Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Yagiel o Wolne tematy (71 – …
    Yagiel o Wolne tematy (71 – …
    mate29 o Chiny mają w nosie „Zielony Ła…
    UZA o Wolne tematy (71 – …
    UZA o Wolne tematy (71 – …
    Yagiel o Półpolacy
    skompostowane zwłoki o Półpolacy
    lewarek.pl o Czy chcą nas zabić?
    Olo o Wolne tematy (71 – …
    revers o Wolne tematy (71 – …
    lewarek.pl o Wolne tematy (71 – …
    revers o Czy chcą nas zabić?
    Boydar o Półpolacy
    Carlos o Półpolacy
    Lily o Półpolacy
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 557 obserwujących.

Mit polskich „kolonizatorów”

Posted by Marucha w dniu 2021-09-19 (Niedziela)

Z hasłem uwolnienia ludności ukraińskiej i białoruskiej z „ niewoli u polskich panów” 17 września 1939 roku wkraczała armia radziecka w granice – zmagającej się w śmiertelnym boju z niemieckimi najeźdźcami – Rzeczypospolitej.

W rozrzucanych przez radzieckich lotników i rozdawanych przez „krasnoarmiejców” ulotkach, wzywano Ukraińców i Białorusinów, by zrzucili „jarzmo polskiej niewoli” i mordowali Polaków swoich rzekomych ciemiężycieli.

Potem, przez wiele lat podobna wykładnia relacji Polaków z Ukraińcami i Białorusinami obowiązywała w historiografii radzieckiej i często była stosowana przez gorliwych pseudohistoryków polskich, zwłaszcza w okresie stalinowskim.

Współcześnie z taką interpretacją polskiej obecności na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej można się zetknąć we Lwowie, jeśli dyskretnie uda się „podłączyć” do jakiejś grupy turystycznej zwiedzającej to miasto pod „naukowo-propagandowym” kierownictwem tamtejszych przewodników. Można wówczas usłyszeć – dokonuję w tym momencie dużego skrótu – że polscy panowie gnębili naród ukraiński, w swojej większości chłopski i zmuszali ich do bardzo ciężkiej pracy np. przy wznoszeniu wspaniałych obiektów (pałace, świątynie), które teraz jako zabytki są chlubą Ukrainy, ale wcale nie świadczą o polskim wkładzie w tworzenie kultury materialnej na tych ziemiach, bo tę zawdzięcza Lwów Austriakom, Włochom, Niemcom, a nawet Grekom (np. Wieża Korniakta).

Polacy według tych przewodników we Lwowie niczego dobrego nie dokonali i niczego godnego uwagi po sobie nie zostawili.

„Włos się jeży”, nie tylko Polakom, ale także uczciwym i rzetelnym Ukraińcom, na co dzień mieszkającym w mieście, w którym każdy historyczny kamień mówi po polsku, a na wsiach okolicznych mogą oni jeszcze teraz po wielu latach depolonizacji zobaczyć pamiątki po polskich rolnikach (budynki gospodarcze, sady, cmentarze, przydrożne kapliczki i krzyże).

Bo o charakterze i przejawach polskiej obecności na Kresach świadczą nie tylko takie wielkomiejskie symbole, jak np.: Uniwersytet Jana Kazimierza, czy też Politechnika Lwowska lub Katedra Łacińska, ale także wsie kresowe, w których często po sąsiedzku i w dobrych ze sobą relacjach żyli Ukraińcy i Polacy. Status chłopa polskiego i ukraińskiego był najczęściej identyczny lub podobny. Polacy na Kresach byli „u siebie”, a polscy chłopi traktowali tę ziemię jak Ojcowiznę, jako ziemię rodzinną, w której byli mocno zakorzenieni. Świadczy o tym między innymi taki wiersz: „Ziemio moja droga, rodzinna, kochana/ przez moich pradziadków byłaś uprawiana/ ja Ciebie Ziemio Ojczysta kocham i miłuję/ a skrycie Twoje grudki ściskam i całuję…”

Tak napisał o swoim mateczniku Marcin Jach ze wsi Rychcice w Ziemi Lwowskiej, utalentowany stolarz-artysta, a według historyka francuskiego Daniela Beauvois „kolonizator” Ukrainy, bo taką rolę przypisuje Polakom na Kresach ten badacz.

Zdaniem prof. Stanisława Niciei retoryka i argumentacja stosowana przez Beauvois ma duży wpływ na powstawanie teorii o „polskim kolonializmie”, podobnym w skutkach dla ludności ukraińskiej, jak dla tubylców w Afryce i w obu Amerykach miał kolonializm anglosaski, francuski, portugalski, belgijski i holenderski. W myśl tych „teorii” polska szlachta nawet miała swoich niewolników. Oczywiście bezlitośnie wykorzystywanych, bo jakże inaczej można to opisać skoro Polacy zgodnie z historią pisaną „od nowa” zarówno na Ukrainie, jak też zdarza się, że i w Polsce byli na Kresach „okupantami”.

Być może Danielowi Beauvois z jego francuskim doświadczeniem i dziedzictwem polityki kolonialnej uprawianej przez Francję w różnych okresach jej dziejów (Królestwo, Cesarstwo, kolejne Republiki) trudno się obronić przed pokusą przypisywania Polsce i Polakom roli kolonizatorów na Kresach Wschodnich Rzeczypospolitej. Ale takie poglądy na polską obecność na Kresach są najdelikatniej rzecz ujmując – czystym nieporozumieniem lub przejawem perfidii mającej zdyskredytować ważny fragment naszych dziejów ojczystych.

Prof. Nicieja, aby uniknąć posądzenia o subiektywizm w interpretacji historii Kresów, obalając te przesycone fałszem teorie o „polskich kolonizatorach i ich niewolnikach”, sięga do ocen tego aspektu kresowej rzeczywistości sformułowanych przez wybitnych znawców zagadnienia, m.in.: Adama Wiercińskiego, który napisał: „Dziś niezbyt zorientowani w polskiej historii publicyści wypisują niestworzone rzeczy o „Dworku Soplicowskim”. Trzeba wiedzieć, że Ci którzy mieszkali w dworkach, najczęściej nie mieli poddanych. Zdarzało się, że włościanie byli zamożniejsi od szlachty zagonowej. W większości dworków nie było wiele pomieszczeń. Nie było też podziału na część pańską i czeladną. Dworek to nieco większy dom wiejski, gontem czy słomą kryty, z gankiem i sienią na przestrzał, z kilkoma pokojami i alkierzem”.

Autor „Kresowej Atlantydy” zgodnie ze swoim sumieniem głęboko etycznego naukowca i badacza, ale także z wykorzystaniem ogromnej i unikalnej wiedzy o Kresach i Kresowianach, w sposób przekonywujący obala kolejny stereotyp myślowy upowszechniany przez nierzetelnych historyków i publicystów. To właśnie oni, piszący historię „od nowa” trafili „pod lupę” prof. Niciei, który tak ocenia ich pseudonaukowe „rewelacje”: „Twierdzą oni, że gdy żywioł polski został decyzjami administracyjnymi usunięty z Kresów i przesiedlony na tzw. Ziemie Odzyskane, czyli poniemieckie, to okazał się dla tych nowych polskich nabytków terytorialnych również niszczycielski, co miało być wynikiem niezwykle niskiej kultury repatriantów, przepaści cywilizacyjnej, ich zapóźnienia i wręcz prymitywizmu w stosunku do Niemców usuniętych z tych ziem”.

Prof. Nicieja zdecydowanie wyraża swoją niezgodę na potraktowanie przez niektórych autorów „masy przesiedleńczej jako bezmyślnej tłuszczy, która na Ziemiach Odzyskanych z upodobaniem unicestwiała tamtejszy dorobek cywilizacyjny i zabytki, złomowała nawet narzędzia rolnicze…”

A propos narzędzi rolniczych. W gospodarstwie moich Rodziców (Katarzyny i Stanisława Samborskich) „przeszczepionych” z podlwowskich Gańczar do Rogowa Legnickiego korzystaliśmy z poniemieckich maszyn rolniczych (koparka do zbioru ziemniaków, sieczkarnia, kosiarka) i mój tato zawsze z uznaniem wyrażał się o ich jakości. Dbał o nie, a nawet ulepszał np. przez zamontowanie na kosiarce nad prawym kołem drugiego siodełka dla osoby, która specjalnymi grabiami kładła pokos zboża na właściwą stronę.

A różnice cywilizacyjne owszem były, ale nie zawsze na korzyść niemieckich poprzedników. Na naszym podwórku w pierwszych latach po osiedleniu się musieliśmy tolerować obecność obornika składowanego między domem, a oborą. Tak było niemal we wszystkich poniemieckich gospodarstwach. Po jakimś czasie tato zmienił lokalizację gnojownika, obudował go murem i wykopał w stosownej odległości od domu zbiornik na gnojowicę. W moim od 1946 roku rodzinnym domu w czasach niemieckich mimo, że liczył już kilkadziesiąt lat, nie było wody bieżącej, ani toalety. Te „wygody” pojawiły się staraniem i wysiłkiem moich rodziców.

Mój wujek Piotr Hryciów – również z podlwowskich Gańczar – przez wiele lat jako utalentowany stolarz pracował przy wznoszeniu kamienic we Lwowie, a równocześnie budował swój dom rodzinny właśnie w owych Gańczarach. Zbudowany przez niego wiejski dom do tej pory uchodzi za jeden z najbardziej gustownych obiektów w tamtej wsi.

Po przyjeździe do Rogowa nadal był stolarzem, ale dodatkowo stał się operatorem zestawu omłotowego (silnik elektryczny, młocarnia wielkogabarytowa – wszystko poniemieckie) przy pomocy którego w czasie tzw. kampanii żniwno-omłotowych obsługiwał nie tylko gospodarstwa rolników z Rogowa, ale często także z wiosek okolicznych.

Nieraz miałem wrażenie, że wujek Piotr Hryciów do tych swoich, poniemieckich maszyn odnosił się z większą czułością niż do cioci Władysławy – typowej Kresowianki, która miała dość władczy sposób bycia. Podobnie, wręcz „nabożny” stosunek miał do wyposażenia swojego warsztatu stolarskiego, którego część służyła mu jeszcze w czasach, gdy jako młody stolarz wykonywał drzwi, futryny i okiennice do lwowskich kamienic. To co przywiózł z Gańczar uzupełniał niemieckimi tokarkami i heblarkami, którymi posługiwał się po mistrzowsku wykonując ławki, ołtarze, czy też ramy do okolicznych kościołów i kaplic.

Wspominając więc dziecięce, tuż powojenne lata i sposób użytkowania maszyn i sprzętu przez mojego ojca Stanisława i wujka Piotra oraz wielu najbliższych sąsiadów, nie jestem w stanie w żadnej mierze zgodzić się z opinią o tym, że „byli oni prymitywnymi Kresowianami”, którzy niszczyli maszyny i urządzenia, gdyż nie wiedzieli do czego one służą. Takie poglądy i tezy mogą głosić tylko ignoranci lub zwykli oszczercy działający z niewiadomych mi pobudek i motywacji.

A już szczytem ignorancji lub wręcz przejawem antypolonizmu są tezy głoszone przez socjologa, antropologa, europeistę prof. Zdzisława Macha, który uważa, że „po wojnie Polacy, a właściwie polscy komuniści, zrobili wielki błąd, gdyż wysiedlili z Ziem Zachodnich niemieckich bauerów. Gdyby ich zostawiono – rozważa dalej Mach, to tych przesiedleńców ze Wschodu mogliby nauczyć, jak się korzysta z poniemieckich maszyn rolniczych, czym się nawozi ziemię i że nawozić ją warto”.

Nie przywołuję dalszego ciągu „złotych myśli” prof. Macha, bo obrażają one pamięć mojego Ojca i tysięcy innych kresowych rolników, którzy bez nauk i porad niemieckich bauerów doprowadzili z czasem do rozkwitu rolnictwo dolnośląskie i w mozolnym codziennym trudzie tworzyli dumny etos Pionierów Osadnictwa, o których niezbyt chętnie się wspomina w obecnym życiu publicznym.

Bulwersująca jest też inna teza prof. Macha o „niechcianych miastach”, czyli tych, w których od kilku już pokoleń mieszkają Dolnoślązacy, także będący potomkami Kresowian wypędzonych ze Lwowa, Tarnopola, Stanisławowa, Buczacza, Żółkwi, Łucka, Wilna czy Grodna. Skoro prof. Mach ma odwagę stawiać takie karkołomne tezy, to niech się odważy zaproponować mieszkańcom nie tylko takich metropolitarnych miast, jak Wrocław, Szczecin czy Opole, ale nawet mniejszych jak Legnica, Jawor, Lubin, Złotoryja, Głogów, Środa Śląska czy Prochowice, by zechcieli ze swoich grodów zrezygnować, skoro w badaniach rzekomo naukowych „wyszło” profesorowi, że są one niechciane!

[Mach to zapewne żymianin albo folksdojcz – admin]

Na taką okoliczność jak powyższa w „narodzie” funkcjonuje żargonowy slogan: „Śnię czy o drogę pytam?”. Ale tak naprawdę to nie tylko ironią lub żartem można skwitować to pseudonaukowe zamieszanie. W tym kontekście niezbędna jest zdecydowana i klarowna wykładnia zasygnalizowanych problemów i ocen odnoszących się do spraw Kresowian, których wielokrotnie skrzywdzono tam na Kresach (banderowskie ludobójstwo, zesłania na Sybir, wypędzenie z Ojcowizny), a teraz usiłuje się skrzywdzić ich moralnie, rzekomo w majestacie nauki przez utytułowanych ignorantów. Temu zjawisku należy się zdecydowanie przeciwstawić!

Jako jeden z pierwszych uczynił to prof. Stanisław Sławomir Nicieja, wybitny historyk, autorytet naukowy i moralny. Jego stanowisko w zasygnalizowanych wcześniej kwestiach zostało zaprezentowane w XVI tomie słynnej już „Kresowej Atlantydy”.

We wstępie do tegoż tomu zatytułowanym „Kijem bejsbolowym w Kresowian” Nicieja wyartykułował swoje credo, które ze względu na wagę i znaczenie opisanych tam efektów osobistych przemyśleń, jego wieloletnich prac badawczych, twórczości naukowej i dziejopisarstwa ośmielam się nazwać „Niciejowym” manifestem w obronie godności Kresowian i prawdy o ich zmiennych, kapryśnych, a często wręcz tragicznych kolejach losu.

O swojej szlachetnej i nader potrzebnej misji odkłamywania wielu aspektów kresowej rzeczywistości prof. S. Nicieja napisał klarownie i krótko, niemal po żołniersku: „Obowiązuje mnie jako historyka kult faktów i dlatego bronię prawdy o Kresach i Kresowianach”. A broni pozytywów polskiej obecności na Kresach „przed częstokroć prostackimi pomówieniami i interpretacjami”. Nikt do tej pory w sposób tak jednoznaczny nie powiedział : stop tym pomówieniom, zafałszowywaniu, oczernianiu i deprecjacji polskiej obecności na Kresach Wschodnich.

dr Tadeusz Samborski
Prezes Stowarzyszenia Kulturalnego „Krajobrazy” w Legnicy
Myśl Polska, nr 37-38 (12-19.09.2021)

https://myslpolska.info
 

Komentarzy 9 do “Mit polskich „kolonizatorów””

  1. Piskorz said

    re art to prof. Stanisław Sławomir Nicieja, wybitny historyk, autorytet naukowy i moralny. „”….szczególnie moralny…ZWŁASZCZA WTEDY, GDY DR RATAJCZAK…był w takiej sytuacji../!!/ Nicieja wyznał WTEDY ZASADĘ..PADAJĄCEGO KOPNIJ.!! ps A absolwentka UO powiedziała krótko’; niesympatyczny typ.!

  2. JADAM said

    Szkoda , że tak mało Polaków „zza Buga” zdecydowało się na zostawienie tam „Ojcowizn” – a nie na wyjazd na zachód .
    Ojczyzna im uciekła , a została tylko ziemia i WROGOWIE dookoła .
    W ich miejsce wjechali banderowcy i szaulisi , – i do dzisiaj ,jako „piąta kolumna” rozwalają naszą Polskę od środka .

  3. as said

    POWRÓT DO JEDWABNEGO [2021] PL

  4. Antares said

    A dziś potomkowie Kresowian we Wrocławiu faworyzują ukrów i Niemców. Zresztą niemcy faworyzowani są chyba w całym kraju.

    ——
    Nie oni rządzą we Wrocławiu.
    Admin

  5. Antares said

    #Admin
    „Nie oni rządzą we Wrocławiu”

    Ale jednak ktoś na tych co rządzą głosuje.

  6. Carlos said

    Ludzie glosuja na tych co im TV podpowie

  7. Bereza said

    Gospodarka osadnicza
    W ciągu dwóch pierwszych lat 1921-1922 osiedlono na Wołyniu 3104 żołnierzy.
    Na cele osadnictwa przekazano 45 196 ha, co stanowiło 45,5% ziemi przejętej na
    podstawie ustawy z 17 grudnia 1920 r.24 Można przyjąć, że w łatach trzydziestych
    liczba osadników wojskowych na Wołyniu wahała się między 3500 a 3650, obszar
    ziemi osadniczej obejmował 55 000 – 57 000 ha, a liczba osad dochodziła do 250.Na Wołyniu osiedlono ok. 45% ogólnej liczby kresowych wojskowych osadników.
    Ich gospodarstwa stanowiły 1,3% ogółu wołyńskich gospodarstw o powierzchni poni­
    żej 50 ha i obejmowały 3-3,2% ziemi należącej do tej grupy. Przeciętna wołyńska
    działka osadnicza wynosiła ok. 15-16 ha, podczas gdy przeciętna wielkość wołyńskiego
    gospodarstwa o obszarze poniżej 50 ha wynosiła 5,9 ha ziemi użytkowanej rolniczo,
    tzn. stanowiła ok. jednej trzeciej wielkości gospodarstwa osadniczego25. Wedle ustawy
    z 17 grudnia 1920 r. rozmiar gospodarstwa osadniczego powinien zapewnić mu eko­
    nomiczną samodzielność, toteż przy nadawaniu ziemi brano pod uwagę lokalne warunki

  8. Głos Prawdy said

    Czytałam świadectwo białoruskich chłopów z pod Nieswiza, którzy z utęsknieniem czekali na przyjście władzy radzieckiej by uwolnić się z pod jarzma polskich panów.

  9. Efekt Lucyfera

    Tym, co łączy wszystkie przyczyny czy raczej okoliczności prowadzące do ludobójstwa na Wołyniu jest psychologia. Prof. Philip Zimbardo w wyniku przeprowadzonego przez niego eksperymentu więziennego na Uniwersytecie Stanforda w latach 70. wykazał, że zwykli ludzie mogą w pewnych warunkach okazać skłonność do wielkiego okrucieństwa. Według Zimbardo wpływ na to ma otoczenie, w którym przebywa jednostka. Amerykański psycholog uważa, że każdy zdrowy psychicznie człowiek, który zostanie umieszczony w patologicznym otoczeniu (np. na terenach objętych wojną) może traktować innych ze szczególnym okrucieństwem, jeżeli tylko czuje się anonimowy, a za swoje czyny prawdopodobnie nie zostanie ukarany. Zjawisko to widoczne jest zawsze w okresie wojen, kiedy zwykli ludzie dopuszczają się okrutnych mordów, gwałtów i grabieży.
    ————————
    Sześć okoliczności rzezi wołyńskiej

    Przyczyny ludobójstwa dokonanego przez OUN-UPA i ukraińskich chłopów na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej są złożone. „Etos kozacki” (jak nazwał to zjawisko ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski) wskazywał, że wielokrotnie w historii przynajmniej część ukraińskiego chłopstwa dopuszczała się okrutnych mordów na Polakach i innych mniejszościach zamieszkujących Kresy wschodnie. Za każdym razem dał o sobie znać prymitywizm oraz sadyzm sprawców tych zbrodni. Wszystkie zostały popełnione w obliczu większego konfliktu, który przewinął się przez te tereny (Powstanie Chmielnickiego, Konfederacja Barska, Powstanie Styczniowe, rewolucja bolszewicka, wojna polsko-ukraińska, II wojna światowa).

    Wiekowe wykorzystywanie ludności ukraińskiej przez szlachtę wobec silnej polonizacji rusińskich magnatów doprowadziły do wytworzenia się stosunków według zasady „polski pan – ukraiński cham”. Dodatkowo odrębność społeczności ukraińskiej, która w przeciwieństwie do polskich chłopów odróżniała się od szlachty językiem, kulturą i przede wszystkim religią, wywołała poczucie niechęci w stosunku do „obcych”, którzy bogacili się na ich ciężkiej pracy. Warto zauważyć, że polscy chłopi, poza niechlubnym przypadkiem rabacji galicyjskiej, właściwie nie buntowali się przeciwko swoim (polskim) panom. Przyczyna tych wstąpień w większym stopniu zatem tkwi w odrębności etnicznej niż w stratyfikacji społecznej.

    W 1943 roku, mający poczucie dziejowej niesprawiedliwości, prosty, niewykształcony ukraiński chłop stał się podatny jak nigdy dotąd (bo przecież agitacja trwała od lat) na propagandę ideologiczną ze strony ukraińskich nacjonalistów. Według ideologii OUN, niepodległa Ukraina miała być receptą na wszystkie problemy ukraińskiego społeczeństwa, a jedyną przeszkodę dla jej powstania stanowili Polacy. Ideologia ukraińskiego nacjonalizmu została w pewnym stopniu wzmocniona przez akcje anty-ukraińskie z okresu II Rzeczpospolitej. W konsekwencji otrzymujemy „wybuchową mieszankę” kilku różnorodnych czynników, które prowadzą do właściwej „detonacji” nienawiści i barbarzyńskiego okrucieństwa w trakcie wojny. Okrucieństwa, które wydaje się dobrze tłumaczyć wspomniany wcześniej „Efekt Lucyfera”.

    Na wołyńskie ludobójstwo złożył się splot różnorodnych czynników natury historycznej, społecznej, ideologicznej, politycznej, religijnej i psychologicznej. Wszystkie stanowiły okoliczności prowadzące do krwawych wydarzeń 1943 roku.

    Oczywiście niniejsza analiza nie stawia sobie ambicji pełnego wyjaśnienia przyczyn tej okrutnej zbrodni. Do tego niezbędne są lata badań prowadzonych przez historyków we współpracy z psychologami społecznymi.

    Pełne wyjaśnienie przyczyn ludobójstwa wołyńskiego nie służy jednak wyłącznie zaspokojeniu zwykłej ludzkiej ciekawości. Chodzi o coś więcej. Po pierwsze, należy zrobić to dla pamięci pomordowanych Polaków i heroicznych Ukraińców, próbujących ratować swoich polskich sąsiadów, których ciała do dzisiaj spoczywają w bezimiennych mogiłach na terenie całego Wołynia. Po drugie, należy to uczynić po to, by historia jak ta – z Wołynia 1943 r., Rwandy 1994 r. i wielu innych nieopisanych w tym artykule aktów ludobójstwa nigdy więcej się nie powtórzyła. Pobożne życzenie? Być może, ale nie ściąga to z nas odpowiedzialności za podjęcie choćby próby wyjaśnienia demonicznych doświadczeń naszej historii po to, by znając przyczyny pewnych zjawisk, skutecznie zapobiegać im na przyszłość
    https://klubjagiellonski.pl/2016/10/15/szesc-okolicznosci-rzezi-wolynskiej/

Sorry, the comment form is closed at this time.

 
%d blogerów lubi to: