operacyjnemu – w logicznej sekwencji od początkowego złagodzenia objawów do całkowitego wyleczenia.

Tymczasem, co zatrważające, osoba cierpiąca na ciężką depresję, która, nie mając o niej większego pojęcia, zajrzy do jednej czy drugiej z licznych dostępnych na rynku książek, może dowiedzieć się dużo o teoriach powstawania i objawach depresji, ale znajdzie bardzo mało wiadomości, które pozwalałyby jej mieć uzasadnioną nadzieję na szybką i skuteczną pomoc.

Autorzy, którzy twierdzą, że istnieją proste sposoby wyjścia z depresji, mają usta pełne frazesów i zwykle po prostu oszukują czytelników. Istnieje wprawdzie wiele popularnych książek, które inteligentnie wskazują różne możliwości leczenia i stopniowego wychodzenia z depresji, przedstawiają pewne rodzaje terapii – psychoterapia i terapia lękowa, lub też ich połączenie – które mogą rzeczywiście przywrócić do zdrowia większość chorych, wyjąwszy najbardziej uporczywe i ciężkie przypadki.

Autorzy najmądrzejszych prac podkreślają jednak gorzką i okrutną prawdę: od ciężkiej depresji nie można się uwolnić z dnia na dzień. Wszystko to uwydatnia podstawowy, choć przykry fakt, który jak sądzę, należy nazwać po imieniu już na początku mojej kroniki zmagań z chorobą: natura zaburzeń depresyjnych pozostaje w gruncie rzeczy wielką tajemnicą. Depresja ujawnia naukowcom swoje sekrety znacznie bardziej opornie niż wiele innych najpoważniejszych chorób nękających ludzkość.

Głębokie i czasami aż śmiesznie zawzięte podziały frakcyjne w łonie współczesnej psychiatrii – rozłam między zwolennikami psychoterapii i farmakoterapii – przywodzą na myśl słynne spory medyczne toczone w XVIII wieku (upuszczać czy nie upuszczać krwi) i stanowią niejako wyznacznik nie do końca zrozumiałej natury depresji oraz trudności w jej leczeniu. Jak powiedział mi szczerze pewien lekarz klinicysta, specjalista w tej dziedzinie, posługując się uderzająco trafną, jak sądzę, analogią: „Jeśli porównać naszą wiedzę do odkrycia Ameryki przez Kolumba, to Ameryka jako taka jest nam jeszcze nieznana; tkwimy wciąż na tej małej wysepce z archipelagu Bahamów”.

https://niezlomni.com/

Komentarze 32 do “Do bólu prawdziwe świadectwo walki z depresją. Pamiętnik o szaleństwie to pozycja wybitna, zarówno w kategoriach literackich, jak i psychologicznych.”

  1. JAZDA DO CHIN I TYBETU PO NAUKĘ! … A nie fantazjować!

  2. Krzysztof55 said

    „Autorzy, którzy twierdzą, że istnieją proste sposoby wyjścia z depresji”
    Czasami może tak się zdarzyć.
    Bardzo często powodem depresji może być niedoczynność tarczycy więc przy prawidłowej terapii depresja może ustąpić bardzo szybko – kwestia nawet kilku dni.
    Warto dodać, że niedoczynność tarczycy dotyczy ok. 40-50 % zachodniej populacji!!!
    Innym powodem depresji może być „candida”. W takim pzypadku przy prawidłowej diecie i leczeniu depresja może ustąpić w miarę szybko.
    Oczywiście przyczyny mogą być też innej natury a wtedy może nie być to tak łatwe.

  3. revers said

    Sa juz lepsze stany depresji nowoczesnej, nowozytnej BORNOUT

    Mozna juz spotkac opis tych stanow w tekstach muzyki grupy In Flame pt. „My Sweet Shadow”

    .https://www.youtube.com/watch?v=A0wj0lMrJYI

    lub wielu innych wykonawcow muzyki od soulu, chili, solo gitara, przez metal po rap.

    .BearTooth – „Burnout”

    .https://www.youtube.com/watch?v=DxGMP6Eq5LM

  4. Piskorz said

    re art Przypomniałem sobie Kubin, Jego książkę czytałem /z Ośr. Austr./ „Po tamtej stronie” tyle lat temu !! I wtedy miałem wrażenie, że takich książek…NIE POWINNO SIĘ CZYTAĆ /SIC!!/. Nie doczytałem do końca..ps Reszta info z sieci..
    Wznowienie legendarnej powieści Alfreda Kubina. Kubin, jeden z najsłynniejszych twórców symbolizmu, prekursor surrealizmu, zasłynął jako twórca rysunków i grafik pokazujących świat pełen grozy i infernalnych wizji.
    Po tamtej stronie autorstwa geniusza, którego przypadek opisał w Schizofrenii Antoni Kępiński, odsłania mroczne strony umysłu malarza. Jego wyobraźnia, napiętnowana chorobą psychiczną, w diaboliczny sposób ożyła na kartach książki, tworząc świat daleki od rzeczywistego”

  5. Anna Cybulski said

    Depresja to powolne umieranie.

  6. bryś said

    Czy może mieć to związek z alkoholem i prochami?

  7. bryś said

    Czy ktoś czytał „Wybór Zofii” tego autora? Podobno Polska to straszny kraj… Antysemicki.

  8. Boydar said

    Bez znajomości z Chrystusem to nie tylko depresja może się ludziowi przydarzyć. I od tego wyboru nie da się uciec.

  9. Piskorz said

    re 6 Czytałem, mam w swojej bibliotece. Warto przeczytać, ale szczegółów nie pamiętam. ps Ale Faulkner o niebo lepszy, szczególnie jego „Absalomie..”

  10. Piskorz said

    re 4 Tej książki Kubina…RADZĘ NIE CZYTAĆ..O ile pamiętam tylko 3/4 i finito.!! Bo…. Jego wyobraźnia, napiętnowana chorobą psychiczną, w diaboliczny sposób ożyła na kartach książki,”

  11. I*** said

    (7) William Styron, jak wiadomo, nie żyje już od 15 lat – żydzi go wynieśli i rozsławili, jako „wybitnego pisarza XX wieku”, za książkę „Wybór Zofii” (główna bohaterka, Polka, pochodzi z rodziny antysemickiej i związana jest z żydem schizofrenikiem… fabuła co najmniej dziwaczna i zaskakująca), szybko sfilmowaną! W filmie Alana Paculi, pod tym samym tytułem, rolę Zofii zagrała Meryl Streep…

  12. I*** said

    (11) Prawidłowy zapis nazwiska reżysera, nota bene o pierwszorzędnych korzeniach, brzmi Alan Pakula!

  13. UZA said

    ad. 4) „…takich książek…NIE POWINNO SIĘ CZYTAĆ”

    Zgadzam się. Wrażliwy czytelnik może zostać zainfekowany cierpieniem autora czy wykreowanym przezeń złem. Po co dobrowolnie poświęcać czas i pieniądze, żeby wpaść do czyjegoś dołu. Jeżeli ktoś ma dość siły i wiary, może próbować wyciągać bliźnich z dołków ale w realnym świecie – nie w książkach i fantazjach. Tak nawiasem mówiąc, nie rozumiem jaki sens ma opisywanie własnej depresji i publikowanie tych wynurzeń. Ja cenię taką literaturę, która ma wymiar uniwersalny, dotyka spraw ważnych dla każdego a nie problemów osobistych, wręcz intymnych.

  14. Piskorz said

    re 13 Ale początek książki Kubina był ciekawy i wciągający, aż…przestałem dalej czytać!. Bo wciągała treść za bardzo… w diaboliczny sposób ożyła na kartach książki,”

  15. DanaLem. said

    Ad.2,6,8 -Nikomu tego nie „winszuję”.Najlepiej,gdy zamilczą ci,którzy nie „mają nic,do powiedzenia”,a chcą być „ę” i „ą”.Ja walczę,od kilkunastu lat,Jest ze mną , Bóg , medykamenty… i ja sama…Nie klepcie pierdół,jak nic nie wiecie! I
    Tyle !!! (Cieszcie się,że nie otrzymaliście „tego” w genach,np. po Matce)!

  16. bryś said

    Sama? Bez przesady.

    https://www.rmf24.pl/raporty/raport-koronawirus-z-chin/polska/news-zaburzenia-psychiczne-coraz-czestsze-polacy-kupuja-miliony-o,nId,4886560#crp_state=1

    https://www.medonet.pl/zdrowie/wiadomosci,polska-w-depresyjnym-dolku–antydepresanty-coraz-bardziej-popularne,artykul,1722083.html

  17. UZA said

    „Sama? Bez przesady.”

    Tu, w Gajówce, Pani DanaLem nie jest sama – jest wśród rodaków, którzy Jej dobrze życzą. Proszę się trzymać, Pani Dano i wszyscy inni walczący z depresją ! Polecam piękną, starą modlitwę popołudniową, która przynosi spokój ducha:

    Stwórco potężny wszystkich rzeczy,
    Wśród przemian świata Tyś niezmienny,
    Światłem i czasem rządzisz mądrze
    Następstwo godzin ustalając.

    Wieczór napełnij swoim blaskiem,
    By mroki nie zgasiły życia;
    Kiedy zaś przyjdzie śmierć spokojna,
    Doprowadź nas do wiecznej chwały.

    Spraw to, nasz Ojcze miłosierny,
    W jedności Ducha z Twoim Synem;
    Chwała niech będzie Trójcy Świętej
    Przez wszystkie wieki nieskończone. Amen.

  18. JanuszT said

    Jak ktoś chce może połączyć w całość i Kubina, i Styrona, i czyjąś depresję, ale wcale nie musi, ani tego, ani tego, czy tamtego dotykać. Wszystko zależy od indywidualnej jednostki ludzkiej. Przymus to k(…)stwo niesamowite, ale i auto przymus to nic dobrego.

  19. JanuszT said

    Ad.16. Bryś

    Sami do tego ludzi doprowadzili i tym samym zmuszają ich do sięgnięcia po takie medykamenty-specyfiki. I wódę, a potem qoorwy to bezczelnie odnotowują!?
    „Dobrobyt” ala Polin!

  20. Ale dlaczego? said

    DanaLem…

    Wiem o czym mówię, choć ludzie nie wierzą, gdy któremuś opowiedziałem swą historię.
    Powiem tylko tyle.
    Życie w depresji jest strasznym cierpieniem. I trzeba z tym walczyć z całych swych możliwości.
    Bo depresja jest jak dołek larwy mrówkolwa.
    https://pl.m.wikipedia.org/wiki/Mr%C3%B3wkolew_pospolity

    A więc depresja jest jak ten lejek z piasku. Po którym człowiek usuwa się coraz głębiej. A na dnie, niczym larwa mrówkolwa, czeka szatan…

    Mam taką teorię.
    Z prawdziwej depresji wychodzą ci ludzie, którzy postawią wszystko tylko dla jednego celu. Jak narkoman z monaru o narkomanii.
    Pokonać depresję.

  21. Ale dlaczego? said

    Jeszcze jedno.
    Nie wierzę, że można przekazywać depresję w genach. Ale rzeczywiście często ludzie „zarażają” depresją szczególnie swych bliskich.
    Depresja to nienawiść do siebie.
    Depresja to choroba „duszy”. Umysłu, który skupia się tylko na bólu. I wykorzystując umysł moźna go wyleczyć, by zaczął dostrzegać Boga, Stworzenie i dobre uczucia, miłość. Miłość jest odwrotnością nienawiści.
    Jest lekiem. Miłość do samego siebie. I zrozumienie siebie.

  22. Marucha said

    Pokonać depresję własnymi siłami jest równie możliwe , jak podniesienie samego siebie za włosy.

  23. Ad. 22

    Znajoma mi osoba widziała w szpitalu kobietę z depresją. Potrafiła stać godzinami w altanie i patrzeć w jeden punkt. Na pytanie jak się nazywa, odpowiedź brzmiała „Nie wiem”…

  24. Ale dlaczego? said

    AD. 22
    Panie Gospodarzu.
    Napisałem powyższe, bo tak było. Bo to przeżyłem.
    Oczywiście nie będę na forum publicznym wgłębiał się w temat z oczywistych względów.

    Pamięta Pan czasy lat ’80, ’90?
    I ogólne zafascynowanie samorozwojem, „new age”, buddyzmem, itd.?
    Czym jest ten samorozwój? Pewnie jest tyle odpowiedzi, że grubą książkę można napisać.
    Dziś jakby temat jest dużo mniej popularny… Dlaczego?
    Ale nadal, pomimo rozwoju nauki, rozwoju (albo „rozwoju”) psychiatrii i psychologii, ilość ludzi z depresją… rośnie. A UMYSŁ jest nadal bardziej tajemniczy od Wszechświata.

    Samorozwój może oznaczać poznawanie swego umysłu. I naukę radzenia sobie z nim, SOBĄ.
    Każdy uczciwy psycholog powie, że psychoterapia zasadza się na pracy nad swym umysłem. Psychoterapeuta może jedynie w tym pomagać, kierować, podsuwać techniki.
    Również można to robić samemu, choć jest to oczywiście trudniejsze.
    Jako że umysł jest tak tajemniczy, jest masa hochsztaplerów i naciągaczy. Od „new age”, „mistrzów rozwoju duchowego” „psychoterapeutów” z dyplomami wyciągających tylko kasę od chrych ludzi.

  25. Enya said

    Pani Dana.
    Czy myślała Pani o zmianie diety?
    Wiele naszych problemów ma w istocie charakter psychosomatyczny.
    Ja obrałam dość radykalny kurs, czyli całkowita eliminacja pewnych węglowodanów, ograniczylam też gluten. Nauczyłam się dobierać odpowiednio kasze i mąkę. Dużo dowiedziałam się od mojej lekarki, ale i dużo sama doczytywałam. Poniekąd stało się to moją pasją. Dla mnie to było akurat dobre. Odczułam poprawę samopoczucia. Ja niestety rozumiem tego pisarza.

  26. Peryskop said

    Niestety Pan Marucha ma rację. Przy czym pomoc może dać psychoterapeut/ka lub ktoś bliski. Znam takie przypadki.

    Pani DanaLem. ma rację. Kto sam jej nie przeszedł, nie wie czym jest ta choroba.

    Nie przypadkowo stany popularnie nazywane „depresją” – przez lekarzy psychiatrów, jak np dr Antoni Kępiński, są określane jako „trudności adaptacyjne”.

    Zatem kluczem do wyjścia z depresji poprzez psychoterapię jest readaptacja.

    A konkretnie : restytucja szwankującej umiejętności obiektywnego oceniania.

    W zakresie wszystkich trzech podstawowych filarów naszej egzystencji – z uwzględnieniem właściwej PRIORYTETYZACJI zjawisk i sytuacji:
    – ja, czyli EGO,
    – własne otoczenie,
    – cała reszta świata.

    Bo depresje pojawiają się z poczucia krzywdy, zazwyczaj postrzeganej jednostronnie.

    Natomiast klucz do wychodzenia z depresji poprzez farmakoterapię jest … wytrychem.

    Pomocnym zazwyczaj do czasowego zaleczania. Poprzez otumanianie umysłu osoby chorej.

    Tyle teoria poparta osobistym doświadczeniem.

    A praktyka zależy od indywidualnych cech charakteru, predyspozycji, okoliczności, wiedzy, temperamentu, no i od „genów”.

    W cudzysłowie, bo pamiętajmy, że bodaj więcej niż po rodzicielskich skrętkach DNA, dziedziczymy behawioralnie, czyli poprzez wzorce : rodzina, szkoła, otoczenie, media…

    Lecz o tym, że obiektywizowanie ocen jest trudne, gorzko przekonało się wiele osób, także wykształconych, inteligentnych, zaradnych.

    Andrzej Żuławski podczas festiwalu w Locarno powiedział, że choć należy do pokolenia uwielbiającego Gombrowicza, nigdy „Kosmosu” nie rozumiał. I dlatego zdecydował się tę książkę zekranizować. Po obejrzeniu filmu widz też wszystkiego nie zrozumie. Ale w końcu o tym jest „Kosmos”. Że rzeczywistości nie da się zobiektywizować. Ona tworzy się w nas. Żuławski zrobił film o sobie. O sztuce. O kinie, w którym geniusz twórcy graniczy z kiczem. I o ludzkim umyśle. Kompletnie nieokiełznanym. Najczęściej chorym i obolałym, ale czasem też szukającym odpoczynku i nadziei.

    więcej https://www.rp.pl/plus-minus/art3542691-andrzej-zulawski-filmowy-wariat

    Zatem głowa do góry, Pani DanoLem. :())
    Dobrze byłoby podredukować lęki …

  27. Boydar said

    Jeżeli Panii Dana po długiej wędrówce przez życie trafiła wreszcie na Gajówkę i zaczyna uczestniczyć aktywnie, to moim zdaniem Jej depresja nie poważniejszych perspektyw. Tutaj nikt Jej nie okłamie.

    Powodzenia, Pani Dano.

  28. UZA said

    „Pokonać depresję własnymi siłami jest równie możliwe , jak podniesienie samego siebie za włosy.”
    „Przy czym pomoc może dać psychoterapeut/ka lub ktoś bliski.(…) Zatem kluczem do wyjścia z depresji poprzez psychoterapię jest readaptacja. A konkretnie : restytucja szwankującej umiejętności obiektywnego oceniania.”

    To są bardzo mądre uwagi i przydatne nie tylko dla ludzi, którzy cierpią na depresję. Każdy może skorzystać, bo wszyscy żyjemy w trudnych czasach i nasza psychika bywa wystawiana na ciężkie próby. Trzeba więc pomyśleć jak jej ulżyć. Do tego zaś potrzebny jest bliźni. Człowiek to naprawdę istota społeczna i potrzebuje kontaktu z innymi ludźmi. Jeżeli są to ludzie życzliwi, rozsądni, dysponujący tzw. doświadczeniem życiowym, to mogą z powodzeniem zastąpić zawodowego terapeutę. Są nawet lepsi, gdyż mogą nam poświęcić więcej czasu i nie żądają wynagrodzenia. Warto mieć takiego kogoś – zaufanego przyjaciela, krewnego, kolegę, sąsiada – kogoś, kto nas nie wyśmieje i nie rozgada wszem i wobec o naszych problemach. Z taką osobą można omówić bieżące życiowe kłopoty, drobne wpadki, konflikty. Dzięki temu zobaczymy wszystko we właściwej skali – to co byliśmy skłonni wyolbrzymiać – zmaleje, to co niesłusznie lekceważyliśmy – nabiera wagi. Tak właśnie następuje restytucja „szwankującej umiejętności obiektywnego oceniania”. Wiemy co nam czynić wypada i możemy iść dalej. Tak jak w piosence: ” iść, ciągle iść w stronę słońca” (i – dodam od siebie – nie zatrzymywać się w cieniu).

  29. eremita Maksymilian said

    Ciekawe, że depresja omija szerokim łukiem osoby niepełnosprawne fizycznie, osoby biedne z tzw. slamsów, osoby osadzone w więzieniach, młodzież i dzieci z domów dziecka. A nie powinna, bo właśnie ci mają ciężko w życiu i tym bardziej powinni być podatni na psychiczne załamanie się i depresję. A jak się okazuje, takie osoby nie mają czasu na depresje.

    Ciekawe też jest to, że depresja bardzo często znika w trakcie modlitwy różańcowej.

    Inną ciekawostką jest również to, co mogę potwierdzić z mojego doświadczenia badania zjawiska fizjologicznego zwanego hipnozą, że osoby w depresji w trakcie hipnozy, zachowują się despotycznie i narcystycznie. Konkluzja jest prosta – jeżeli depresja w konkretnym przypadku nie ma podłoża biologicznego (witaminy, mikroelementy), to jest wynikiem zarozumiałości i pychy osoby „chorej” i stąd jej załamanie, że coś nie układa się po mojej myśli, wg jej zachcianek i jej urojeń. Taka osoba obraża się na cały świat za to, że jej nie adoruje i stąd wycofanie aby przeżywać swoje „męczeństwo” a jak to nie pomaga, to próbuje targać się na swoje życie aby pokazać, ile świat straci przez śmierć takiej boskiej osobowości.

    Innym rodzajem depresji może być tzw. rozpacz diabelska, czyli nękanie szatana, mające doprowadzić do targnięcia się na swoje życie albo sprowokować do bluźnienia Bogu za to, że jest tak a nie inaczej. I dlatego różaniec wtedy pomaga. Osoby pyszne nie chcą się modlić, bo po co, one chcą być adorowane, zaś osoby dręczone wezmą do ręki różaniec, bo chcą wyjść z tego ciężkiego stanu. I po tym poznajemy czy należy takiej osobie pomóc czy kopnąć w d… narcystycznego osobnika i zostawić go samemu sobie w swoim świecie.

    Proszę się nie jeżyć na mój wpis, tylko rzetelnie zapoznać się z tematem lub porozmawiać z osobami, które mają lub które miały depresje.

  30. Boydar said

    Wiele negatywnych i ogromnie uciążliwych „okoliczności przyrody” znika po modlitwie, nie tylko różańcowej. Wystarczy że jest systematyczna i szczera. Do Boga Ojca (Ojcze Nasz), do Najświętszej Panienki (Zdrowaś Mario), do naszego Anioła Stróża (Aniele Boży Stróżu Mój). Doświadczyłem tej pomocy z Nieba milion razy w najbardziej nawet beznadziejnych sytuacjach.

    Regularna modlitwa, z intencją szczególną czy bez, jest najlepszym sposobem na przyjaźń z Bogiem i uzyskanie wsparcia w DOWOLNEJ opresji.

    Szczególnie polecam zanoszenie próśb do Maryi; Ona jak każda Matka, zawsze wysłucha i przytuli, także obsranego, skacowanego i przerżniętą na pół. A potem uczyni co w Jej mocy aby pomóc.

    Proszę przy okazji zauważyć, że Matkę Jezusa czy Anioła Stróża prosimy o wsparcie i wstawiennictwo, natomiast Ojcze Nasz jest modlitwą sensu stricto.

    Nawet gdy nie jesteś głęboko wierzący, że o pełnym zaufaniu do Stwórcy mowy być nie może, spróbuj zacząć się systematycznie modlić, przed snem zwłaszcza. A rano przeżegnaj się prawą ręką i zwyczajnie, jak człowiek kulturalny, powiedz Bogu dzień dobry. W końcu wszystko co Cię czeka to poniekąd Jego Dzieło. No więc wypada się zachować.

  31. Ale dlaczego? said

    A.D. 29
    Obawiam się, że nie wie Pan o czym pisze…
    Zazwyczaj depresja dotyczy osób, które miały poważne traumy w dzieciństwie, czyli w okresie formowania się osobowości. Czasami później.
    Są osoby… pyszne, ale to margines.
    A czy ludzie z „marginesu” mają depresję?
    Zazwyczaj nikt nie zwraca uwagi na to, że taka osoba popełni samobójstwo…
    Szatan… szatan zaś kusi i zbliża się do osoby bardzo cierpiącej. By ją zgubić…
    Może nawet karmi się jej cierpieniem.

    ———
    Ludzie popadają w depresję, gdy tracą pracę, dom, rodzinę… gdy system potraktuje ich niesprawiedliwie…
    Admin

  32. Ale dlaczego? said

    „Ludzie popadają w depresję, gdy tracą pracę, dom, rodzinę… gdy system potraktuje ich niesprawiedliwie…
    Admin

    Nie dopisałem, bo się spieszyłem.
    Ale tak, oczywiście.
    Jeśli człowiek przez jakiś czas jest wystawiony na nadmierny stres i nie potrafi sobie z nim poradzić, może zacząć się depresja. To jest proces. Pogorszenie stanu psychicznego powoduje coraz większą nierównowagę w mózgu, włącznie z chemią organizmu. Zjazd w dół. Jak się tego nie odwróci, koniec jest znany…
    Znam np. przypadki osób w toksycznym związku, np. kobiety w związku z facetem, który był uzależniony od swej matki… I generalnie matka manipulując słabym synem rozwalała małżeństwo. Dziewczyna wpadła w depresję, trafiła jednak na dobrych specjalistów. Mąż zdaje się też w jakimś stopniu zmienił swe zachowanie.
    Znam przypadki kobiet czy facetów, nie kochanych, poniżanych i nawet gwałconych w dzieciństwie. Z olbrzymimi problemami w dorosłym życiu z samooceną, budowaniem związków, z depresją.
    To bardzo szeroki temat. Choć są przypadki depresji z powodu np. nieprawidłowej pracy tarczycy, najczęściej depresja występuje na tle psychicznym. Tylko psychicznym.
    Są nawet przypadki, gdy osoby zdrowe psychicznie tak przeciążają umysł stresem, że nie tylko popadają w depresję, ale dochodzi do schizofrenii. Ja to nazywam dezintegracją osobowości. Z tym że to już jest bardzo trudny temat. I zdecydowanie mniej wiem o tym.

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: