Dziennik gajowego Maruchy

Blogi internetowe zagrażają demokracji (Barrack Obama)

Głoszenie prawdy jest przestępstwem

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-13 (piątek)

Sąd Grodzki w Bielsku-Białej ukarał grzywną w wysokości 500 zł oraz obciążył kosztami postępowania sądowego Wielkiego Rycerza Jacka Umela, reprezentującego bielską filię Rycerzy Kolumba, którzy wspólnie z Fundacją Pro zorganizowali w lipcu w centrum Bielska-Białej poruszającą wystawę antyaborcyjną “Wybierz życie”. Na kilkunastu wielkoformatowych fotografiach pokazano ofiary aborcji. Sąd uznał, że doszło do “zgorszenia w miejscu publicznym”.

Sądy jakoś nie mogą się zdecydować, aby za “zgorszenie w miejscu publicznym” uznać eksponowanie pism pornograficznych albo nachalne wtykanie reklam burdeli za wycieraczki samochodów. Nie uznają też za zgorszenie publiczne parad zwyrodniałych zboczeńców odbywających się pod hasłami “równości i tolerancji” ani “tirówek” spokojnie spacerujących wzdłuż wielu szos, przez nikogo nie niepokojonych.

Jak poinformował w rozmowie z “Naszym Dziennikiem” Jacek Umel, orzeczenie sądu wydano w tzw. trybie nakazowym, a więc bez udziału stron. Decyzję Rycerze otrzymali wczoraj za pośrednictwem poczty.
- Ze względu na tryb tego orzeczenia mowa jest w nim tylko o kwocie, którą mamy zapłacić. Nie ma żadnego uzasadnienia, więc trudno nam dociekać, na jakiej podstawie tak to zostało zakwalifikowane. Nasi prawnicy już pracują nad przygotowaniem odwołania w tej sprawie, dlatego nie chciałbym w tej chwili przesądzać, w jakim kierunku ono pójdzie – relacjonuje Umel. Jednakże ujawnia, że prawnicy sugerują, żeby w zażaleniu odwołać się do definicji słowa “zgorszenie” zamieszczonej w Słowniku Języka Polskiego.

Zaskoczony wyrokiem skazującym jest również Mariusz Dzierżawski z Fundacji Pro, współorganizator wystawy w Bielsku-Białej.
- Dla mnie jest to przede wszystkim dowód niekompetencji. Bo jeśli ta informacja jest zgodna z prawdą, to oznacza, że sędziowie sądu grodzkiego w Bielsku-Białej nie znają orzecznictwa. Podobne sprawy były wnoszone i ostatecznie zostały rozstrzygnięte zupełnie odwrotnie – komentuje Dzierżawski. Podkreśla, że jest to kolejna próba kneblowania prawdy i wyraża nadzieję, że okaże się równie bezskuteczna, jak poprzednie. Równocześnie zwraca uwagę na to, że doniesienie złożył dziennikarz “Gazety Wyborczej”, który pełnił w sprawie rolę zarówno pokrzywdzonego, jak i świadka.

- Muszę powiedzieć, że nie sądziłem, iż dziennikarzy tej gazety można czymś zgorszyć. Okazało się, że tak, można ich zgorszyć – prawdą – powiedział Dzierżawski.

Nie od dziś mądrzy ludzie głoszą, iż prawda jest antysemicka, nic więc dziwnego, że gorszy ona dziennikarzy żydowskiej gazety, znanej z wyśrubowanych standardów antyetyki i łajdactwa.

Maria S. Jasita, “Nasz Dziennik” 13.11.2009. Komentarze admina.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 19 »

Co wiemy, a czego możemy się domyślać

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-13 (piątek)

Najważniejszą wiadomością na kuli ziemskiej jest wybuch czegoś, co najprawdopodobniej jest wojną biologiczną. Drugą co do ważności jest informacja, iż “międzynarodowe” media przez prawie już dwa tygodnie cenzurują pierwszą wiadomość. Chętnie ocenzurowali by również Internet, a na mózgach osób samodzielnie myślących dokonali lobotomii. Przypominamy, jakby kto nie wiedział, że “międzynarodowe” media znajdują się w rękach garstki rodzin żydowskich i są silnie powiązane z bankierami.

Wiemy bardzo dużo z tego, co dzieje się w Środkowej Europie, lecz na wiele tematów możemy jedynie spekulować.

Wiemy, że mniej niż miesiąc temu, w środku października, na Zachodniej Ukrainie zanotowano rosnącą liczbę przypadków “świńskiej grypy” spowodowanej przez wirusa A/H1N1.

Wiemy, że setki, jeśli nie tysiące osób mieszkających na Zachodniej Ukrainie były świadkami rozpylania jakiegoś aerozolu nad miastami ukraińskimi w dniach 29 i 31 pażdziernika. I wiemy też, że w nocy 29 października gwałtownie wybuchła zaraza: wiele osób ciężko zachorowało. Rząd ukraiński zaprzeczył, jakoby sam komukolwiek polecił opryskiwanie terenu celem zwalczania świńskiej grypy albo wydał zgodę na takie opryskiwanie. 30 października władze Ukrainy zamknęły wszystkie szkoły na trzy tygodnie i zakazały publicznych zgromadzeń.

Nie wiemy na dobrą sprawę, co to za choroba grasuje na Ukrainie. Lekarze opisują ją jako dżumę płucną, wąglika płucnego itp. Nie silimy się na tłumaczenie fachowych nazw. Wiadomo jednak, że choroba ta w niczym nie przypomina A/H1N1. Nie wiemy, czy wirus jaki ją spowodował jest zupełnie nowym wirusem, czy rekombinacją A/H1N1 z innym wirusem – nie wiemy nawet, czy to wirus jest powodem ukraińskiej plagi. Wiemy za to, że WHO (Światowa Organizacja Zdrowia) nadal nie ujawnia sekwencji genów tej zarazy, choć miała na to sporo czasu.

Ani w przypadku Meksyku (gdzie zanotowano pierwsze przypadki świńskiej grypy), ani w przypadku Ukrainy, tak zawsze czujna WHO nie poleciła poddania tych krajów kwarantannie, co ułatwiło wirusowi rozprzestrzenienie się po świecie.

Wiemy, że wewnętrzna temperatura płuc u osób śmiertelnie chorych sięga 50-55 stopni Celsjusza, płuca są poczerniałe, wypełnione krwią, a ich tkanka zmieniona w papkę. Śmierć następuje bardzo szybko, w ciągu 48 godzin, czasem nawet tego samego dnia.

Początkowo zaraza rozprzestrzeniała się z szybkością ok. 200 tys przypadków dziennie, obecnie spowolniła do ok 100 tysięcy, głównie z powodu środków ostrożności podejmowanych przez ludzi. Ponad 1 300 000 osób jest ciężko chorych, ponad 60 000 jest hospitalizowanych i znajduje się w stanie ciężkim bądź krytycznym. Wiemy, że choroba ta jest niezwykle zaraźliwa, a (jak można sądzić z pośrednich, nieoficjalnych danych) jej śmiertelność sięga 5-10%.

Nie wiemy, w jaki sposób efektywnie leczyć tę chorobę, wiemy jednak, że jest groźniejsza dla młodych dorosłych osób. Podejrzewamy, iż zachodzi coś, co medycyna zwie “cytokine storming” lub “hipercytokinemią”, a co polega na potencjalnie śmiertelnej reakcji immunologicznej, gdzie zachodzi dodatnie sprzężenie zwrotne między cytokinami a komórkami immunologicznymi. Podobne zjawisko miało miejsce podczas epidemii “hiszpanki” 1918-1919.

Wiemy oficjalnie od ukraińskiego Ministerstwa Zdrowia, że choroba nie jest spwodowana przez A/H1N1. Istniejąca szczepionka przeciwko świńskiej grypie jest więc najprawdopodobnie bezużyteczna.

Wiemy, że choroba rozprzestrzeniła się w Polsce, gdzie ponad ćwierć miliona osób jest ciężko chorych. Wiemy, że dotarła na również na Białoruś i na Węgry. Wiemy, że w Norwegii 900 tysięcy osób zachorowało na świńską grypę, ale nie wiemy, czy istnieje tu jakiś związek z ukraińską plagą.

8 listopada południowoafrykańska witryna fto.co.za opublikowała następujący tekst (w wolnym tłumaczeniu):

“Podejrzany pojazd powietrzny został zmuszony do lądowania. Wyprodukowany w Rosji a operowany przez Stany Zjednoczone ciężki samolot transportowy dalekiego zasięgu AN-124, zmienił swój znak wywoławczy z cywilnego na wojskowy, co spowodowało reakcję Indyjskich Sił Powietrznych po przekroczeniu przezeń  granicy Pakistanu. Samolot zmuszono do lądowania w Numbai. Inny samolot został zmuszony do lądowania przez nigeryjskie myśliwce, a jego załoga została aresztowana.

Chińskie Siły Powietrzne skontaktowały się z wywiadem Indii i Nigerii w sprawie powyższych samolotów, wyrażając zaniepokojenie możliwością zainfekowania ziemskiej atmosfery przez Stany Zjednoczone celem dokonania masowego ludobójstwa.”

Samoloty były zaopatrzone w zaawansowane systemy do rozpylania chemikaliów.

Wiemy, że Baxter International Pharmaceuticals wysłał 72 kilogramy szczepionki na zwykłą sezonową grypę (H2N2) do 16 laboratoriów w Europie. Szczepionka zawierała ponadto żywego wirusa niezwykle groźnej ptasiej grypy (H5N1). Gdyby nie przypadkowe odkrycie tego faktu w Czechach (z powodu nadgorliwości jednego z pracowników), nic o tym nie wiedzielibyśmy do dzisiaj. Baxter twierdzi, iż był to “błąd ludzki” – my jednak wiemy, iż tego typu błąd nie jest w zasadzie możliwy, ani u Baxtera, ani w innych nowoczesnych biolaboratoriach stosujących technologię Biosafety Level 3 (BSL-3).

Wiemy, że w połowie sierpnia agent Mosadu Joseph Moshe zatelefonował do radiowej audycji Dr A. True Ott i poinformował, iż Baxter przygotowuje się do zainfekowania Ukrainy śmiertelną chorobą ze swych ukraińskich laboratoriów i że on sam wkrótce spotka się z prokuratorami w Los Angeles, gdzie przedstawi dowody. Joseph Moshe został niedługo potem aresztowany i zabrany do konsulatu Izraela, skąd szybko przetransportowano go do ojczyzny. Od tamtej pory los jego jest nieznany.

Wiemy, że w przeciągu mniej więcej ostatnich trzech lat wielu ekspertów w zakresie biologii zmarło dziwną śmiercią w różnych miejscach na świecie.

Wiemy, że nagłe pojawienie się meksykańskiej świńskiej grypy (A/H1N 1) musiało być spowodowane uwolnieniem wirusa z laboratoriów pracujących nad bronią biologiczną. Wirus ten posiada sekwencje genów pochodzące z trzech różnych typów (amerykańskiego, azjatyckiego i afrykanskiego) świńskiej grypy, ptasiej grypy, dwu różnych typów ludzkiej grypy sezonowej oraz grypy hiszpańskiej. Jest w zasadzie niemożliwe, aby tego typu rekombinacja powstała w sposób naturalny.

Wiemy, że aktualnie wciskana ludziom “szczepionka” na świńską grypę jest prawie całkowicie niewytestowana, a jej producenci (rzecz bez precedensu!) zapewnili sobie zupełny brak odpowiedzialności za wszelkie jej szkodliwe skutki. W dodatku szczepionka zawiera wysoce szkodliwe dla zdrowia substancje, jak związki rtęci.

Gdyby “oficjalnym” mediom wpadło do glowy zacząć pisać prawdę, podkopały by grunt pod takimi witrynami, jak choćby niniejsza. Nie żywimy jednak przesadnych obaw. Ani dziennikarskim dziwkom, ani ich alfonsom (zwanym właścicielami mediów) nigdy pisanie prawdy na myśl nie przyjdzie. Prawda jest bowiem antysemicka.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 37 »

Przemyślenia Pana Prezydenta

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-12 (czwartek)

Prezydent Lech Kaczyński pytany w radiowej „Trójce” dlaczego aż jedna trzecia Polaków uważa, że Polska nie jest niepodległym krajem, powiedział: “Polacy mylą zagrożenia z faktami”.

Fakty zaś są takie, że ok. 70% praw obowiązujących w Polsce powstaje poza granicami naszego kraju. Fakty są takie, że rząd nie może podjąć żadnych kroków odnośnie wspomagania gospodarki, gdyż byle skorumpowany urzędnik brukselski może mu tego zakazać. Fakty są takie, że rolnik nie może uregulować zatapiającego mu gospodarstwo potoku górskiego, jeśli Unia mu na to nie zezwoli. I to się nazywa “niepodległość”.

Jego zdaniem, Polska stoi przed dwoma rodzajami zagrożeń. Pierwsze z nich to sytuacja, w której UE zacznie ewoluować od sojuszu 27 państw w kierunku mocarstwa dwóch, trzech państw, w którym reszta stanowi tylko wypełniacz.
“Coś takiego nie jest abstrakcją, to może nastąpić przy pewnej interpretacji traktatu i pewnych postawach politycznych. To jest jednak tylko zagrożeniem, a nie rzeczywistością” – zaznaczył Prezydent RP.

Pan Prezydent rżnie głupa. Ewolucja Unii w opisanym przez niego kierunku ma miejsce od połowy lat 90-tych i trwa w najlepsze, czego dowodem jest zupełnie inne traktowanie np. Niemców i Polaków gdy chodziło o ratowanie stoczni.

Drugim, według niego, zagrożeniem dla Polski jest sytuacja na rynku energetycznym. “Ten rynek jest determinowany przez politykę. To powoduje, że Polska wciąż uchodzi za bardzo łakomy kąsek do odzyskania wpływów” – podkreślił.

Zapewne dla obrony polskich interesów wyprzedano polską energetykę w obce ręce?

Lech Kaczyński przyznał, że kiedyś uważał, że jak Polska będzie w NATO i UE to takich zagrożeń nie będzie. “Otóż jesteśmy w NATO, jesteśmy w UE. Jest to wielki sukces Polski, ale te zagrożenia nadal są” – dodał.

Durna polska szlachta też uważała zagarnięcie Polski przez Rosję za “wielki sukces” na drodze ochrony swych “prastarych przywilejów”…  dopóki nie dostali nahajami po dupach.

Prezydent powiedział także, że widzi konieczność wprowadzenia takich rozwiązań w polskim prawie, które umożliwiłyby Trybunałowi Konstytucyjnemu badanie unijnych przepisów. “Należy przyjąć, że prawo europejskie obowiązuje z mocy i woli polskich organów państwowych” – podsumował.

“Badać” przepisy unijne i gawędzić na ich temat to sobie każdy może aż do upadłego. Gajowy Marucha też je bada, jak potrafi – tylko nie wynikają z tego żadne skutki prawne.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 42 »

Leśne obserwatorium c.d. 2009.11.12

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-12 (czwartek)

Mamy do wyboru dwie możliwości (“dwie alternatywy” – jak mawiają  młodzi, wykształceni z wielkich miast): albo jesteśmy świadkami spisku zwłowrogich sił prawicy przeciwko międzynarodowym mediom, rządom i ponadnarodowym instytucjom – albo też jesteśmy świadkami biologicznych działań wojennych na terenach Europy Środkowej i Wschodniej. Inaczej tego nazwać nie można.

W przeciągu mniej niż dwu tygodni ponad milion osób ciężko zachorowało na Ukrainie. Obecnie dowiadujemy się że również w Polsce jest około ćwierć miliona chorych na tę samą lub podobną chorobę. Miedzynarodowe media, sterowane w gruncie rzeczy przez garstkę żydowskich rodzin, nadal cenzorują wiadomości na ten temat, ale dzięki niezmordowanej pracy wszystkich alternatywnych mediów, prawda powoli przedostaje się do świadomości ludzi.
Bandytom i ich adwokatom nie pomogą próby ośmieszania niezależnych dziennikarzy czy niezależnych witryn internetowych. Nic im nie da czepianie się nieistotnych szczegółów, wyłapywanie nie wpływających na ogólną wymowę faktów drobnych pomyłek, czy wreszcie pozaintelektualne ataki z kategorii “ujawniania antysemitów”. Nie pomoże też “lobbing” (łapówki rozdawane przez firmy farmaceutyczne): wciąż bowiem istnieją na świecie ludzie nieprzekupni, dla których ważna jest tylko prawda i czyste sumienie.

Tymczasem zwolennicy teorii spiskowych znów mieli rację: firma Baxter przyznała się do zainfekowania szczepionek grypy sezonowej wirusami groźnej “ptasiej grypy”: http://eclipptv.com/viewVideo.php?video_id=8251

Filar CNN, Lou Dobbs, zrezygnował z pracy ze skutkiem natychmiastowym. Pogłoski mówią, iż przyczynami tego kroku był m.in. zakaz drążenia sprawy obywatelstwa Baracka Obamy oraz zakaz otwartego mówienia o epidemii w Europie Wschodniej. W każdym bądź razie dla człowieka newsów pokroju Dobbsa musiało być torturą siedzenie na bombowych informacjach i niemożność zrobienia z nich użytku.

Skoro już poruszyliśmy temat “urodzonego na Hawajach” prezydenta USA, warto zburzyć mity o jakichkolwiek nieporozumieniach między Obamą a Sarkozym w sprawie Izraela. Obama jest Nigeryjczykiem udającym Amerykanina, wyhodowanym i umieszczonym jak kukła w Białym Domu przez syjonistów z Chicago. Sarkozy z kolei jest węgierskim Żydem, udającym Francuza, całkowicie oddanym neokonom i syjonizmowi. Gdzież tu miejsce na różnice zdań? Nb. prawdziwym, “operacyjnym” prezydentem USA jest Emanuel Israel Rahm, mający podwójne obywatelstwo: amerykańskie i… ale niespodzianka! – izraelskie. Poza tym jest najprawdopodobniej wyższym operacyjnym oficerem Mosadu.

A jeśli doszliśmy już do tematyki Izraela (która jakoś tak sama zawsze wypływa, gdy mowa o terroryzmie, wojnach, zbrodniach, oszustwach na wielką skalę itp) to zauważmy, iż premier Turcji i prezydent Iranu podjęli wspólną decyzję o współpracy wojskowej. M.in. aktywny udział tureckiego lotnictwa jest przewidziany w razie ataku na Iran. (http://www.debka.com/headline.php?hid=6366).
Turcja jest członkiem NATO, posiada dużą i dobrze wytrenowaną flotę lotniczą oraz sprawny wywiad wojskowy na Bliskim Wschodzie. Jeśli Izrael zaatakuje Turcję jako sojusznika Iranu, będzie to oznaczało – w myśl statutów NATO – zaatakowanie całego Paktu Atlantyckiego, a więc obowiązek podjęcia działań wojennych przeciwko Izraelowi przez wszystkich członków. Co może być ciekawe. Ale pewnie nie będzie…

W USA, kraju który kiedyś był wolny, Ministerstwo Sprawiedliwości oficjalnie zażądało od witryny internetowej http://www.indymedia.us, zajmującej się publikowaniem niezależnych informacji, aby udostępniła szczegóły (m.in. adresy IP) dotyczące wszystkich osób, jakie ją odwiedzą wyznaczonego dnia. Co więcej, ministerstwo zażądało, aby Indymedia.us nigdzie nie zdradzało się, iż otrzymało taki właśnie nakaz. Tego chyba komentować nie trzeba.

W Polsce, kraju który mógł być wolny, a jest tylko europarobkiem, świętowano wczoraj Rocznicę Niepodległości. Najbardziej świętowali ci, którzy ją sprzedali w brukselską niewolę, i to nawet nie za srebrniki, ale za nędzne miedziaki. Bezczelność szumowin – i ślepota narodu – nie zna granic.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 13 »

Czy Ukrainę czymś opryskano?

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-11 (środa)

Pomimo, iż nie ma na świecie w chwili obecnej większego “newsa”, niż rozprzestrzeniająca się już poza granice Ukrainy epidemia, międzynarodowe media zgodnie zachowują w tej sprawie przedziwną dyskrecję. Czy dlatego, iż chodzi o kraje “Europy Wschodniej”, przeznaczone na eksperyment eugeniczny? Z braku innej wiedzy mamy prawo domyślać się wszystkiego – a najlepszą metodą na zwalczanie teorii konspiracyjnych jest po prostu mówienie prawdy! Ponieważ jednak mówienie prawdy nie mieści się we współczesnej etyce zawodowej wielkich mediów ani polityków, teorie konspiracyjne mają przed sobą długą i jasną przyszłość.

Jak się dowiadujemy, na Białorusi ma miejsce już około ćwierć miliona zachorowań opisywanych jako ostre zapalenie dróg oddechowych i grypa. Wśród hospitalizowanych przypadków dominują dzieci. W rejonie Homeli (na Internecie transliterowanej jako Gomel) osiem osób zmarło na zapalenie płuc. Zanotowano też przypadek śmiertelny na Rumunii w pobliżu granicy z Ukrainą.

Tymczasem na Ukrainie liczba zachorowań osiągnęła 1 122 188, z czego 57 286 przypadków hospitalizacji. Oficjalnie podawana liczba zgonów jest mało wiarygodna, a znakomita organizacja lobbingowa WHO wciąż trzyma swoje dane pod korcem. Tym niemniej możemy stwierdzić, iż szybkość ekspansji epidemii (co by to nie było) na Ukrainie uległa spowolnieniu – prawdopodobnie na skutek środków ostrożności podejmowanych na własną rękę przez mieszkańców.

I na koniec informacja nie potwierdzona, acz prawdopodobna:
http://ukraineplague.blogspot.com/2009/11/update-111009-300pm-est-widespread.html

Otóż 29 października mieszkańcy Kijowa i innych miast zachodniej Ukrainy donosili, iż lekkie samoloty i helikoptery spryskiwały teren czymś, co miało ochronić ludzi przed “świńską grypą”. Właściciele firm byli z góry uprzedzeni, aby trzymać okna zamknięte i nie wychodzić na zewnątrz. Lokalne władze zakazały publikowania raportów, jakie licznie napłynęły do lokalnej prasy i radia.

W ciągu kilku godzin u wielu osób wystąpiły objawy złego samopoczucia, u niektórych na ramionach pojawiły się czerwone pręgi. W ciągu dwu dni ponad 10 osób zmarło skutkiem ostrej niewydolności układu oddechowego (co ogłosiło WHO na swej stronie 30 października). Płuca niektórych zmarłych były wypełnione krwią. Gorączka osiągała u nich 39-40 stopni, a temperatura płuc sięgała do 55 stopni (!). Objawy te przypominały zarówno słynną “hiszpankę”, jak i dżumę płucną, wąglika płucnego, SARS i ptasią grypę (H5N1).

Następnych 40 osób zmarło w przeciągu kilku dni. Co było potem, wszyscy wiemy.

Pamiętemy, że do dnia 30 pażdziernika nikt na Ukrainie nie słyszał o żadnej zarazie, żadnej epidemii. A potem “ukraińska plaga” nagle wybuchnęła z całą siłą – znikąd. Czyż nie przedziwny zbieg okoliczności?

Jeśli jest to prawdą, to jesteśmy świadkami zbrodni na ogromną skalę – zbrodni tuszowanej przez wszystkie “niezależne”, “miedzynarodowe” organizacje, “międzynarodowe media” i “narodowe rządy” państw. Zostawiam domyślności czytelników, kto za taką zbrodnią stoi. Kto z reguły stoi za naprawdę wielkimi zbrodniami.

Minister Zdrowia Ewa Kopacz

Minister Zdrowia Ewa Kopacz

 

W tym miejscu chciałbym wyrazić swe poparcie zdecydowanemu stanowisku polskiej minister zdrowia, pani Ewie Kopacz – która jako bodaj jedyna na świecie - twardo stawia sprawę: za skutki działania szczepionek odpowiedzialność ponosi producent, a nie rządy. Również inne jej poglądy na epidemię H1N1 wydają się być oparte na podstawach naukowych, a nie podsycanej przez farmaceutyczne lobby masowej histerii.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 54 »

Deutschland über alles?

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-11 (środa)

„… trzeba dodać, że głosy polskie dopominające się zjednoczenia Niemiec są politycznym szaleństwem, są zdradą interesów polskich, choćby były pozorowane pięknymi hasłami, a często są kupione przez Niemców”.

Słowa te w dniu 18 listopada 1989 r. podczas wystąpienia na I Ogólnokrajowym Zjeździe Delegatów Stronnictwa Narodowego w Warszawie wygłosił członek Konwentu Seniorów Założycieli Stronnictwa Jan Dziżyński.

Parę dni wcześniej, 9 listopada 1989 r., w Berlinie dokonał się pierwszy krok na drodze do zjednoczenia Niemiec – władze NRD zatwierdziły „regulację przejściową dotyczącą wyjazdów z NRD”, a Niemcy rozpoczęli spontanicznie rozbierać mur oddzielający dwa niemieckie państwa.

Czy można było temu zjednoczeniu przeciwdziałać? Pewnie nie, biorąc pod uwagę brak zdecydowanego sprzeciwu ze strony ZSRR i USA. Szczytem absurdu jednakże pozostaje świętowanie faktu zjednoczenia Niemiec przez Polaków, w tym polskie dzieci i młodzież w szkołach!

Tegoroczne obchody rocznicy upadku muru berlińskiego osiągnęły swoje apogeum – „solidarnościowy” bełkot połączony z wolnościową i europejską retoryką był wszechobecny, nawet premier i prezydent mówili jednym głosem. Prym wiódł jednak coraz bardziej utwierdzający się w swojej dziejowej roli głównego pogromcy „komunizmu” Lech Wałęsa. Dawni koledzy z podziemia znowu stanowili jedną „drużynę Lecha”. „Solidarnościowa” rewolucja rozpoczęła się pod bramą gdańskiej stoczni, a zakończyła pod Bramą Brandenburską (J. Buzek, aż trudno uwierzyć, że jego dziadek był jednym z liderów galicyjskiej endecji)!

Niemcy faktycznie mają za co dziękować „Solidarności”. Czy jednak my Polacy naprawdę zatraciliśmy już do końca instynkt samozachowawczy? Jak to możliwe, że współcześni Polacy świętują zjednoczenie Niemiec niemal jak własne Święto Niepodległości (nomen omen Piłsudski także nadawałby się świetnie na patrona tego zjednoczenia)? „Zjednoczenie” Prus z Pomorzem i Wielkopolską też będziemy świętować?

Dlaczego brak nam zdrowego rozsądku, cechującego w tym wypadku inne narody europejskie? Dlaczego nie świętowali w swoich krajach Anglicy i Francuzi, którzy po prostu odnotowali fakt kolejnej symbolicznej rocznicy zjednoczenia Niemiec, pamiętając dobrze o „euforii”, jaką to zjednoczenie wywołało w ich państwach dwadzieścia lat temu (wystarczy przypomnieć sobie ówczesne wypowiedzi Margaret Thatcher).

W Polsce wciąż żywe jest natomiast zawołanie „za wolność Waszą i naszą”, bez względu na to, gdzie, jak, komu i po co. Byle nieść sztandar wolności niemal jak w XIX w., w którym chyba nie było rewolucji, czy nawet pomniejszej ruchawki lub awantury, w którą nie wpakowaliby się Polacy. Podobnie i dziś. Co wyzwalamy? Białoruś, Tybet, Czeczenię, Niemcy? Wyrywamy spod rosyjskiej dominacji Ukrainę, Gruzję? To mniej ważne. Istotne jest to, aby znowu stanąć na barykadzie i uczynić prawą dłonią znak Viktorii.

Maciej Motas, Nowa Myśl Polska

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 47 »

Światowa Organizacja Zdrowia kontynuuje oszustwo

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-10 (wtorek)

Pytanie: czy wierzysz, czytelniku, w bezstronność organizacji WHO, która w przeważającej mierze jest utrzymywana przez firmy farmaceutyczne? Jeśli tak, to nie czytaj dalej. Idź się zaszczep. Najlepiej na wszystko od razu.

A my pozostali popatrzmy sobie na kolejny dowód na to, jak owa organizacja jest zblatowana i skorumpowana.

WHO nadal bezczelnie oszukuje świat twierdząc, iż epidemia na Ukrainie jest epidemią “świńskiej grypy”, czyli wirusa A/H1N1 – mimo olbrzymich różnic zarówno w przebiegu choroby, jak i szybkości jej rozprzestrzeniania się.

WHO straciła resztki szacunku i uznania, jakie posiadała. Po miesiącach wciskania ludziom pseudonaukowych teorii, przeczących nieraz sobie nawzajem (zob. np. http://preventdisease.com/news/09/090809_swine_WHO_junk_science.shtml), przeszła teraz do drugiej fazy megaoszustwa: wmówić ludziom, iż groźna epidemia na Ukrainie to właśnie “świńska grypa”.

Wg. eksperta od chorób zaraźliwych, dr-a Donalda Lau Low, szanse iż ukraińska epidemia jest spowodowana wirusem A/H1N1, są nieskończenie małe. Ogromna zaraźliwość, jaką obserwujemy na Ukrainie, jest czymś niesłychanym w przypadku A/H1N1 i z prawodopobieństwem graniczącym z pewnością chodzi albo o zupełnie nowego wirusa, albo o nową rekombinację wirusów. Ponadto śmiertelność w przypadku “ukrainskiego wirusa”, ok. 0.5%, jest o całe lata świetlne większa, niż śmiertelność spowodowana przez A/H1N1. Dr Lau Low przypuszcza, iż WHO – z nieznanych jeszcze powodów – ukrywa i/lub manipuluje informacjami, jakie posiada.

To, czego nie wypada powiedzieć ekspertowi, wypada powiedzieć gajowemu. Powodem jest totalna korupcja WHO i jej uzależnienie od interesów koncernów farmaceutycznych. Tylko idiota może mniemać, iż prokurator opłacany przez mafię – albo  “organizacja zdrowia” opłacana przez producentów farmaceutyków – zachowa niezależność osądów i integralność. Nieważne, na co chorują Ukraińcy: mają dostać szczepionki na “świńską grypę” od Baxtera i Glaxo i za nie zapłacić, bo byznes jest dla farmakobandytów ważniejszy, niż życie ludzkie – zgodnie z kapitalistycznymi prawami maksymalizacji zysków.

Tymczasem liczba zachorowań u naszego wschodniego sąsiada przekroczyła milion. Ponad 50 tys. osób jest hospitalizowanych, a oficjalna liczba zgonów wynosiła wczoraj 174. Zaraz przedostała się również na Białoruś. Wydaje się być kwestią czasu, kiedy wejdzie na teren Polski.

WHO zapodało, iż “na wiele pytań nie znamy jeszcze odpowiedzi”.

My też czekamy na jedną odpowiedź: kiedy wreszcie skorumpowana i szkodliwa Światowa Organizacja Zdrowia zostanie rozwiązana, a jej szefowie zostaną skazani na śmierć przez powieszenie za próbę globalnego ludobójstwa.

Szczepienia są korzystne dla kasy producentów. Los tego dziecka jest nieistotny.

Szczepienia są korzystne dla kasy producentów. Los tego dziecka jest nieistotny.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 46 »

W drodze do globalnego Talmudystanu

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-10 (wtorek)

Syjonistyczna ADL wraz ONZ chcą globalnego prawa “antydyskryminacyjnego”.

W przemówieniu wygłoszonym pod koniec października podczas corocznego spotkania Anti Defamation League (ADL) sekretarz generalny ONZ Ban Ki Moon zapewnił tę organizację, że ONZ ma ambicje nakładania międzynarodowych sankcji na kraje, które nie egzekwują należycie praw „antydyskryminacyjnych”.

ADL jest architektem „praw antydyskryminacyjnych” w niemal wszystkich krajach Zachodu.

„W Organizacji Narodów Zjednoczonych popieramy wasze zdecydowane działania przeciwko esktremizmowi i nietolerancji… waszą walkę przeciwko rasizmowi ogólnie, a zwłaszcza antysemityzmowi. Głód i trudności gospodarcze zagrażają stabilności społecznej i doprowadziły do nietolerancji i ksenofobii, podejrzeń w stosunku do innych narodów i kultur. Problemy te rozlewają się ponad granicami. W związku z tym wymagają globalnych rozwiązań i globalnej solidarności. Dlatego coraz więcej ludzi patrzy w stronę ONZ szukając rozwiązania. Nasz Sojusz Cywilizacji działa w celu zwalczania ekstremizmu. W tym roku Zgromadzenie Ogólne przyjęło kolejną rezolucję – mającą na celu zapobieganie ludobójstwu i innym ciężkim przestępstwom. Dziś mówię tu o Odpowiedzialności za Ochronę – idei, w myśl której nie będą chronione rządy, które nie mogą lub nie chcą zapewnić ochrony swoim narodom. Postawmy sprawę jasno, na świecie obudziło się zbiorowe sumienie i dołożę wszelkich starań by się ono nie cofnęło. Na zakończenie pozwólcie mi przypomnieć o ważnym wydarzeniu, które miało miejsce w siedzibie ONZ w tym roku, a w którym ADL odegrała tak istotną rolę. Było to seminarium na temat mowy nienawiści w internecie, częsć naszej kampanii „oduczania nietolerancji”. Jesteśmy tu dziś by napisać inną historię, nie taką która bazuję na mitach i stereotypach ale wzajemnym szacunku i zrozumieniu” – mówił sekretarz.

Ban Ki Moon postrzega ratyfikację rezolucji dotyczącej zmian klimatycznych jako niezbędną do umocnienia międzynarodowej pozycji ONZ, która pozwoli następnie wprowadzić globalne prawo odnośnie tzw. „hate crime”.

Charakterystyczny gest Abe Foxmana, szefa ADL

Charakterystyczny gest Abe Foxmana, szefa ADL. Uwagę zwraca jego ascetyczna twarz, pełna wewnętrznego ognia i głodu sprawiedliwości.

Chrześcijańskie i konserwatywne media w USA głośno ostrzegają przed upoważnieniem ONZ do karania krajów nie stosujących krajowych „praw antydyskryminacyjnych”, którego nieoficjalnym żandarmem oraz doradcą, wskazującym co nienawiścią jest a co nie, ma być ADL.

Liga nie zajmuje się tylko przypadkami „antysemityzmu” i nie skupia się wyłącznie na ograniczaniu wolności słowa. Agitowała ona na rzecz budzącej ostre sprzeciwy w USA ustawy zdrowotnej, w której skupiła się na promocji legalnej aborcji i rozszerzenia jej dostępności. Chrześcijańskie organizacje, które krytykowały ustawę porównując aborcję do holocaustu a Obamę do dr. Mengele stały się celem wielomiesięcznych ataków i pomówień ze strony ADL.

Liga od 35 lat promuje aborcję, homoseksualizm i „malżeństwa” jednopłciowe zwalczając „chrześcijański fanatyzm”. Siła oddziaływania żydowskich ekstremistów z ADL jest głośnym sygnałem, że światowa tyrania w której ważną rolę odegra ONZ oraz żydowskie organizacje trzymające na łańcuchu praw „antydyskryminacyjnych” wszelkich oponentów zbliża się wielkimi krokami.

http://www.bibula.com/?p=15517

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 25 »

Wielkie korporacje biorą udział w spisku

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-09 (poniedziałek)

Pod adresem:
http://preventdisease.com/news/09/110209_ibm_internal_doc_reveals_knowledge_pandemic_2006.shtmlmożna sobie obejrzeć i przeczytać dokument, który ujawnia, iż firma IBM już w 2006 roku wiedziała o mającej się pojawić “pandemii” wirusa H1N1. Dokument opisuje procedury, m.in. kwarantanny, w przypadku oficjalnego głoszenia “pandemii” przez Światową Organizację Zdrowia WHO, co – zdaniem autorów – na pewno zdarzy się w ciągu najbliższych pięciu lat.

Dokument jest kolejnym dowodem na to, iż obecna “pandemia” jest sztucznie wywołana w celu zmuszenia ludzi do masowych szczepień sponsorowanych przez WHO i ONZ (przypominamy, iż WHO utrzymuje się głównie ze “sponsoringu” firm farmaceutycznych). W świetle dotychczasowych wydarzeń, masowe szczepienia są najprawdopodobniej środkiem eugenicznym mającym zredukować liczbę ludności na świecie – czyli, mówiąc po prostacku – ich zadaniem jest zabijać, a nie leczyć. Ponadto wybuch “pandemii” daje skorumpowanym “rządom” możliwość zawieszania na kołku praw obywatelskich i wprowadzania stanu wyjątkowego – zaś WHO daje uprawnienia nie tylko doradzania, ale po prostu wydawania rządom rozkazów, które muszą być wykonane.

Każdy (wciąż chyba?) może wejść na adres www.ibm.com/us/en i tam poszukać haseł “pandemic 2006″ lub “pandemic 2005″ aby odnaleźć wiele ciekawych dokumentów świadczących o przygotowaniach do mającej nadejść “pandemii”.

Oczywiście nie mamy powodów sądzić, iż z jakiegoś powodu tylko IBM miała dostęp do tego typu informacji, a inne wielkie korporacje nie.

Nawiasem mówiąc firma IBM, podówczas zajmująca się jeszcze dziurkowanymi kartami, była bliskim współpracownikiem niemieckich nazistów w ich programach masowej eksterminacji ludności. Inni pomocnicy Hitlera to m.in. Rockefellerowie i Instytut Carnegie.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 51 »

Broń bakteriologiczna Baxtera

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-07 (sobota)

Poszlaki wskazują, iż firma farmaceutyczna Baxter International może być bezpośrednim sprawcą wybuchu epidemii wirusowego zapalenia płuc (“dżumy płucnej”) na Ukrainie.
W lutym 2009 Bloomberg podał, iż Baxter “przypadkowo” rozesłał do wielu laboratoriów na świecie szczepionki zawierające zarówno żywego wirusa niezwykle groźnej ptasiej grypy, jak i wirusa “zwykłej” jesiennej grypy. W jednym z laboratoriów (w Czechach) zdecydowano się wytestować szczepionkę na fretkach i wszystkie fretki nieoczekiwanie zdechły.
Należy przypomnieć, iż Baxter zrobił już wcześniej podobny “błąd”, vide http://www.aegis.com/news/re/1996/RE960283.html. Tysiące osób chorych na hemofilię zmarło od lekarstw Baxtera zawierających wirusa HiV, wielu z nich zaraziło przy okazji swych małżonków.

Kilka miesięcy temu dziwaczna historia pojawiła się na Internecie (http://www.huffingtonpost.com/2009/08/14/man-suspected-of-making-t_n_259330.html). Chodziło o człowieka o nazwisku Joseph Moshe, aresztowanego przez policję za rzekome groźby kierowane pod adresem Białego Domu. Internauci nie dali wiary oficjalnemu wyjaśnieniu i natychmiast pojawiły się komentarze, iż Joseph Moshe był agentem Mosadu, specjalistą od wojny biologicznej, który próbował, dzwoniąc do audycji radiowej, ostrzec ludzi przed biologiczną bronią produkcji Baxtera, jaka miała by być rozpowszechniana przy użyciu szczepionek.

Oczywiście każdy może sobie fantazjować i wrzucać to na różne witryny internetowe. To, co daje do myślenia, to twierdzenie Moshe’a, że to właśnie na Ukrainie – ze wszystkich miejsc na świecie – laboratorium Baxtera miało by produkować ową broń biologiczną. Twierdzenie Moshe’a stało się znane na początku sierpnia, a więc na dwa miesiące przed wybuchem epidemii na Ukrainie. Albo mamy więc do czynienia z niezwykłym, niemożliwym zbiegiem okoliczności, albo z jasnowidzem, albo – i to jest jedynym rozsądnym wyjaśnieniem – z człowiekiem, który posiadał głęboką wiedzę osoby wtajemniczonej.

Aż do 30 października na Ukrainie zanotowano jedynie dwa (2) przypadki świńskiej grypy i żadnego zgonu spowodowanego tą chorobą. Epidemia pojawiła się więc nagle i znikąd. Fakt, że Moshe potrafił ją przewidzieć na dwa miesiące przed jej wybuchem, oraz jego kompetentny profil zawodowy, sprawiają, iż staje się wiarygodnym świadkiem.

Dr Moshe twierdzi, iż obecny wirus replikuje DNA osławionego wirusa “hiszpanki” z 1919 roku, a objawy u ofiar (np. płuca zalane krwią) są identyczne, jak u “hiszpanki”.

Warto zauważyć, czego “międzynarodowa” prasa nie nagłośnia, że ostatnio wielu mikrobiologów zmarło w dziwny sposób, czyli mówiąc jaśniej – zostało zamordowanych. Vide http://www.stevequayle.com/dead_scientists/UpdatedDeadScientists.html

 

Opublikowany w Polityka, Różne | Komentarzy: 71 »

Czy Ukraina jest poletkiem doświadczalnym globalnych bandytów?

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-06 (piątek)

Dlaczego “świńska grypa” na Ukrainie ma zupełnie inny przebieg, niż w innych krajach? “Międzynarodowe media” dość starannie cenzurują przedostające się stamtąd informacje. A sprawa wygląda tak, że oficjalna liczba zachorowań w tym kraju sięga 650 tys. osób, choć choroba była w ogóle nieznana jeszcze sześć dni temu. Liczba zachorowań podwaja się co 48 godzin (!). Oficjalna liczba zgonów wynosi 100, ale rzeczywista prawdopodobnie przekracza 3500. Wewnętrzna temperatura zmarłych pacjentów przekracza 50 stopni Celsjusza, ich płuca są czarne, zmienione w papkę i pełne krwi.

Premier Ukrainy, Julia Tymoszenko, powiedziała w środę, iż woli tradycyjne sposoby zapobiegania i leczenia grypy, niż szczepionki i że sama się nie zaszczepiła. Kontrastuje to silnie z wypowiedzią Juszczenki, który gorąco namawiał ludzi do szczepień. Być może różnica zdań wzięła się stąd, iż Juszczenko ma powiązania z neokonami, a Tymoszenko nie.

A zarazem ukraińskie Ministerstwo Zdrowia nazywa epidemię “dżumą płucną“, która przebiega równolegle do świńskiej grypy i twierdzi, że liczba zgonów spowodowana “świńskim” wirusem H1N1 jest bardzo niewielka, być może chodzi zaledwie o jedną osobę. Mamy zatem dość skomplikowaną sytuację, połączoną z możliwością mutacji wirusów pod wzjemnym wpływem.

Hiszpańska mniszka, Teresa Forcades, posiada doktorat z medycyny Uniwersytetu w Barcelonie i pracowała naukowo w USA. Konkluzją jej bardzo logicznego i przejrzystego wywodu jest istnienie sił, które chcą eksterminować większość ludzi na naszej planecie. Wywiad z nią (zaopatrzony w angielskie napisy) można obejrzeć tu:
http://www.disinfo.com/2009/11/spanish-doctor-reveals-important-information-about-swine-flu/
Odkrycie zarazków ptasiej grypy (istotnie niebezpiecznej) w szczepionkach na terenie Czech nie było przypadkiem ani niczyją niedbałością.

Opublikowany w Różne | Komentarzy: 29 »

Śmierdzące pieniędzmi motywy szlachetnej walki o poprawę klimatu

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-05 (czwartek)

Al Gore uprzejmie pokazuje kciuk, zamiast środkowego palca

Al Gore uprzejmie pokazuje kciuk, zamiast środkowego palca

Laureat nagrody “Nobla” Al Gore twierdzi, iż jego osławiona działalność dla środowiska, a szczególnie w sprawie redukcji emisji dwutlenku wegla, ma wyłącznie motywy altruistyczne i że pakuje w nią własne pieniądze, a może i jeszcze dokłada. Prawda  jest zupełnie inna: Al Gore zarabia krocie na dwutlenkowo-węglowej hucpie i nie jest zainteresowany niczym innym, niż własnymi dochodami, po bandycku kradzionymi podatnikom.

Pomijamy tu milczeniem fakt, iż nigdzie nie jest dowiedzione, iż to właśnie dwutlenek węgla jest głównym czynnikiem ocieplającym klimat (sam Al Gore to przyznaje). Z uprzejmości załóżmy również, iż klimat ociepla się, gdyż rośnie zawartość dwutlenku węgla w atmosferze – a nie odwrotnie: że emisja CO2 rośnie, bo klimat się ociepla.

Jeden z doradców Al Gore’a w sprawie “globalnego ocieplenia”, Timothy Lasalle, poinformował jego zespół, iż emisja CO2 może być całkowicie zneutralizowana przy użyciu odpowiednich metod w rolnictwie i technice – bez potrzeby wprowadzania jakiegoś globalnego podatku od CO2, a także bez potrzeby używania systemu “cap and trade” (czyli handlowania emisją tego gazu), w którym Al Gore, podobnie jak Rotszyldowie, Maurice Strong i Barack Obama, mają ogromne udziały finansowe. Na dobrą sprawę są właścicielami tego systemu.

No i jaka była reakcja ludzi Al Gore’a na propozycję Timothy’ego Lasalle? Entuzjazm? Nominowanie do nagrody Nobla?

Otóż Lasalle’mu kazano po prostu stulić głupi pysk, gdyż jego metoda uczyniła by działalność Al Gore’a zbyteczną. Miliardy dolarów (tak, proszę państwa, miliardy) płynące do kieszeni Al Gore’a i jemu podobnych ekologicznych kanalii, nagle przestały by płynąć. Poza tym, co musi być koszmarem wszelkich lewaków, zbędne okazały by się wszelkie przerażające regulacje prawne, opodatkowania i kontrolowanie życia Amerykanów pod pozorem “walki o środowisko”.

Al Gore’a nie obchodzi, co ma do powiedzenia nauka. G***o go też obchodzi środowisko. Do spółki z podobnymi mu ścierwojadami krąży wokół śmiertelnie chorego ciała amerykańskiej gospodarki, wyrywając z niego co smaczniejsze kęsy.

Wg. infowars.com

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 9 »

“Wyborczą” denerwują pozytywne postacie duchownych

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-05 (czwartek)

Tak, jak zadaniem lekarza jest niekiedy babranie się w g…ie, tak też przyzwoity człowiek musi czasem zajrzeć do “Gazety Wyborczej”, którą od g…a różni jedynie materiał, z jakiego została wykonana. Oto artykuł opublikowany 4.11.2009.

TVP: antena czy ambona
Rozmawiała Donata Subbotko 2009-11-04

 Katoliccy księża i zakonnice coraz częściej pojawiają się w serialach TVP – w “Siostrach”, “Ojcu Mateuszu”, “Plebanii”, “Złotopolskich”, “Klanie” czy “Ranczu”. Wszystkie te telenowele łączy jedno: pokazują duchownych w dobrym świetle. [Coś niesłychanego! Powinni wszystkich duchownych katolickich pokazywać jako złodziei i pedofilów, a Żydów jako ludzi rozumnych, przyzwoitych i moralnych - admin]

Ojciec Mateusz i jego gospodyni
Ojciec Mateusz. Proboszcz-tropiciel z Sandomierza (28-11-08, 23:00)
Ksiądz w serialu TVP jest zwykle mędrcem, do którego sielska wieś – zdrowa tkanka narodu – ciągnie po radę. Czy faktycznie tak wygląda nasza prowincja?

Anna Pietraszek, doradca Zarządu TVP ds. produkcji filmowej, reżyserka i przedstawicielka Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy: – Nikt nie zwraca się do mnie o rozpatrywanie tematyki seriali. Jako widz nie doszukiwałabym się tutaj dodatkowych motywacji, że TVP wybiera do produkcji seriale z księdzem jako bohaterem. Motywy są inne, marketingowe – seriale mają być takie, żeby dużo widzów je oglądało.

Ksiądz Andrzej Luter, teolog [chyba raczej heretyk? - admin], znawca kina i współpracownik miesięcznika “Więź”, przyznaje, że produkcje TVP nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Postaci duchownych są jednowymiarowe, bo taka jest przypadłość wszystkich telenowel. Czy rzeczywistość szpitala z “Na dobre i na złe” jest prawdziwa? Nie jest. I na plebanii też jest inna niż np. w “Plebanii”. “Ranczo” z kolei pozuje na komediowego “Don Camilla”, choć jedno od drugiego dzielą lata świetlne, a w “Ojcu Mateuszu” jest ksiądz, który jeździ na rowerze po mieście i odkrywa przestępców – takiego wypadku w przyrodzie nie ma, bo to nie jest zadanie księdza. Jeszcze by tego brakowało. W tych telenowelach zdarzają się sytuacje prawdopodobne, ale życie jest bardziej skomplikowane. Ksiądz ma swoje problemy i dramaty. Prawdy o wyborach ludzkich, metafizycznych, transcendencji nie ma w nich za grosz – mówi.

Prof. Magdalena Środa, etyk i filozof [zapomniano o paru innych tytułach: śmierdziel intelektualny, żydowska antyaktolicka fanatyczka itp]: – Seriale pokazują marzenia. Ksiądz jest poczciwy, miły, pełen poświęcenia, myśli o bliźnich, podczas gdy w rzeczywistości myśli nie tylko o nich, ale także o własnych problemach materialnych. Księża to w większości ludzie niewykształceni, prości – czasem poczciwi, a czasem głupi. Jak my wszyscy. Z powodu celibatu środowisko duchownych ma problem z własną seksualnością. Tego żaden serial nie pokaże, tak jak nie pokaże np. kobiety, która dokonała aborcji, czy szefa wielkiej firmy, który jest homoseksualistą. A szkoda, bo seriale mogą wpływać na ludzi, jednocześnie ich bawiąc. Myślę, że obecny w serialu “Klan” chłopiec z zespołem Downa zyskał sporo sympatii, co zmieniło nasze postawy wobec innych dzieci z podobnym problemem.

Zawód jak każdy inny

Czy obecność wyidealizowanych duchownych na ekranach TVP wynika z tego, że telewizją publiczną zawładnęli ludzie o konserwatywnych poglądach, czy może to znak czasu?

Anna Pietraszek: – Nie dostrzegam niczego złego w tym, że w serialach Telewizji Polskiej występują księża czy zakonnice. Są elementem naszej rzeczywistości, więc możemy o nich opowiadać tak samo jak o obywatelach wykonujących inne zawody.

Ks. Andrzej Luter: – Telenowele penetrują wszystkie środowiska – po lekarzach, prawnikach, dziennikarzach przyszła kolej na duchownych. Widzowie to chwycili, bo duchowni to środowisko zamknięte, ludzie chcą wiedzieć, jak wygląda plebania czy parafia z drugiej strony. Ale za chwilę to też się przeje. Wyobraźnia scenarzystów nie ma końca.

Prof. Magdalena Środa uważa, że to wynik koniunkturalizmu. – Jak ktoś chce zarobić na telewizji publicznej, to przecież nie nakręci serialu o gejach, tylko o księżach, bo wiadomo, że każdy to w tej telewizji kupi. Ci, którzy takie seriale zamawiają, widocznie chcą, żeby ten naród był prosty, szukający pomocy u duchownego, w modlitwie, na pielgrzymkach, w cudach, a nie silił się na rozwój, indywidualizm, oświecenie, samodzielność, racjonalność. Ciągle jesteśmy społeczeństwem plebejskim. Żyjemy od Kościoła do telewizji i od telewizji do Kościoła. Ale gdy się popatrzy na jakąś małą wieś, to widać, że tam nie ma żadnej wspólnoty sąsiedzkiej, ludzie sobie nie pomagają, nie odwiedzają się. Idą do tego Kościoła, bo nie można inaczej, a potem zamykają się w domach, włączają telewizor i mają tam tego swego lepszego księdza. Polska na Kościele stoi i na tych, którzy nie ośmielają się tej prawdy krytykować. Bo po co? Jest tak jak było w komunizmie: nie wychylaj się, to i przetrwasz, i zarobisz – komentuje.

Konkurencja śpi spokojnie

Seriale z księżmi w rolach głównych biją w Polsce rekordy oglądalności – np. średnia oglądalność “Ojca Mateusza” przekracza 4 mln widzów. Dlaczego więc w takie produkcje nie inwestują stacje komercyjne?

Dariusz Gąsiorowski, dyrektor departamentu produkcji fabularnej w TVN: – Nigdy nie trafiliśmy na projekt serialu o środowisku księży czy zakonnic, który by nas pociągał. Gdybyśmy go dostali, to patrzylibyśmy, czy ma szansę zainteresować widownię, na jakiej nam najbardziej zależy, czyli tę w wieku 16-49 lat. Seriale o duchownych w telewizji publicznej mają bardzo dobre wyniki oglądalności – ale to głównie starsza widownia, powyżej 50. roku życia. My jesteśmy stacją wielkomiejską i młodą [i ubecką - admin]. Czy kręciłoby nas stworzenie serialu, w którym księdza pokazujemy w sposób inny, niż robią to obecnie koledzy w TVP? Tak, ale inny nie oznacza negatywny. Scenariusz musiałby być świeży, współczesny, żywy. Telewizja publiczna tworzy historie bardziej tradycyjne, bo tak rozpoznaje swoją widownię i nie ryzykuje wychodzenia poza ten kanon.

Na pytanie, czy nie jest tych seriali już za dużo, Pietraszek z TVP odpowiada: – Jesteśmy krajem katolickim, w którym większość obywateli deklaruje, że są praktykującymi katolikami, a w ich domach na ścianach wiszą krzyże – a przecież nie we wszystkich serialach Telewizji Polskiej one się pojawiają, np. w “M jak miłość” ich nie ma. Księża i zakonnice występują w wielu naszych produkcjach być może dlatego, że często spotykamy ich w naszych rodzinach. Seriale z ich udziałem pokazują bliską polskim widzom rzeczywistość, dlatego są tak lubiane.

Jak to wygląda z perspektywy przedstawiciela Kościoła?

[Ks. Luter jest takim samym "przedstawicielem Kościoła", jak poseł Palikot przedstawicielem intelektualistów - admin]

Ks. Luter: – Pozytywne, momentami nieznośnie sentymentalne, a czasami kiczowate przedstawianie księży w produkcjach telewizyjnych niespecjalnie pomoże Kościołowi, bo życie nie jest takie proste. Ale telenowele też nie zaszkodzą, bo są poza rzeczywistością. Wprowadzają widzów w świat, który nie istnieje. Może ludzie tęsknią za takim światem?

Rozmowa z prof. dr hab. Wiesławem Godzicem, wykładowcą SWPS

Danuta Subbotko: Nigdy w historii TVP nie było aż tylu seriali z udziałem księży i zakonnic…

Prof. Wiesław Godzic: Kler – pokazywany w dobrym świetle – to fragment polskiej tradycji ludowej. Telewizja Polska cynicznie – w moim przekonaniu – wykorzystuje ten motyw, licząc na oglądalność. W większości tych seriali nie ma pomysłu na konstrukcję postaci. Z wyjątkiem jednego: księża czy zakonnice mają być sympatyczni, serdeczni, powodujący, że być może więcej z nas powróci czy wejdzie do Kościoła.

TVP prowadzi misję ewangelizacji społeczeństwa, jak Kościół w Afryce?

- Jeśli nawet, to tylko taką naskórkową, mówiącą: kochaj księdza, bo nosi habit.

Czy ten serialowy obraz księdza mędrca i parafialnej sielanki jest prawdziwy?

- To przedstawienie stereotypowe, co nie znaczy, że tacy księża i zakonnice się nie zdarzają. Obraz w tych serialach jest zbudowany na myśleniu życzeniowym – widzimy na ekranie postać księdza, który jest ciepły i pomaga wykluczonym, takiego z tradycji franciszkańskiej, księdza-braciszka, spowiednika, któremu wierzymy – to jest pragnienie człowieka zagubionego w dzisiejszym świecie.

Ale współczesna popkultura widzi te postaci inaczej. Pełno jest tu przedstawień erotycznych czy quasi-erotycznych osób duchownych – przypomnijmy sobie reklamy Benettona. We współczesnej ikonografii nierzadko można spotkać księdza, który jest pazerny i zawistny, a zakonnica rodem z Natalii Rolleczek i jej “Drewnianego różańca”, czyli kojarząca się z drastycznymi sposobami edukacyjnymi. Te seriale nawet nie próbują się z tym mierzyć.

Kiedy w internecie pojawiła się informacja o nowym serialu “Siostry”, na jednym z forów ktoś napisał: “Ciekawe, czy będą biły dzieci z liścia?”, bo akurat zbiegło się to z informacją o zakonnicy, która uderzyła chore dziecko. Dlaczego żaden z tych seriali nie porusza tak drażliwych tematów?

- To polska specyfika. W USA o każdym zawodzie jest jakiś serial, więc i u nas – jeśli potraktować kapłaństwo jako zawód – może taki być, tyle że powinien być dobrze wymyślony, krwisty, co nie znaczy tabloidowy. Myślę, że Kościół osiągnąłby więcej, gdyby pokazywano przykłady dobre i złe, piętnując przy tym te drugie. My cofamy się w krytyce społecznej – jest to o tyle niebezpieczne, że lukrowanie wzmaga postawy antyklerykalne.

Myślę, że te seriale są próbą spełnienia oczekiwań starszej widowni, wiernej TVP. Oczywiście telewizja publiczna ma prawo robić takie rzeczy – pod warunkiem, że pokaże także serial o księżach będący wyzwaniem intelektualnym. Kilka lat temu wielkie nadzieje wiązaliśmy z realistycznym i odważnym przedstawieniem rozterek i wątpliwości współczesnego księdza opisanym przez Jana Grzegorczyka w “Adieu. Przypadki księdza Grosera”. Wielu ludzi Kościoła chwaliło takie ujęcie tematu, ale nurt pisarski z tego nie powstał. Nie ma u nas tak poważnie naszkicowanego obrazu homoseksualizmu wśród kleru jak choćby w filmie “Ksiądz” Antonii Bird.

TVP nie proponuje nam żadnej dyskusji o katolicyzmie. Działa po linii najmniejszego oporu, a podstawową rolą telewizji publicznej jest jednak budowanie świadomości widza. Pomysłem godnym telewizji publicznej powinno być pokazanie roli wiary i idei Boga w dzisiejszym świecie – tak jak to robił Kieślowski.

Najwięcej o katolicyzmie, jak widać, chcą dyskutować Żydzi z Gazety Wyborczej i ateiści. Co ich tam tak kręci?

Ulubiona lektura inteligenta

Ulubiona lektura inteligenta

Opublikowany w Kościół | Komentarzy: 49 »

Plemiona partyjne

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-04 (środa)

Znakomity polski historiozof Feliks Koneczny, analizując dzieje życia wspólnotowego, wyodrębnił kolejne jego etapy, a więc rodziny, rody, plemiona, ludy i wreszcie narody.

Destrukcja globalna, niszczy cywilizację łacińską w sposób zasadniczy: pozbywając się narodu, zawraca wspólnotę głęboko w przeszłość plemienną. Europa narodów jest na naszych oczach przekształcana w Europę plemion takich, które mają gwarantować trwałe zerwanie z tworzącymi ją dotąd narodami.

Współczesne plemiona, to ponadnarodowe partie, w szczególności socjalistyczne, liberalne, chrześcijańsko-demokratyczne oraz ludowo-chrześcijańskie, przy czym ten ostatni typ zagospodarowuje niedobitki ludności wiejskiej Europy. Walki międzypartyjne przyspieszają destrukcję państwa narodowego, niczego nie budują, co więcej, rozkładają fundament każdej wspólnoty, jakim jest rodzina, oparta na Prawie Naturalnym, która poprzez tradycję starożytnego Rzymu stała się fundamentem europejskiego fenomenu.

Plemię partyjne ma tylko jeden zasadniczy cel: zdobycie władzy i jej utrzymanie. Drąży więc wszystkie komórki życia wspólnoty i tępi wszystkie odruchy Prawa Naturalnego, jakie przynosi ze sobą na świat każdy człowiek. Plemię dba o swoją wizytówkę – public relations – czyli o swój „pijar” (PR). Ten skrót angielski może po stronie języka polskiego także dotyczyć dwóch magicznych słów: „Postęp i Rozwój”, które oszukują nasze zmysły i umysły od początku czasów nowożytnych. Okazuje się, że plemię partyjne, które nie stawia demonstracyjnie w swoim programie na „postęp i rozwój”, nie ma szans na dobry pijar, a tym samym na zdobycie władzy.

Plemiona partyjne – te rządzące i te opozycyjne – odgrywają role elit, a więc szerzą zamęt, manipulację i dezorientację. Sytuacja taka sprzyja Centralnym Siłom Politycznym, które zagospodarowują elementy mozaiki plemiennej do budowy społeczeństwa globalnego. Stan umysłów, wypranych z patriotyzmu osiąga drugie dno, czyli zaczyna tracić instynkt samozachowawczy, ludzie przestają dostrzegać, że ogarnia ich cywilizacja śmierci; aborcja, eutanazja, tępienie rodziny naturalnej, promocja in vitro, chociaż to wszystko wciąż za mało dla CSP.

Okazało się, że wieczorem, w dniu 23.10.09, „Barack Obama ogłosił stan wyjątkowy (national emergency) z powodu epidemii świńskiej grypy… ”  (http://newworldorder.com.pl). Wg agencji AP świńska grypa pochłonęła dotąd w USA ok.1000 ofiar, w tym ok 100 dzieci, dlatego rząd spodziewa, że będzie w grudniu dysponował liczbą 150 milionów szczepionek, czyli jedną szczepionką na dwie osoby. Zastanawia niska śmiertelność z powodu świńskiej grypy, 1000/306milionów mieszkańców USA, czyli 0,00033%, w zestawieniu ze śmiertelnością z powodu słynnej hiszpanki w 1918r wynoszącą ok.4%.

Od grudnia 2005r. można znaleźć w internecie stronę, z której wynika na podstawie dokumentów, że kolejne rządy USA, poczynając od 1878r., organizują i finansują badania laboratoryjne w ramach eugeniki, wymierzonej w Afroamerykanów, a w konsekwencji w ludność Afryki (http://www.boydgraves.com./timeline/). Czyżby tym razem groziła ludności USA śmiertelna „szczepionkowa grypa”?

Dr Boyd E. Graves, J.D. wykazuje, że AIDS pochodzi z laboratorium, a nie od małp, podobnie było z wirusem hiszpanki.

Wydaje się, że społeczeństwo amerykańskie jest intelektualnie wyniszczone nieporównanie bardziej niż nasze, o czym świadczyć może fakt, że nasze partyjne plemiona, zapobiegając panice, nie nagłośniły proklamacji stanu wyjątkowego przez Baracka Obamę. Istotnie, same tylko ofiary wypadków drogowych miałyby wówczas pierwszeństwo do stanu wyjątkowego.

Andrzej J. Horodecki, Nowa Myśl Polska

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 10 »

Michnik wyróżniony za niezłomne propagowanie wartości

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-04 (środa)

Nauczyciele akademiccy Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie protestują przeciwko nadaniu redaktorowi naczelnemu “Gazety Wyborczej” Adamowi Michnikowi doktoratu honorowego tej uczelni. Uważają, że jest to inicjatywa odgórna, forsowana przez władze uczelni pomimo braku akceptacji środowiska akademickiego. Uroczystość została zaplanowana na 17 listopada bieżącego roku. Michnik ma zostać nagrodzony za “niezłomne propagowanie wartości demokratycznych i humanistycznych w kulturze i polityce polskiej”. W ocenie komentatorów, honorowanie przez uczelnie osób zaangażowanych w bieżący spór polityczny jest ryzykowne, gdyż stanowi silne poparcie dla poglądów prezentowanych przez nagradzanych.

W ocenie wykładowców Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, decyzja władz tej uczelni o przyznaniu doktoratu honorowego Adamowi Michnikowi została podjęta wbrew woli większości osób obecnych na posiedzeniu Rady Wydziału Humanistycznego 9 lipca br., na którym wniosek ten został formalnie przegłosowany. “Tylko 36 osób, czyli 46,2 proc., zagłosowało na ‘tak’, a pozostali (42 osoby – 53,8 proc.) albo wyrazili sprzeciw, wybierając ‘nie’, albo wstrzymali się od głosu, lub też oddali głosy nieważne” – napisali w proteście nauczyciele akademiccy. Jak podkreślono, w czasie dyskusji dwie osoby ustosunkowały się krytycznie do propozycji, uzasadniając swoje stanowisko, jednak dalszą polemikę przerwano.

W ocenie protestujących, wniosek o przyznanie doktoratu honoris causa Adamowi Michnikowi został zainicjowany “odgórnie”. Świadczyć o tym ma fakt, iż pierwotnie pomysł ten podsunięto Instytutowi Filozofii i Socjologii, gdzie został odrzucony przez jego Radę. Wniosek przeszedł za drugim razem w Instytucie Politologii i Rada go zatwierdziła. Całe zamieszanie wokół sprawy protestujący określają mianem “zainspirowanej jedności”, na którą nie wyrażają zgody.

Sprzeciw został skierowany do władz uczelni m.in. poprzez media, a list w imieniu protestujących podpisali wykładowcy UP: prof. dr hab. Ryszard Kantor, dr hab. Henryka Kramarz, dr hab. Józef Misiek. Jak udało nam się ustalić, do wczoraj pod pismem zebranych zostało kilkadziesiąt podpisów pracowników Uniwersytetu Pedagogicznego. – Podpisy są nadal zbierane, wiem też, że chęć poparcia naszego stanowiska wyrażają absolwenci Uniwersytetu Pedagogicznego oraz emerytowani pracownicy uczelni – powiedziała nam Henryka Kramarz.
Honory dla Michnika budzą sprzeciw, gdyż nie ma on imponującego dorobku naukowego, a jego “twórczość” to publicystyka i aktywność w życiu politycznym. Także historyczna ocena podejmowanych przez niego działań nie jest jednoznaczna. Warto też pamiętać, że Michnik mocno wspierał m.in. Jana Tomasza Grossa i jego pseudonaukową książkę historyczną “Strach”.
Tymczasem, jak poinformowała nas Iwona Tomasik, rzecznik prasowy UP, honorowy doktorat zostanie wręczony Michnikowi za “niezłomne propagowanie wartości demokratycznych i humanistycznych w kulturze i polityce polskiej”.

Sposób podjęcia decyzji o wyróżnieniu dla Adama Michnika budzi sprzeciw i zdziwienie nie tylko w murach UP. – Zawsze wydawało mi się, że w tak ważnych i delikatnych dla wspólnoty akademickiej sprawach, jak nadawanie doktoratu honoris causa, powinna obowiązywać zasada jeśli nie pełnej, to przynajmniej niemal pełnej zgodności, którą uzyskuje się w dyskretnych rozmowach przed zgłoszeniem wniosku kompetentnym do podejmowania decyzji organom uczelni. Inaczej może dochodzić do takich jak ta żenujących sytuacji – ocenił dr Jerzy Bukowski. W jego opinii, władze uczelni swoją decyzją już wywołały w środowisku akademickim spore kontrowersje, które z pewnością nie przyniosą chwały ani uczelni, ani jej nowemu doktorowi honoris causa.

Warto pamiętać, że honorowy doktorat jest najwyższym wyróżnieniem przyznawanym przez uczelnie. Zwykle czyni się to w dowód uznania za wybitne zasługi w dziedzinie nauki i kultury oraz dla życia społecznego. Jak redaktor naczelny “Gazety Wyborczej” wypada na tym polu?
- Pan Adam Michnik ma bardzo specyficzne podejście do demokracji. Analizując jego teksty i wypowiedzi, można odnieść wrażenie, że demokracja jest wówczas, gdy realizowana jest wizja jego środowiska. To dość wybiórcze podejście do wolności słowa, a wyrazem tego są liczne procesy wytoczone przez redaktora Michnika ludziom, którzy wchodzili z nim w polemikę. Tego rodzaju eksperymenty jak doktoraty honoris causa dla osób uczestniczących w bieżącym sporze politycznym są ryzykowne dla uczelni, które tego rodzaju inicjatywy podejmują, i świadczą o politycznych poglądach władz tych uczelni – stwierdził Jan Maria Jackowski, publicysta.

Decyzji UP nie chciał wprost oceniać prof. Mieczysław Ryba, członek kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. Podkreślił jednak, że uczelnia decydując się na taki krok, musiała brać pod uwagę, iż opowie się za liberalnym modelem życia publicznego, który prezentowany jest nie tylko przez Michnika, ale i silnie zaangażowaną ideologicznie “Gazetę Wyborczą”.

- Adam Michnik propaguje pewną wizję współczesnej kultury opartą w dużym stopniu na bazie relatywistycznej. To przejawia się w jego podejściu do kluczowych kwestii moralnych we współczesnym świecie: począwszy od spraw fundamentalnych jak obrona życia, a skończywszy na religii w życiu publicznym. Wydaje się, że tego typu wyróżnienia stanowią wsparcie i uhonorowanie wizji życia publicznego, którą prezentuje pan Michnik i kojarzone z nim pismo – powiedział prof. Ryba.

Dwaj przyjaciele, Michnik (wyszczerzony) i Kiszczak

Dwaj przyjaciele, Michnik (wyszczerzony) i Kiszczak

Marcin Austyn, www.naszdziennik.pl
Wtorek, 3 listopada 2009, Nr 2058 (3579)

 

Opublikowany w Kultura | Komentarzy: 60 »

Grupa trzymająca stocznie

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-03 (wtorek)

W publikacjach opisujących aferę stoczniową pojawia się często określenie „grupa trzymająca stocznie” (GTS). Pod tym mianem przedstawia się urzędników Agencji Rozwoju Przemysłu, których działania – jak stwierdza raport CBA – „były prowadzone nie tylko wbrew interesom ekonomicznym państwa, ale również wbrew zdrowemu rozsądkowi” i którzy „czynili wszystko co w ich mocy, aby zapewnić zwycięstwo w przetargach wybranemu przez siebie inwestorowi Stiching Particulier Fonds Greenrights”.

Skład GTS byłby jednak niepełny, gdybyśmy nie uwzględnili uczestników ze strony spółki Bumar oraz ludzi zarządzającymi spółkami stoczniowymi. Warto bliżej przyjrzeć się niektórym z tych postaci – głównie dlatego, że osobiste powiązania wielu z nich dowodzą trafności tezy o bezpośrednim związku afery stoczniowej z interesami lobby zbrojeniowego.

Osobą szczególnie zainteresowaną w doprowadzeniu do przejęcia przez El Assira majątku stoczniowego był wiceprezes ARP – Jacek Goszczyński. Już same okoliczności powołania go na stanowisko, mogą świadczyć o celowości tej decyzji personalnej, właśnie w związku z roszczeniami Assira wobec Bumaru.

Minister Grad powołał Jacka Goszczyńskiego w październiku 2008 roku z pominięciem procedury konkursowej. Choć Donald Tusk wcześniej zapewniał, że władze państwowych spółek nie będą wybierane w zaciszu gabinetów polityków, lecz w jawnych i przejrzystych konkursach – ARP nie ogłaszała konkursu na posadę wiceprezesa. Goszczyński został powołany 10 października przez nadzwyczajne walne zgromadzenie akcjonariuszy. Rzecznik Ministerstwa Skarbu Maciej Wiewiór wyjaśnił enigmatycznie, że „uzupełnienie jej (ARP) zarządu związane jest z kolejnym etapem realizacji “planu prywatyzacji na lata 2008-12″ i powierzeniem Agencji nowych zadań związanych z prywatyzacją”.

Jest to odpowiedź prawdziwa. O jakie jednak nowe zadania mogło chodzić w przypadku powołania Jacka Goszczyńskiego? Warto zapoznać się z przebiegiem jego zawodowej kariery.

Absolwent Politechniki Warszawskiej, wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa ze specjalnością Mechanika Stosowana (1986 r.) W latach 1989 – 2002 pracownik Instytutu Lotnictwa, od 1994 r. jako adiunkt w Zespole ds. Samolotów Specjalnych. W latach 2002-2004 pracował w Nafta Polska S.A., ostatnio jako Dyrektor Biura Zarządu. W 2002 r. ukończył kurs dla kandydatów na Członków Rad Nadzorczych spółek z udziałem SP. Od 2004 r. do 2005 r. był doradcą zarządu ds. strategii w TBM Telekom Sp. z o.o. W latach 2005-2007 dyrektor Biura Restrukturyzacji i Rozwoju w Korporacji Polskie Stocznie S.A. Od roku 2007 pełnił funkcję dyrektora Departamentu Nadzoru Właścicielskiego i Prywatyzacji w Ministerstwie Skarbu Państwa. Tyle dane oficjalne.

Wynika z nich, że Goszczyński już w roku 2005 miał do czynienia z przemysłem stoczniowym, pełniąc funkcję dyrektora w Korporacji Polskie Stocznie S.A. Ta powołana za rządów Millera spółka miała konsolidować i prywatyzować zakłady stoczniowe. Goszczyński poznał tam wiele osób, które odegrały później ważną rolę w prywatyzacji stoczni, m.in. Antoniego Poziomskiego (do niedawna prezesa Stoczni Gdynia), wiceszefową ARP Jolantę Maryewską czy Andrzeja Wróblewskiego, obecnie prezesa firmy Aranda. Poziomski, ponoć wylansowany przez Goszczyńskiego na szefa Stoczni Gdynia, na swojego zastępcę wyznaczył swego kolegę Piotra Paszkowskiego. Rola Paszkowskiego ujawniła się, gdy przetarg na stocznie wygrała firma SPF Greenrights, a Paszkowski został wiceprezesem spółki Polskie Stocznie.

Związki Goszczyńskiego z Bumarem datują się od lat 90-tych, gdy pracował w Instytucie Lotnictwa, będącym spółką holdingu Wytwórni Sprzętu Komunikacyjnego Polskich Zakładów Lotniczych (WSK PZL) – ten zaś wchodzi w skład Grupy Bumar.

Warto może zwrócić uwagę, że w tym samych czasie mieleckim WSK wstrząsnęła poważna afera, z wojskowymi służbami specjalnymi w tle. Sprawą zainteresował się wówczas UOP, a efektem postępowania prokuratury było 10 zatrzymań i cztery aresztowania. Tak w 1998 roku opisywała ten temat „Rzeczpospolita”:

„Od blisko dwóch lat najważniejsze decyzje w zakładach w Mielcu podejmowane są przy konsultacji z firmą Grand Ltd., założoną w Kingstown na karaibskiej wyspie St. Vincent. Spółka, której właściciele są nieznani, podpisała z zakładami w Mielcu kilkanaście umów dających jej znaczne wpływy w zakładach i zarobiła kilkanaście milionów dolarów. Kierownictwo Mielca twierdzi, że dzięki współpracy z Grand Ltd. osiąga wiele korzyści i wyznaczyło nawet pełnomocników spółki jako przedstawicieli Mielca w Polskim Konsorcjum Obronnym – spółce handlującej czołgami, transporterami i samolotami.

Jedna z hipotez, jaka mogłaby wyjaśnić kulisy operacji UOP, mówi o tym, że firma Grand Ltd. była początkowo kontrolowana przez Wojskowe Służby Informacyjne, ale w pewnym momencie niektóre jej interesy wymknęły się spod kontroli.

Teorię taką zdaje się potwierdzać jeden z ministrów obecnego rządu, który nieoficjalnie przyznał “Rz”, że interesy mieleckich przedsiębiorstw i spółki Grand Ltd. były monitorowane przez WSI i uznawane za prowadzone prawidłowo. Jego zdaniem zarzuty o szpiegostwie przemysłowym, jakie pojawiają się w nieoficjalnych doniesieniach, są przesadzone.

- To wygląda na walkę o wpływy między UOP a częścią WSI, i nie wiem, czy UOP nie przesadził – dodał.

Wśród zatrzymanych byli między innymi obecni i poprzedni członkowie kierownictwa mieleckiego holdingu, a sprawa dotyczyła zagarnięcia ponad 15 milionów złotych na szkodę Mielca przez firmę Grand Ltd. UOP podejrzewał, iż w grę mogło wchodzić szpiegostwo przemysłowe. Co wówczas wydarzyło się w Mielcu?

W 1995 roku WSK PZL przekształcono w holding 26 spółek i oddłużono. Główną firmą, która powstała na miejscu dawnych zakładów, była spółka akcyjna WSK Mielec, a jej właścicielem został skarb państwa. WSK z kolei stała się właścicielem wszystkich akcji największego z mieleckich przedsiębiorstw – Zakładów Lotniczych Mielec. Spółka której powierzono wszystkie interesy państwowego holdingu – Grand Ltd. była zarejestrowana w Kingstown na St. Vincent, niewielkiej karaibskiej wyspie będącej rajem podatkowym. W Polsce Grand Ltd. miał biuro w bloku mieszkalnym w Warszawie, przy ulicy Sobieskiego 111. Na podpisywanych z WSK i ZL Mielec umowach jako pełnomocnicy spółki występują bracia Andrzej i Józef Gaj (jeden z nich popełnił wkrótce później samobójstwo) oraz Piotr Mikołajewski. Właściciele spółki pozostawali nieznani. Zarząd nad nią sprawowany był przez inną firmę z Kingstown – Lex Services Ltd. Grand Ltd. współpracował nie tylko z zakładami w Mielcu, ale również innymi dużymi polskimi firmami, głównie z branży zbrojeniowej.

Wspominam o tej sprawie głównie dlatego, że jej okoliczności – nieznana spółka z raju podatkowego, niewiadomego pochodzenia kapitał i właściciele, związki z WSI i handlem bronią – zdają się w niezwykły sposób przypominać elementy scenariusza obecnej afery stoczniowej. To skojarzenie – nie tylko ze względu na osobę Jacka Goszczyńskiego wydaje mi się nieodparte.

O roli Goszczyńskiego w sprawie obecnej afery jednoznaczną opinię wyraził Paweł Poncyliusz, mówiąc, iż „jest w tej historii schwarzcharakterem. To jest człowiek, który wcześniej pracował bardzo blisko z Bumarem i obawiam się, że dość blisko znał El Assira”

Warto zauważyć, że strategia Grupy Bumar na lata 2008-2012, opracowana przez obecne władze spółki zakłada w II etapie konsolidację kapitałową poprzez uporządkowanie udziałów w poszczególnych spółkach pomiędzy MSP, BUMAR. i ARP oraz przekształcenie Bumaru w spółkę akcyjną i dopuszczenie akcji spółki do obrotu publicznego. Przyszły narodowy koncern – spółka akcyjna Bumar – miałby docelowo łączyć nawet 34 firmy. Planowano przejąć m.in. produkujące rosomaki Wojskowe Zakłady Mechaniczne w Siemianowicach i Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne w Poznaniu oraz obronną część Huty Stalowa Wola. Do grupy dołączyłyby też stocznie wojenne, oraz nadzorowany przez Agencję Rozwoju Przemysłu gdyński Radmor, warszawski Przemysłowy Instytut Telekomunikacji, a także podlegające MON firmy łącznościowe.

Niewykluczone zatem, że zadanie Jacka Goszczyńskiego na stanowisku wiceprezesa Agencji Rozwoju Przemysłu polegało również na wzmocnieniu aktywów Grupy Bumar i doprowadzeniu jej do giełdowego debiutu. O tych planach musiał wiedzieć El Assir, który – według słów ministra Grada – liczył na objęcie części akcji Bumaru. Wydaje się, że poprzez osobę Goszczyńskiego można postrzegać integrację interesów lobby zbrojeniowego i GTS, a szczególne zainteresowanie tego urzędnika przetargami stoczniowymi, trudni wytłumaczyć wyłącznie jego obowiązkami wiceszefa ARP.

Przypomnę treść rozmowy Goszczyńskiego z prezesem ARP Wojciechem Dąbrowskim z dnia 19 czerwca 2009 r, zarejestrowaną przez CBA, w której wyraźnie pojawia się wątek udziału Bumaru. Chodzi o zaspokojenie roszczeń El-Assira wobec tej firmy, a szefowie ARP rozważają zawarcie z nim ugody przewidującej wypłatę należności w ratach, z zastosowaniem zabezpieczenia na akcjach Bumar S.A.:

„JG: Słuchaj przed chwilą rozmawiałem z szefem, alternatywa dla objęcia akcji dla nich w Bumarze jest zagwarantowanie przez nas tych 20 milionów
WD: ha
JG: aaaa bagsów!
WD: no ale to jaki tytuł
JG: zabezpieczenie, znaczy tytuł, znaczy no my zabezpieczamy się oczywiście na akcjach Bumaru, znaczy, nie? (…) normalnie filozofia jest tego typu, znaczy że oni podpisują ugodę z której wynika że spłacają 20 czy 18 ganz egal przez 10 lat, nie?
WD: dobra możemy myśleć, ale Bumar musi nam dać jakieś mocne aktywa na ten, na zabezpieczenie tego poręczenia (…)”

Podobne znaczenie ma fragment rozmowy Aleksandra Grada z Wojciechem Dąbrowskim z 19 czerwca 2009 r. z której przebiegu wynika, iż El-Assir dążył do zniwelowania zagrożenia własnych interesów majątkowych, domagając się gwarancji zwrotu wadium, podczas gdy sam nie był w stanie przedstawić zapewnienia o gotowości zakupu majątku przez poważnych inwestorów :

„AG: tylko mi chodzi o to, że tutaj bo tam wiadomo chodzi, żeby znowu coś nie kombinowali, że teraz mają załatwiony problem Bumaru, to też nie wiem, zaczynają nam tam coś tam kombinować, więc tutaj tylko o to zadbajcie, żeby nie było takiej sytuacji, że oni dostają Bumar załatwiony i wszystko, że tak powiem jest wymóg, a tam to jeszcze nie ma wymogu bowiem wiemy jakie brzmienie jest gwarancji itd., itd., tak
WD: tak jest, dobra no to uzależnimy wszystko
AG: (niezrozumiałe) także to tutaj z nimi rozmawiaj znaczy to nie tak żeby to był element braku zaufania tylko mówię wy się troszczcie o swoje bezpieczeństwo, w tych kategoriach z nimi rozmawiajcie, że pan Jacek biorąc to wszystko na siebie musicie mieć pełne bezpieczeństwo, dlatego to robiliście bo chcieliście już do końca, żeby tamten projekt był dopięty, muszą one być ze sobą jakoś związane, żeby nie było tak że się później nie daj Boże coś stanie, tak.”

Kilka miesięcy wcześniej, nim minister Grad powołał Goszczyńskiego na stanowisko wiceszefa ARP, doszło również do ważnych zmian we władzach Bumaru. W maju 2008 roku na stanowisko wiceprezesa Zarządu – dyrektora ds. marketingu i sprzedaży powołany został Dariusz Dębowczyk. Z noty biograficznej, zamieszonej na stronie Bumaru możemy się dowiedzieć, że pan Dębowczyk był w latach 90-tych wiceprezesem Towarzystwa Handlu Międzynarodowego Irmex Sp. z o.o, w latach 1986-2003 dyrektorem ds. obrotu specjalnego, (handlu bronią) spółki PEZETEL S.A , a następnie pracował w Agencji Mienia Wojskowego również na stanowisku dyrektora Zespołu Obrotu Specjalnego. Wieloletnim (od 1995r) prezesem spółki PEZETEL S.A, w której przez 17 lat pracował Dębowczyk, jest Andrzej Jesionek – absolwent Moskiewskiego Instytutu Stosunków Międzynarodowych (uczelni wykorzystywanej przez KGB do werbunku), w którym studiował w latach 1976-82.

Do zarządu Bumaru Dębowczyk trafił wprost ze spółki NAT Export-Import; gdzie był zastępcą Dyrektora Generalnego. Sądzę, że w sprawie afery stoczniowej ten fakt może mieć istotne znaczenie, ponieważ firma w której pracował ostatnio wiceprezes Bumaru była powiązana ze służbami cywilnymi, ale też z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi.

O spółce NAT Export-Import , której właścicielem jest Leszek Cichocki – były podwładny Gromosława Czepińskiego z lat 80-tych, gdy ten kierował wydziałem kontrwywiadu zagranicznego Departamentu I MSW – głośno było już na początku lat 90-tych. Cichocki – „biznesmen specjalnego znaczenia”, jak nazwał go Jarosław Jakimczy z „Wprost” zrobił „złoty interes” na dostawie broni dla Departamentu Stanu USA, eliminując z gry dotychczasowych potentatów –Cenrex i Cenzim, a w 2004 roku zarabiał na dostawach sprzętu wojskowego dla irackiej armii. Jest również wiceprezesem i współzałożycielem Izby Producentów na Rzecz Obronności Kraju, zrzeszającą firmy „prowadzące działalność na rzecz obronności i bezpieczeństwa”.

W przetargu na dostawy broni do Iraku w roku 2004, szczególna pozycja Cichockiego polegała na tym, że jego firma występowała po obu stronach polsko-polskiej batalii o to zamówienie. Przypomnę, że brały w niej wówczas udział Grupa Bumar i Konsorcjum Nour.

Bumar zaproponował Cichockiemu znalezienie za granicą sprzętu, którego nie produkują polskie zakłady zbrojeniowe, a który był niezbędny do uzupełnienia oferty. Chodziło głównie o elektronikę i optoelektronikę wojskową. Gdyby Bumar pokonał Nour, Leszek Cichocki miałby też udział w zyskach Przedsiębiorstwa Handlowo-Usługowego Cenrex, w którym – przez spółkę Tomwar – ma 49 proc. udziałów (właścicielem większościowym jest PHZ Bumar). Udziały w Cenrexie Cichocki kupił pod koniec lat 90., gdy zaczęli w niej urzędować panowie z WSI., a ówczesny zarząd spółki został oskarżony o nielegalny handel bronią z rosyjską mafią i Al-Kazarem – pośrednikiem bliskowschodnich terrorystów. Krzysztof Tonderski (UOP) i Roman Baczyński (prezes Bumaru) zażądali wówczas, by pracownicy Cenrexu i zarząd spółki sprzedali swoje udziały w pracowniczej spółce Tomwar na rzecz wskazanego przez nich Leszka Cichockiego. Skład Rady Nadzorczej Cenrexu wyraźnie wskazywał kto zarządzał wówczas tą spółką. Byli w niej: Tadeusz Rusak (późniejszy szef WSI), Krzysztof Mochol (w latach 1997–2001 zastępca szefa WSI), Zbigniew Farmus (asystent wiceministra obrony w rządzie Buzka Romualda Szeremietiewa), oraz Andrzej Murawski, dyrektor gabinetu ówczesnego szefa BBN Marka Siwca.

W ten sposób państwowy “Cenrex” stał się firmą, która zasilała kieszenie prywatnego udziałowca, a ten z kolei „dawał żyć” tym, którzy mu to umożliwili. Po dokonaniu transakcji firma zaczęła podupadać i na początku 2003 r. miał już ponad 10 mln zł strat.

Zapewne z racji stanowiska zajmowanego w Bumarze, pan Dariusz Dębowczyk natychmiast po nominacji na wiceprezesa udał się z delegacją Bumaru do Kuwejtu. Komunikat z dnia 15 lipca 2008 roku głosił, iż „ W siedzibie placówki (ambasady RP w Kuwejcie) wizytę złożyła przebywająca w Kuwejcie delegacja Grupy Bumar, której przewodniczył Dariusz Dębowczyk, wiceprezes ds. handlowych firmy. Przedstawiciele Grupy Bumar poinformowali o planach działalności w Kuwejcie i w regionie firmy Bumar Gulf, której Grupa Bumar jest udziałowcem. Zgłoszono udział firmy w kuwejckich targach PROTEX 2008, wraz z grupą polskich przedsiębiorstw z sektora obronnego i bezpieczeństwa, w dn. 3- 6 listopada br. Przedyskutowano możliwości intensyfikacji polsko-kuwejckich relacji gospodarczych i dalszej promocji polskiej oferty eksportowej w regionie”.

Wkrótce potem, bo 20 listopada 2008 r. z wizytą do Kuwejtu i Kataru udał się Donald Tusk, któremu towarzyszyła grupa polskich biznesmenów – w tym prezes zarządu Bumaru Edward Nowak. Podczas spotkania z wiceministrem obrony Kuwejtu i Szefem Sztabu kuwejckiej armii przedstawiciele Bumaru rozmawiali na temat ewentualnych dostaw sprzętu produkowanego w spółkach Grupy Bumar, a prezes tej firmy spotkał się również z szefami spółki zależnej Bumar Gulf działającej m.in. w Kuwejcie.

To z tytułu kontraktów, jakie Bumar Gulf zawierał z El-Assirem powstały wielomilionowe należności polskiej firmy, o których zwrot – poprzez transakcję stoczniową Libańczyk usilnie zabiegał.

Związki z przemysłem zbrojeniowym ma również Andrzej Szortyka – członek zarządu Agencji Rozwoju Przemysłu, powołany na to stanowisko w maju 2008 roku, który po odsunięciu przez MSP Wojciecha Dąbrowskiego i Jacka Goszczyńskiego od nadzoru nad postępowaniami stoczniowymi przejął obecnie ich obowiązki.

Szortyka był przez wiele lat dyrektorem finansowym spółki PZL Mielec – wchodzącej w skład Grupy Bumar, a następnie prezesem Zarządu tej spółki. W ARP zajmował się m.in. prywatyzacją Polskich Zakładów Lotniczych Świdnik

W roku 2003 Rada Nadzorcza PZL Mielec odwołała go z funkcji prezesa zarządu zarzucając, iż jest winny złym wynikom finansowym firmy oraz niewłaściwemu przygotowaniu do offsetu. Twierdzono wówczas, że powołany przez Szortykę zespół offsetowy nie przesłał do komisji w Agencji Rozwoju Przemysłu ani jednego dokumentu, który przedstawiałby możliwości nawiązania współpracy PZL ze zwycięzcą przetargu na samolot wielozadaniowy. Zdaniem RN, te zaniedbania mogły poważnie zagrozić kontraktom, jakie PZL miał podpisać z firmami amerykańskimi.

Nie przeszkodziło to ministrowi Gradowi powierzyć Szortyce nadzoru ARP nad prywatyzacją spółek lotniczych. Jako rzecz ciekawą można odnotować fakt, że podczas międzynarodowej konferencji „Aerial Fire Fighting”, jaka odbyła się w dniach 19-21 lutego 2009 roku w Anaheim w Californii, jako sponsorów znajdziemy sąsiadujące obok siebie dwie firmy – PZL Mielec i Scorpion International Services S.A. Ta ostatnia – to zarejestrowana w Atenach i Wiedniu firma, poprzez którą jej właściciel – Abdul Rahman El Assir przeprowadza swoje transakcje handlu bronią.

Aleksander Ścios
http://bezdekretu.blogspot.com/2009/10/afera-stoczniowa-grupa-trzymajaca.html

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 25 »

Ukraina zagrożona katastrofą – Juszczenko prosi o pomoc

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-11-01 (niedziela)

Jak nam donoszą niezawodne, międzynarodowe media, prezydent Juszczenko zwrócił się w prośbą o pomoc do światowej społeczności, gdyż – cytujemy – “zagrożone jest bezpieczeństwo narodowe Ukrainy”. Zagrożeniem tym jest oczywiście epidemia świńskiej grypy. Podobnie, jak w latach 1970 inna epidemia grypy miała wyludnić Stany Zjednoczone (okazało się, że ofiarą grypy była jedna osoba, ale kilkaset doznało trwałych uszczerbków na zdrowiu z powodu szczepionek, a kilkanaście od nich zmarło). Historia więc się powtarza i w to w cholernie przewidywalny sposób, który można by nazwać naiwnym, gdyby nie to, że jednak skutecznie oddziałuje na masy.

- Istniejące zagrożenie bezpieczeństwa narodowego Ukrainy, którego nie można neutralizować tylko w oparciu o własne siły, wymaga ode mnie, by zwrócić się do najbliższych przyjaciół i partnerów strategicznych o niezwłoczną pomoc – czytamy na stronie internetowej prezydenta Ukrainy tekst listów skierowanych 1 listopada do liderów Białorusi, Węgier, Mołdawii, Polski, Rumunii, Słowacji, USA, a także do przewodniczącego Komisji Europejskiej i Sekretarza generalnego NATO.

Ministerstwo zdrowia Ukrainy podało oficjalnie, że wskutek epidemii grypy na Ukrainie zmarły 53 osoby. Ukraiński serwis Korespondent poinformował wieczorem, że w obwodzie iwanofrankowskim zmarły kolejne dwie osoby. Zmarło również czterech lekarzy.

Minister zdrowia Ukrainy, Wasyl Kniazewycz, po raz kolejny zaapelował do Ukraińców, by nie ulegali panice i nie próbowali leczyć się sami. 

Według resortu ogólna liczba chorych wynosi prawie 185 tysięcy ludzi, w tym ponad 82,6 tys. to osoby w wieku do 18. roku życia. Główny Inspektorat Sanitarny uspokaja, że w Polsce do tej pory nie odnotowano wzrostu zachorowań.

No i mamy precyzyjną informację… która nic nie mówi i nic nie znaczy. Czy bowiem owe zmarłe 55 osób to dużo, czy mało? Nie wiemy przecież, ile umiera co roku osób na Ukrainie w wyniku zachorowania na “zwykłą” grypę, nie możemy zatem dokonać żadnego sensownego porównania ani ocenić stopnia zagrożenia.

Zupełnie, jakby podać informację, iż temperatura powietrza w cieniu wyniosła 30 stopni Celsjusza, nie mówiąc gdzie. Czy na Islandii, gdzie byłby to upał? Czy na pustyni Danakil w Etiopii, gdzie byłby co całkiem miły chłodek?

Media oczywiście chcą wzbudzić panikę i nakłonić masy tzw. obywateli do przyjęcia zabójczej, zawierającej związki rtęci szczepionki. Na pierwszy ogień idą dzieci i kobiety w ciąży. Właściciele mediów mają w tym swój plemienny interes.

Opublikowany w Media - Merdia, Różne | Komentarzy: 34 »

Podwójne standardy i hipokryzja

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-10-31 (sobota)

Z nieustającgo cyklu p.t. “Bandyci rządzą światem”.

Podwójne standardy i hipokryzja. Inaczej odbywającą się właśnie szopkę w Hadze nazwać trudno.

Międzynarodowy Trybunał ds. Zbrodni w byłej Jugosławii sądzić będzie byłego prezydenta Serbów bośniackich, Radowana Karadżića. Za ludobójstwo na muzułmanach bośniackich i Chorwatach, za planowanie, podżeganie i popieranie zbrodni wojennych, zmierzających do eksterminacji lub wypędzenia zamieszkujących Bośnię (której 50% ludności stanowili Serbowie) muzułmanów, za wydanie rozkazu do wymordowania prawie ośmiu tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców w Srebrenicy. Akt oskarżenia liczy 40 stron, natomiast materiały dowodowe – 1,2 miliona stron dokumentów. Karadżiciowi grozi dożywocie.

Karadżić przed trybunałem, który pogardliwie nazywa „natowskim sądem”, broni się sam. Niczym Slobodan Miloszević uparcie utrzymuje, że jest niewinny, że bronił jako przywódca Serbów swoich rodaków. Ale dodaje coś jeszcze, co dla wielu wpływowych kręgów może być niewygodne. Jeśli i Karadżiciowi przydarzy się dziwna śmierć w „niewyjaśnionych okolicznościach” (w 2006 w haskim więzieniu umarł Miloszević, według oficjalnej wersji na zawał serca, według niezależnych raportów natomiast w jego organizmie szkodliwych substancji chemicznych), to może to stanowić poważny dowód na rzecz przypuszczenia, że Zachód nie tylko stosował wobec serbskiego przywódcy podwójne standardy, ale i czegoś wyraźnie się obawiał.

Kto kogo oskarża? Karadżić stanowczo powtarza, że Stany Zjednoczone zaoferowały mu swoisty handel wymienny. Coś za coś – Karadżić zagwarantowany miał mieć immunitet i nietykalność, jeśli tylko wycofa się z aktywnej polityki i nie będzie hamował układu pokojowego z Dayton. Tak też się stało – serbski przywódca w Bośni wycofał się z polityki, choć przez ładnych parę lat bynajmniej się nie ukrywał. Podróżował pomiędzy Bośnią a Serbią, pracował, odwiedzał rodzinę. I wszystko to pod okiem sił pokojowych ONZ, które nie spieszyły się specjalnie z aresztowaniem Karadżicia. W 1996 roku jeszcze zeznawał dowódca błękitnych hełmów, admirał Leighton Smith: „Nie mam rozkazu, by polować na doktora Karadżicia”. I to mimo, iż ten przejeżdżał pod nosem oenzetowskich patroli kilka razy na dzień. Siły pokojowe nie tylko go nie ścigały – ale robiły praktycznie wszystko, by Karadżicia (człowieka charakterystycznego jak mało który serbski polityk, z szopenowską bujną grzywą) nie widzieć. A ten najwyraźniej nie czuł też potrzeby, by się ukrywać. W towarzystwie tylko jednego kierowcy-ochroniarza poruszał się ulicami miasta Pale, stolicy Republiki Serbskiej w Bośni.

Istnienie układu między Karadżiciem i Amerykanami potwierdza też prokurator Trybunału Międzynarodowego dla byłej Jugosławii, Carla del Ponte. Jej zdaniem nie ma najmniejszych wątpliwości, że ówcześni prezydenci Bill Clinton i Jaques Chirac blokowali aresztowanie Karadżicia, natomiast wspólnie Clinton z Chiraciem przekonywać mieli Tony’ego Blaira, aby o ewentualnym planowanym zatrzymaniu Karadżicia najpierw poinformować Rosję. A tymczasem były serbski prezydent cieszył się zupełną swobodą, nie tylko przebywał w Bośni i Serbii, ale i jeździł do matki w Czarnogórze, i to regularnie przez to samo przejście graniczne w Milusi, o czym doskonale wiedziały siły międzynarodowe, informowane przez Bośniaków.

Karadżicia łapać wówczas po prostu nie chciano. Dlaczego? Najprawdopodobniej podczas wojny w Bośni miał układy z błękitnymi hełmami, albo raczej z najwyższym dowództwem wojskowym, a zatem i z najważniejszymi światowymi władzami politycznymi.

Jakkolwiek by się na obecność oddziałów ONZ w Jugosławii nie zapatrywać, to trzeba przyznać, że początkowo nie chroniły one nikogo, poza samym sobą. Siedziały w garnizonach i koszarach, pilnowały sprzętu zajętego, ale faktycznie żadnych uprawnień do użycia siły nie miały, i gdy tylko któraś ze stron tego zapragnęła, to taki oenzetowski bastion „zajmowała”, przywłaszczając sobie czołgi i działa. W roku 1995, gdy Serbowie szturmowali raz po raz Srebrenicę, i gdy w końcu stacjonujący tan batalion holenderski zażądał wsparcia lotniczego, usłyszał odmowę z powodu… nieprawidłowego formularza wniosku. A potem, gdy Serbowie miasto zajęli, Holendrom włos, albo raczej hełm z głowy nie spadł, a ich dowódca uwiecznić się raczył na zdjęciach, pijąc bruderszaft z generałem Mladiciem. Jeszcze w 2002 roku nachalnie nagłośniony „szturm” na dom Karadżicia w pale skończył się… procesem sądowym za wyłamane drzwi, wytoczonym przez jego żonę (samego Karadżicia oczywiście nie zastano).

Czyż może być, aby nie było to bardzo grubymi nićmi szyte polityczne machlojstwo, świadczące o amerykańsko-europejskiej hipokryzji i podwójnej moralności Zachodu wobec Serbów? Oczywiście, że Amerykanie wszelkim spekulacjom i oskarżeniom o mentalność Kaliego twardo zaprzeczają. Ale gdy już Karadżicia zatrzymali, jakoś dziwnie szukają dodatkowych atutów i asów do rękawa, jak gdyby sama Srebrenica nie wystarczała, by zdyskredytować serbskiego przywódcę w oczach świata. W mieszkaniu Karadżicia, który przez ostatnie lata ukrywał się jako siwobrody dr Dabic, jako noszący grube okulary i słomiane kapelusze neuropsychiatra, specjalista od ziół, medycyny dalekowschodniej i problemów z erekcją – znaleźć podobno miano kasety wideo, ukazujące Karadżicia pijącego mocz i uczestniczącego w perwersyjnych orgiach seksualnych… Cóż, w amerykańskie teorie można wierzyć, lub… nie. „Sprawiedliwość”, gdy sprzyja okazja.

Ale wracając do zatrzymania Karadżicia – faktem jest, że nastąpiło dopiero wtedy, gdy wszyscy zaangażowani w połowie lat 90. główni aktorzy ze światowej sceny politycznej zeszli (Clinton, Chirac, Blair, Jelcyn). I gdy zmienił się jugosłowiański rząd, na prozachodni i prounijny. Aby Karadżić mógł zostać zatrzymany, konieczna była zgoda polityczna. Odpowiedzialni za łagodne jego traktowanie i przymykanie oczu na spokojne życie przywódcy bośniackich Serbów musieli przejść na emeryturę.

Dlaczego teraz serbskim rządzącym zależało na aresztowaniu Karadżicia? To bardzo proste. Znowu chodzi o swoisty handel wymienny, coś za coś… Obecny rząd dąży do integracji z Unią, Serbia daleka jeszcze jest jednak od spełnienia europejskich „standardów”, potrzebny jest więc jakiś mocny, niepodważalny atut. Jak chociażby wydanie jednego z przywódców okresu wojny domowej w Jugosławii – krok taki, będący równoznaczny z zrywaniem z własną przeszłością i samobiczowaniem się przez Serbów, wydaje się niezbędny do dalszego postępu procesu integracyjnego.

A poza takim symbolicznym wymiarem tego czynu jest jeszcze bardzie przyziemny: serbski rząd liczy na uzyskanie złagodzenia reżimu wizowego, ułatwień handlowych i nowych kredytów. A więc – za garść srebrników wydamy wam, kogo chcecie, jeśli tylko zechcecie. Propaganda i zakłamanie.

I pozostaje jeszcze trzeci, być może najważniejszy aspekt całej sprawy sądzenia serbskich przywódców przez międzynarodowe organa sądownicze. Zacząć należy od tego, że Międzynarodowy Trybunał Karny ds. Zbrodni Wojennych w byłej Jugosławii nie jest instytucją niezależną, a powołany został przez ONZ. Państwa natowskie z USA naczelne w traktacie z Dayton wymusiły współpracę władz byłej Jugosławii z Trybunałem i odsunięcie byłych przywódców od władzy (między innymi Miloszevicia), gwarantując im za to nietykalność.

Jeżeli więc Trybunał powołany został niejako przez państwa wojnę przeciwko Serbii prowadzące, i przez nie jest finansowany, trudno oczekiwać, by był on niezawisłym organem władzy sądowniczej. (Pomijam już pytanie, z jakiej racji narzucić można niepodległemu państwu zwierzchnictwo jakiejś międzynarodowej instytucji).

Wojna w Jugosławii, przynajmniej w roku 1999, była wojną na wyniszczenie serbskiego narodu i jego państwa. Niszczone były celowo jego infrastruktura, fabryki, szpitale i osiedla mieszkaniowe Serbów. Wbrew medialnemu natłokowi hałaśliwej humanitarno-pacyfistycznej propagandy, sympatie Zachodu były wyraźnie określone – chodziło o zwalczenie Serbów, a wspieranie Chorwatów i muzułmańskich Bośniaków (nawet kosztem utworzenia i utrzymywania sztucznej, wielokulturowej i wieloreligijnej hybrydy – Bośni i Hercegowiny – która bez wsparcia militarnego i finansowego Zachodu nigdy nie przetrwałaby nawet miesiąca). Byle tylko osłabić, rozbić państwo Serbów. Ten sam cel uwidocznił się ponownie w przypadku „niepodległości” Kosowa. Paradoks to doprawdy niemały. Bo o ile poparcie katolickiej Chorwacji z punktu widzenia konfliktów międzycywilizacyjnych dałoby się jeszcze wytłumaczyć, to trudno już zrozumieć to, że kraje bądź co bądź cywilizacji Zachodu wspierają budzące się ognisko islamu w Europie, dolewając oliwy do ognia, żeby tylko działać na niekorzyść kraju prawosławnego, z którym przecież o wiele więcej chrześcijański Zachód powinno łączyć niż z muzułmanami.

I kolejna sprawa, jaką jest skala zbrodni, przedstawiana na całym zachodnim świecie naiwnej tłuszczy. Fakt, że na Bałkanach krew lała się strumieniami i zbrodnie przeciwko ludności cywilnej działy się często. Ale nie tylko Serbowie się ich dopuszczali. Nie tylko Serbowie prowadzili czystki etniczne. To samo robili Bośniacy, i Chorwaci. Tylko że o tym się nie mówi, nawet w przypadku sądzeniu chorwackich dowódców wojskowych nie towarzyszy im taka medialna nagonka, jakiej ofiarą zawsze padała Serbia. W wielu, niezliczenie wielu przypadkach to Serbowie padali ofiarą ludobójstwa, masowych gwałtów, wyrzynaniu całych wsi, kobiet i dzieci. I Serbowie musieli opuszczać swe domy, opuszczać swe ziemie, zmieniając tym samym sytuację demograficzną na korzyść Bośniaków i Chorwatów. A to właśnie na rękę było stronie przeciwnej.

Jeden tylko przykład tutaj wymienię, by nie wgłębiać się w tą przepaść bez dna wzajemnych aktów agresji i barbarzyństwa. Czołowy argument oskarżenia – Srebrenica, lipiec 1995. Wbrew temu, co się wciąć powtarza – nie było de facto zamkniętego oblężenia miasta, a naprzeciwko siebie stały dwie jego części, serbska i muzułmańską, bośniacką. Choć oficjalnie miasto było strefą zdemilitaryzowana, to oddziały NATO wciąż po kryjomu dozbrajały stacjonująca tam dywizję bośniackich muzułmanów. Wbrew temu, co się wciąż powtarza, ofiar nie było 7-8 tysięcy, a najprawdopodobniej około 2 tysięcy. Proste jak drut, jasne i logiczne rachunki przeprowadzone przez Światową Organizację Zdrowia wykazują, że nie ma nigdzie miejsca na dodatkowe 5 tysięcy zabitych.

Jakby tego było mało – kłamstwo sięga nawet na cmentarz ofiar Srebrenicy, gdzie pochowano zabitych muzułmanów i sprzed 1993 roku, i z roku 1996 i lat późniejszych, co wykazały badania nazwisk pochowanych. W ten sposób udało się uzbierać taką liczbę właśnie, niecałe 8 tysięcy.

Wbrew temu, co się mówi, to rozpoczęta w sierpniu 1995 chorwacka operacja „Burza” pociągnęła za sobą największe czystki etniczne na ludności serbskiej, z której ogromne masy musiały uciekać. Operacja ta cieszyła się poparciem USA i Niemiec, a wyolbrzymiona liczba ofiar Srebrenicy skutecznie przykuwała światową uwagę. I to skutecznie – ile z nas słyszało o chorwackiej operacji i 300 tysiącach wypędzonych Serbach? Przykłady te to tylko wybrane, pojedyncze epizody.

Powstało kilka świetnych niezależnych niemieckich, francuskich, amerykańskich a nawet polskich publikacji na temat prawdziwego oblicza wojny w Jugosławii. Warto się z nimi zapoznać. Uświadamiają one, jak wielki jest dysonans między jedną, propagowaną i obowiązującą powszechnie wizją całego konfliktu, a jego rzeczywistością. I dlaczego cała amerykańska pseudomoralność i gorliwość w ściganiu serbskich „zbrodniarzy wojennych” jest po prostu jednym, wielkim zakłamaniem.

Michał Soska, Nowa Myśl Polska.

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 18 »

Goldman Sachs – maszyna do robienia baniek

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-10-30 (piątek)

Tekst opublikowany w “Przekroju” 37/2009. Oryginał na stronie: http://www.rollingstone.com/politics/story/29127316/the_great_american_bubble_machine

OD AKCJI FIRM HI-TECH PO WYSOKIE CENY GAZU:
GOLDMAN SACHS UKNUŁ KAŻDĄ WIĘKSZĄ MANIPULACJĘ RYNKOWĄ OD CZASÓW WIELKIEGO KRYZYSU – I WŁAŚNIE SZYKUJE SIĘ DO KOLEJNEJ
 
Pierwsza rzecz, którą powinniście wiedzieć o Goldmanie Sachsie, to fakt: jest on wszędzie. Ten najpotężniejszy na świecie bank inwestycyjny jest jak wampirzyca; mątwa oplatająca swymi ramionami całą ludzkość, bezlitośnie przysysająca się wszędzie tam, gdzie czuć zapach pieniędzy. W rzeczy samej historię najnowszego kryzysu ekonomicznego, która przypomina dzieje błyskawicznego schyłku i upadku puszczonego w samych skarpetkach amerykańskiego imperium, czyta się jak spis wychowanków Goldmana Sachsa.

Dziś znamy już najważniejszych graczy. Henry Paulson jako ostatni sekretarz skarbu w administracji George”a W. Busha i eksszef banku Goldman Sachs był architektem planu finansowego wsparcia upadających instytucji finansowych. Polegał on na wpompowaniu miliardów dolarów podatnika w firmy prowadzone przez starych kumpli z Wall Street.
Robert Rubin, sekretarz skarbu w administracji Billa Clintona, spędził w Goldmanie 26 lat, zanim został prezesem Citigroup, które dzięki planowi Paulsona dostało 300 miliardów dolarów. John Thain, szef Merrill Lynch, a przy okazji wyjątkowy dupek, kupił sobie do biura dywan za 87 tysięcy dolarów, kiedy jego firmie groziło bankructwo. Ten były bankier u Goldmana Sachsa także dostał od Paulsona wielomiliardowe wsparcie. Paulson wydał miliardy rządowych dolarów, by wspomóc Bank of America ratujący upadające przedsiębiorstwo Thaina. Robert Steel, szef Wachovii i oczywiście były pracownik Goldmana, załatwił sobie i reszcie kierownictwa 225 milionów dolarów, dzięki czemu miał miękkie lądowanie, gdy jego bank ulegał samozagładzie.

Są też Joshua Bolten, szef kancelarii Busha podczas bailoutu, i Mark Patterson, obecny szef personelu w ministerstwie skarbu, który jeszcze rok temu był lobbystą Goldmana, a także Ed Liddy, były dyrektor Goldmana, którego Paulson postawił na czele uratowanego przed bankructwem giganta ubezpieczeniowego AIG. Ten zaś, gdy tylko Liddy pojawił się na pokładzie, przetransferował ponad 13 miliardów dolarów do Goldmana.

Szefowie banków centralnych Włoch i Kanady to też byli alumnowie Goldmana, tak jak prezes Banku Światowego, prezes giełdy w Nowym Jorku i dwaj ostatni szefowie nowojorskiego Banku Rezerw Federalnych – który, przez przypadek, odpowiada teraz za nadzorowanie Gołdmana – żeby nie wspomnieć…

No właśnie, próba napisania historii o wszystkich byłych pracownikach Goldmana Sachsa zajmujących tam wpływowe stanowiska to zadanie niewykonalne. To tak, jakby się chciało zrobić listę wszystkiego. Wam wystarczy jednak ogólny obraz: jeśli Ameryka umiera, Goldman Sachs zrobi wszystko, by zarobić na jej pochówku. W zachodniej demokracji kapitalistycznej istnieje bowiem nieszczęsna luka – nikt nie przewidział, że w społeczeństwie, które biernie poddaje się rządom wolnego rynku i wolnych wyborów, zorganizowana chciwość musi wziąć górę nad niezorganizowaną demokracją.

Dzięki swojej bezprecedensowej potędze i wpływom Goldman Sachs zrobił z Ameryki jeden wielki przekręt w stylu pump-and-dump (polegający na sztucznym windowaniu cen akcji), przez wiele lat manipulując całymi sektorami gospodarki. Gdy jakiś rynek upadał, gra przenosiła się na inny, a bank nieustannie żywił się pieniędzmi wyciskanymi z kieszeni zwykłych ludzi przez wysokie ceny gazu, rosnące raty kredytów konsumenckich, fundusze emerytalne, masowe zwolnienia czy wreszcie podatki, które pójdą na pokrycie kosztów drogich planów ratunkowych.

Pieniądze, które tracicie, gdzieś przecież lądują. Dosłownie i w przenośni lądują w banku Goldman Sachs. Ten bank to ogromna i wysoce wyspecjalizowana maszyna przetwarzająca bogactwo całego społeczeństwa na czysty zysk kilku bogaczy.

Recepta jest stosunkowo prosta: Goldman ustawia się w samym środku bańki spekulacyjnej, oferując papiery wartościowe, o których wie, że są gówno warte. Następnie bank zgarnia ogromne sumy od drobnych i średnich inwestorów przy wydatnej pomocy kalekiego i skorumpowanego państwa, które pozwala Goldmanowi na zmianę reguł podczas gry w zamian za parę groszy jałmużny, kompletnie nieistotnych z punktu widzenia banku. Kiedy bańka wreszcie pęka, a miliony zwykłych ludzi bankrutują i popadają w nędzę, Goldman zaczyna cały proces od nowa. Jego bankierzy, twierdząc, że niosą nam ratunek, pożyczają nam nasze własne pieniądze na procent i przedstawiają siebie jako ludzi pozbawionych żądzy pieniądza, jako ekipę bystrych facetów, którzy muszą przecież jakoś zadbać o to, żeby finansowy interes się kręcił. Robią ten sam numer od lat 20. ubiegłego wieku i właśnie mają zamiar znów go powtórzyć, tworząc coś, co może się okazać największą bańką w historii.

Jeśli chcecie się dowiedzieć, w jaki sposób doszło do finansowego kryzysu, musicie najpierw zrozumieć, gdzie wyparowały pieniądze. A żeby to pojąć, musicie też zrozumieć, czego do tej pory całkowicie bezkarnie dokonywał bank Goldman Sachs. Oto historia pięciu baniek, w tym zeszłorocznej, dziwnej i pozornie niedającej się wytłumaczyć zwyżki cen ropy. W każdej z tych baniek było wielu przegranych, często wykupionych następnie przez państwo. Ale Goldman Sachs nigdy do przegranych nie należał.

PIERWSZA BAŃKA – Wielki Kryzys
Bank Goldman Sachs nie od zawsze był wielkim behemotem napakowanego sterydami kapitalizmu wyznającym dewizę “zabij albo zgiń”. Był nim prawie od zawsze. Założony został w 1869 roku przez niemieckiego imigranta Marcusa Goldmana do spółki z zięciem Samuelem Sachsem. Obaj byli pionierami w dziedzinie papierów wartościowych. To elegancki sposób na określenie krótkoterminowych pożyczek, których udzielali drobnym przedsiębiorcom na Manhattanie, ponieważ owe “papiery wartościowe” zwane IOU (od angielskiego I Owe You), były po prostu wypisywanymi odręcznie wekslami, którymi obracali Goldman z Sachsem.
Pewnie potraficie sobie wyobrazić pierwsze sto lat działalności biznesu Goldmana Sachsa: dzielny bank inwestycyjny prowadzony przez imigrantów walczy z przeciwnościami losu i bez żadnej pomocy z zewnątrz robi grubą kasę.
W tej zamierzchłej historii jest tylko jeden epizod wart gruntownej analizy dzisiaj, w świetle ostatnich wydarzeń – katastrofalne zaangażowanie Goldmana w spekulacyjne operacje poprzedzające wielki krach na Wall Street pod koniec lat 20. ubiegłego wieku.
Wielka katastrofa finansowa z tamtych lat ma kilka cech, które mogą nam się wydać znajome. Głównym narzędziem służącym do wyłudzania pieniędzy od naiwnych inwestorów był wówczas imwestment trust. Podobnie do dzisiejszych funduszy powierniczych trusty – przynajmniej teoretycznie – inwestowały pieniądze dużych i małych inwestorów w liczne notowane na Wall Street akcje i papiery wartościowe, choć informacje o konkretnych inwestycjach i ich wartości często nie trafiały do wiadomości opinii publicznej. Ale zwykły obywatel mógł zainwestować w trust 10 albo 100 dolarów i mieć poczucie, że jest wielkim graczem. Zupełnie jak w latach 90. XX wieku, kiedy pojawiły się nowe narzędzia i możliwości, takie jak day trading i e-trading, które przyciągnęły całe stada naiwniaków chcących poczuć, że są kimś. Wtedy trusty inwestycyjne wciągnęły całe rzesze zwykłych ludzi w spekulacyjną grę.
Goldman wskoczył do tej gry późno, ale z ogromnym impetem. Pierwszym wehikułem inwestycyjnym była Goldman Sachs Trading Corporation (GSTC); bank wyemitował milion jej akcji po 100 dolarów za sztukę, sam wykupił je za własne pieniądze i sprzedał 90 procent tych akcji napalonym inwestorom po 104 dolary za jedną. Następnie GSTC zaczęła jak szalona kupować swoje własne akcje, wciąż podbijając ich cenę. W końcu, gdy były warte wielokrotnie więcej niż na początku, sprzedała część udziałów, by za uzyskane pieniądze otworzyć nowy trust – Shenandoah Corporation. Ten, rzecz jasna, także wypuścił miliony akcji, na które rzucili się chętni inwestorzy, a za uzyskane pieniądze Shenandoah powołała kolejny trust – Blue Ridge Corporation. W ten sposób każdy trust inwestycyjny służył jako fasada niekończącej się piramidy, w której tak naprawdę Goldman chował się za Goldmanem. Z 7 250 000 akcji Blue Ridge 6 250 000  należało do Shenandoah Corporation, która oczywiście w większej części należała do Goldman Trading.

Efekt był taki (czy ten scenariusz nie wydaje się wam znajomy?), że powstał łańcuch pożyczonych pieniędzy, który musiał kiedyś się zerwać, gdy tylko jedno z ogniw zacznie szwankować. Zasada działania tego mechanizmu jest prosta (dziś zwiemy ją lewarem finansowym). Mamy dolara i na tej podstawie pożyczamy jeszcze 9 dolarów. Teraz mamy 10 dolarów, więc pożyczamy kolejnych 90. Następnie, kiedy mamy sto dolarów (a zachwyceni inwestorzy wciąż przynoszą nam swoje pieniądze), zbieramy z rynku i inwestujemy kolejne 900 dolarów. Jeśli jednak ostatni z trustów zaczyna tracić, nie mamy pieniędzy, żeby zapłacić inwestorom, i wszyscy bankrutują.

W jednym z rozdziałów książki “The Great Crash, 1929″ (“Wielki Kryzys, 1929″) zatytułowanym “In Goldman Sachs We Trust” (nawiązanie do zdania “In God We Trust” na banknotach dolarowych) słynny ekonomista John Kenneth Galbraith przedstawił trusty Blue Ridge i Shenandoah jako klasyczne przykłady szaleństwa inwestowania lewarowego. Trusty według Galbraitha były główną przyczyną historycznego kryzysu. W przeliczeniu na dzisiejsze dolary straty banku wyniosły ogółem 475 miliardów dolarów. “Trudno się nie zdumieć, gdy się pomyśli, jaka wyobraźnia musiała stać za tak gargan-tuicznym szaleństwem – zauważa Galbraith. W myśl zasady: jeśli szaleć, to z maksymalnym rozmachem”.

DRUGA BAŃKA – Spółki internetowe
Przenieśmy się teraz o 65 lat do przodu. Goldman nie tylko przetrwał kryzys, który zmiótł z powierzchni ziemi wielu oszukanych przezeń inwestorów, ale nawet stał się głównym gwarantem emisji akcji najpotężniejszych i najbogatszych amerykańskich korporacji. Dzięki Sidneyowi Weinbergowi, który przeszedł drogę od pomocnika sprzątacza do szefa firmy, Goldman został pionierem wprowadzania akcji spółek do obrotu giełdowego (z angielskiego IPO, czyli Initial Public Offering),jedne-go z głównych i najbardziej lukratywnych sposobów, dzięki którym firmy zdobywają pieniądze. W latach 70. i 80. XX wieku Goldman nie miał może aż tak potężnych wpływów politycznych na całym świecie, jakie ma dzisiaj, ale był już firmą z najwyższej półki, szanowaną za to, że przyciąga największe talenty na Wall Street. Był także, co dziwne, szanowany za swoją względnie stałą etykę i cierpliwe podejście do inwestycji, które nie przynoszą szybkiego zysku. Wszyscy menedżerowie na kierowniczych stanowiskach musieli nauczyć się firmowej man-try “długoterminowej chciwości” i do niej się zastosować. Jeden z byłych pracowników banku, który odszedł na początku lat 90., wspomina, jak jego szefowie zrezygnowali z bardzo lukratywnej transakcji, twierdząc, że w przyszłości przyniesie ona straty. – Oddaliśmy pieniądze inwestorom, którzy weszli z nami w ten układ – opowiada. – Wszystko, co robiliśmy, było legalne, lecz zasada długoterminowej chciwości mówi, że nie chcemy uzyskać takiego krótkoterminowego zysku kosztem klientów, którzy mogliby potem się od nas odwrócić.
I wtedy coś się wydarzyło, choć trudno dziś powiedzieć, co konkretnie. Być może chodziło o to, że jeden z prezesów Goldmana Robert Rubin na początku lat 90. poszedł za Billem Clintonem do Białego Domu, gdzie stanął na czele Narodowej Rady Ekonomicznej, a potem został sekretarzem skarbu. Amerykańskie media z upodobaniem powtarzały historię dwóch ludzi z pokolenia baby boom,yuppies, którzy opanowali Biały Dom, a jednocześnie jawnie uwielbiały Rubina, przedstawiając go jako najbardziej inteligentnego człowieka na świecie, zdecydowanie wyprzedzającego swoim geniuszem Newtona, Einsteina, Mozarta i Kanta razem wziętych.
Rubin był wzorem goldmanowskiego bankiera. Urodził się prawdopodobnie w garniturze za cztery tysiące dolarów, jego twarz wydawała się na zawsze zamrożona w przepraszającym grymasie typu “przykro mi, że tak bardzo przerastam cię inteligencją”. Wyglądał, jakby był niezdolny do emocji jak Spock ze “Star Treka”. Jego jedyne ludzkie uczucie, jakie można sobie wyobrazić, to koszmar, że oto zmuszony jest latać w klasie ekonomicznej. Wręcz narodowym dogmatem stało się przekonanie, że cokolwiek Rubin wymyśli, jest to najlepsze dla gospodarki. Zjawisko to osiągnęło szczyt w roku 1999, kiedy pojawił się na okładce “Time”a” wraz ze swym zastępcą Lanym Summersem i szefem Fed Ala-nem Greenspanem. Tytuł nad ich głowami głosił: “Komitet zbawienia świata”.
A co wymyślał Rubin? Od początku jasno wyrażał przekonanie, że panaceum na wszystko jest wolny rynek i należy walczyć ze wszelkimi regulacjami ograniczającymi przedsiębiorstwa i giełdę. Podczas jego kadencji na stanowisku sekretarza skarbu administracja Clintona dokonała całej serii ruchów, które miały drastyczne konsekwencje dla światowej gospodarki. Poczynając od klęski Rubina, którą poniósł, próbując okiełznać kolegów z Goldmana osiągających obsceniczne wręcz zyski na transakcjach krótkoterminowych.
Oszustwo związane z bańką internetową jest dosyć proste – nawet ekonomiczny analfabeta zrozumie, o co chodzi. Firmy, które warte były niewiele więcej niż pomysły na biznes nagryzmolone na kawiarnianej serwetce przez cierpiących na bezsenność palaczy trawki, dostały się na giełdę przez IPO, reklamowane były w mediach i sprzedawane inwestorom za grube miliony. Mówiąc obrazowo, bankierzy z banku Goldman Sachs obwiązywali melony wstążeczkami, a następnie wyrzucali je z 50. piętra i w czasie ich lotu przyjmowali zlecenia inwestorów. W tej grze wygrywałeś tylko wtedy, gdy zdążyłeś wycofać swoje pieniądze, zanim melon sięgnął bruku.
Teraz wydaje się to oczywiste, ale wówczas przeciętny inwestor nie wiedział, że banki zmieniły reguły gry, przedstawiając transakcje jako znacznie korzystniejsze, niż były w rzeczywistości. Zbudowały one dwuwarstwowy system inwestowania – jeden dla ludzi z wewnątrz, którzy znali prawdziwe liczby, drugi dla niezorientowanych inwestorów rozpaczliwie ścigających się z rosnącymi cenami, o których banki od początku doskonale wiedziały, że są oderwane od rzeczywistości. Kilka lat później Goldman nauczył się już, w jaki sposób wykorzystywać zmiany w uregulowaniach prawnych, ale jeszcze w czasach przekrętu internetowego główną wprowadzoną przez niego innowacją było zaniechanie kontroli jakości w swojej branży.
Od czasów Wielkiego Kryzysu istniały surowe przepisy regulujące zasady underwritingu [który dalej tłumaczyć będziemy jako "poręczenie" lub "gwarantowanie" emisji, to umowa pomiędzy firmą a wprowadzającym ją na giełdę bankiem inwestycyjnym polegająca
w uproszczeniu na tym, że bank - w przypadku braku zainteresowania inwestorów - zobowiązuje się do kupienia pewnej puli akcji, tak by emisja doszła do skutku; bank inwestycyjny otrzymuje wynagrodzenie za taką transakcję bądź w określonej kwocie, bądź poprzez prawo do zakupu akcji po preferencyjnej cenie - przyp. red.],
do których stosowano się na Wall Street podczas wprowadzania spółek na giełdę – mówi dyrektor jednego z dużych funduszy hedgingowych. – Firma musiała działać w branży przez co najmniej pięć lat i wykazać się zyskami przez trzy kolejne lata. Te zasady wyrzucono jednak na śmietnik – dodaje. Goldman wykorzystywał naiwność klientów, wciskając im kit na temat lipnych akcji: – Ich analitycy twierdzili, że akcje firmy Bullshit.com warte są sto dolarów za sztukę.
Problem polegał na tym, że nikt nie powiedział inwestorom, iż zmieniły się zasady gry. – Ale wszyscy wewnątrz banku o tym wiedzieli – opowiada dyrektor funduszu. – Bob Rubin musiał znać standardy udzielania gwarancji. Nie zmieniły się przecież od lat 30. ubiegłego wieku.
Jay Ritter, profesor finansów na University of Florida, który specjalizuje się w ofertach publicznych, mówi, że banki takie jak Goldman Sachs doskonale wiedziały, iż na wielu firmach, które promowały, nie da się zarobić. – Na początku lat 80. ludzie z Goldmana Sachsa wymagali, żeby firma przynosiła zyski przez trzy lata. Potem skrócili ten czas do jednego roku, następnie do kwartału. W czasach bańki internetowej nie wymagano już nawet, by firma miała nadzieję na jakiekolwiek zyska w dającej się przewidzieć przyszłości.
Goldman zaprzeczał, jakoby zmienił swoje zasady gwarantowania emisji podczas bańki internetowej, ale z jego własnych statystyk wynika co innego. Teraz – tak samo jak w czasach trustów inwestycyjnych z lat 20. XX wieku – Goldman zaczynał ostrożnie, ale kiedy już się rozkręcił, rozpętał istne szaleństwo. Na początku boomu technologicznego w 1996 roku wprowadził na giełdę słabą finansowo i mało znaną firmę Yahoo!, a następnie został niekwestionowanym królem tego typu operacji. Z 24 firm, które wprowadził na giełdę w 1997 roku, jedna trzecia przynosiła straty. W1999 roku, w samym szczycie boomu, wprowadził na giełdę 47 firm, w tym tak poronione projekty jak Webvan czy eToys, a także oferty inwestycyjne, które były współczesnymi odpowiednikami Blue Ridge czy Shenandoah. W ciągu pierwszych czterech miesięcy następnego roku udzielił gwarancji 18 firmom, mimo że 14 z nich przynosiło straty. Jako wiodący gwarant firm
 internetowych Goldman zapewniał wtedy o wiele bardziej nieobliczalne zyski niż jego konkurenci: w 1999 roku cena firmy wprowadzanej przez Goldmana na giełdę podczas pierwszego notowania była wyższa od ceny z oferty publicznej średnio o 281 procent. Średnia dla Wall Street wynosiła 181 procent.
Jak udało się Goldmanowi osiągnąć tak niebywałe rezultaty? Jedna odpowiedź jest taka, że stosowano praktykę zwaną laddering. To elegancki sposób na określenie tego, jak bank manipulował cenami akcji spółek wchodzących na giełdę. Oto jak to się odbywa: powiedzmy, że jesteście przedstawicielami banku Goldman Sachs i przychodzi do was firma Bullshit.com z prośbą, żebyście wprowadzili ją na giełdę. Zgadzacie się na warunkach standardowych dla branży: określacie, ile akcji zostanie wypuszczonych, wyceniacie je i zabieracie prezesa Bullshit.com “w trasę”, żeby pogadał z inwestorami. Wszystko to za konkretną opłatą (zwykle sześć-siedem procent wartości oferty). Następnie przyrzekacie swoim najlepszym klientom prawo zakupu dużej liczby akcji giełdowego debiutanta, proponując przy tym niską cenę ofertową – załóżmy, że cena wywoławcza akcji Bullshit.com wynosi 15 dolarów – w zamian za obietnicę, że później kupią oni więcej akcji na wolnym rynku. Dzięki temu pozornie prostemu żądaniu zyskujecie wiedzę “od środka” o tym, co będzie się działo ze spółką Bullshit.com po jej giełdowym debiucie. Wiedzę, której nie mają naiwni spekulanci działający według określonego schematu: wiadomo, że pewna liczba klientów, którzy kupili pewną liczbę akcji po 15 dolarów, kupi także akcje po 20 i 25 dolarów, gwarantując, że cena wzrośnie do 25 dolarów i więcej. W ten sposób Goldman mógł sztucznie podnosić ceny nowych spółek, co oczywiście było dla banku korzystne – sześcioprocentowa prowizja od 500 milionów zarobiona na wprowadzeniu Bullshit.com na giełdę to poważna suma.

Goldman był niejednokrotnie pozywany przez akcjonariuszy za laddering przy okazji wprowadzania na giełdę spółek internetowych takich jak Webvan czy NetZero. Nieuczciwe praktyki zwróciły także uwagę Nicholasa Maiera, jednego z menedżerów funduszu
 hedgingowego Cramer & Co. kierowanego wówczas przez znanego obecnie z telewizyjnej gadki szmatki dupka Jima Cramera, który sam zdobywał szlify u Goldmana. Maier powiedział agentom amerykańskiej komisji papierów wartościowych i giełd (SEC), że kiedy w latach 1996-1998 pracował dla Cramera, był wielokrotnie zmuszany do angażowania się w laddering – za każdym razem, gdy wchodził z Goldmanem w układy dotyczące wprowadzenia jakiejś spółki na giełdę.
- Ludzie Goldmana, z tego co sam zaobserwowałem, byli najgorszymi przestępcami -
- mówi Maier. – To oni nadmuchali tę bańkę i spowodowali, że załamał się rynek. Akcje po sztucznie zawyżonych cenach były ostatecznie kupowane przez niepodejrzewających niczego szaraków – mówi. W 2005 roku Goldman zgodził się zapłacić 40 milionów dolarów nałożonej przez SEC kary za stosowanie ladderingu – mizerna kara w porównaniu z gigantycznymi zyskami banku z tej niecnej praktyki (Goldman zaprzecza, jakoby kiedykolwiek dopuścił się działań niezgodnych z prawem; odmówił także komentarza na potrzeby tego artykułu).
Inną stosowaną przez bank Goldman metodą podczas internetowego boomu był spinning, lepiej znany jako łapówkarstwo. Bank inwestycyjny proponował dyrektorom spółek, które wchodziły na giełdę, akcje za bardzo niską cenę w zamian za wybór tego właśnie banku jako gwaranta emisji w przyszłości. Banki zaangażowane w spinning manipulowały następnie cenami akcji firm wchodzących na giełdę – upewniając się, że tanie akcje, które trafiały do przekupionych ludzi wewnątrz spółki, będą szybko drożały, zapewniając duże zyski kilku wybrańcom. Czyli zamiast ustalenia ceny ofertowej akcji Bullshit.com na poziomie 20 dolarów bank proponował prezesowi Bullshit.com milion akcji jego własnej firmy po 18 dolarów za jedną w zamian za przyszłe układy biznesowe – w efekcie okradając wszystkich udziałowców Bullshit.com. Pieniądze, które powinny stanowić zysk spółki, lądowały na prywatnym koncie jej prezesa.
Kiedyś Goldman złożył ponoć nawet specjalną, wielomilionową ofertę prezesowi eBay Meg Whitman, która zresztą później, w zamian za przyszłe przysługi biznesowe, znalazła się w zarządzie banku. Według raportu House Financial Semces Committee z 2002 roku Goldman złożył specjalne oferty sprzedaży akcji dyrektorom 21 firm, które wprowadzał na giełdę, między innymi współzałożycielowi Yahoo! Jerry”emu Yangowi i dwóm spośród największych kryminalistów ery skandali finansowych – Dennisowi Kozlowsky”emu z Tyco i Kenowi Layowi z Enronu. Goldman z oburzeniem zaprzeczył informacjom zawartym w raporcie i nazwał je “bezczelnym fałszowaniem rzeczywistości”. Niedługo potem władze stanu Nowy Jork rozpoczęły śledztwo w sprawie spinningu i innych manipulacji finansowych Goldmana. Bank bez szemrania zapłacił 110 milionów dolarów grzywny.

Manipulowanie cenami akcji firm wchodzących na giełdę nie było jedynie niewinnym zabiegiem mającym na celu uzyskanie dodatkowych bonusów – mówił sprawujący w owym czasie urząd prokuratora generalnego Eliot Spitzer. – Było nielegalnym sposobem na pozyskiwanie nowych kontrahentów przez bank inwestycyjny.
Tego typu praktyki uczyniły bańkę internetową jedną z największych katastrof finansowych w historii: jej pęknięcie obniżyło wartość spółek notowanych na NASDAQ o pięć bilionów dolarów. Ale prawdziwym skandalem nie były pieniądze, które stracili akcjonariusze, tylko pieniądze, które zyskali bankierzy banków inwestycyjnych wynagradzani potężnymi premiami za manipulowanie rynkiem. Zamiast dać bankierom z Wall Street lekcję, że bańka musi pęknąć, lata internetowych przekrętów udowodniły im, że w czasach swobodnego przepływu kapitału i spółek publicznych bańkę bardzo łatwo nadmuchać, a indywidualne profity są tym większe, im większe szaleństwo ogarnia rynek.
Nigdzie twierdzenie to nie było prawdziwsze niż w banku Goldman Sachs. Pomiędzy rokiem 1999 a 2002 firma wydała 28,5 miliarda dolarów na wynagrodzenia i dodatkowe premie – średnio 350 tysięcy dolarów na pracownika rocznie. Te liczby warto przypomnieć, bo głównym spadkiem po internetowym boomie jest to, że gospodarkę w dużej mierze napędza dziś dążenie do ogromnych pensji i bonusów, których wypłacanie stało się możliwe dzięki kolejnym bańkom finansowym. Obowiązująca w Goldmanie Sachsie zasada długoterminowej chciwości rozpłynęła się w powietrzu, kiedy okazało się, że trzeba łapać, co się da, zanim melon sięgnie bruku.
Rynek przestał być miejscem rządzącym się rozumem, miejscem, gdzie można prowadzić normalne, przynoszące zysk interesy. Stał się Oceanem Cudzych Pieniędzy, do którego bankierzy wszelkimi dostępnymi im środkami ściągają wielkie sumy i próbują przerobić je na premie i wypłaty tak szybko, jak to możliwe. I mniejsza o to, że 50 spółek internetowych, które za pomocą nieuczciwych metod hddeńngu i spinningu udało się wypchnąć na giełdę, splajtowało już po roku. Zanim Amerykańska Komisja Papierów Wartościowych i Giełd nałoży na ciebie karę w wysokości 110 milionów dolarów, jacht, który kupiłeś za pieniądze zarobione na machlojkach, będzie miał sześć lat. Zresztą i tak nie będziesz już wtedy pracował w Goldmanie, tylko zostaniesz sekretarzem skarbu albo gubernatorem stanu New Jersey. Jednym z najzabawniejszych momentów w historii ostatniego amerykańskiego załamania finansowego było wystąpienie gubernatora New Jersey Jona Corzine’a, który kierował bankiem Goldman Sachs w latach 1994-1999 i odszedł z 320 milionami w kieszeni. Zarobił  je na akcjach spółek wprowadzanych przez bank na giełdę. W 2002 roku oświadczył, że nigdy w życiu nie słyszał nawet terminu laddering.
Dla banku, który wydawał siedem miliardów dolarów rocznie na pensje, grzywna w wysokości 110 milionów dolarów nałożona z pięcioletnim poślizgiem nie była żadnym środkiem odstraszającym. To były śmieszne pieniądze. Kiedy pękła bańka internetowa, Goldman nie miał żadnego bodźca, by zmieniać prowadzącą do finansowego sukcesu strategię. Po prostu zaczął się rozglądać za nową bańką do nadmuchania. I jak się okazało, gotowa bańka już na niego czekała. W dużej mierze dzięki Rubinowi.

TRZECIA BAŃKA – Szaleństwo kredytów hipotecznych
Rola Goldmana w ogólnoświatowej katastrofie finansowej, jaką wywołała bańka kredytów hipotecznych, nie jest trudna do prześledzenia. Tutaj także trik polegał na zaniedbaniu standardów gwarancji bankowych, choć w tym przypadku nie chodziło o spółki wprowadzane na giełdę, ale o kredyty hipoteczne. Dziś prawie każdy wie, że przez całe dziesięciolecia instytucje udzielające takich kredytów wymagały, aby kredytobiorca wpłacił zaliczkę w wysokości 10 procent kredytu lub wyższą, wykazał się stałymi dochodami, zdolnością kredytową i posiadał prawdziwe imię i nazwisko. Gdzieś na początku nowego tysiąclecia wszystkie te bzdury trafiły do kosza i zaczęto rozdawać kredyty na prawo i lewo, spisując umowy na kawiarnianych serwetkach. Mogli je dostać wszyscy – od kelnerki w koktajlbarze po gościa, który właśnie wyszedł z więzienia z pięcioma dolarami i snickersem w kieszeni.
To wszystko nie byłoby możliwe bez banków inwestycyjnych takich jak Goldman Sachs, które na podstawie udzielonych kredytów hipotecznych tworzyły instrumenty finansowe sprzedawane następnie masowo niczego niepodejrzewającym firmom ubezpieczeniowym i funduszom emerytalnym. Dzięki temu powstał masowy rynek toksycznych długów, jakiego nie było nigdy wcześniej. Dawniej żaden bank nie chciałby mieć w swych księgach zapisu o kredycie udzielonym byłemu więźniowi uzależnionemu od narkotyków, bo obawiałby się, że nie odzyska pieniędzy. Ale sytuacja się zmieniła, gdy okazało się, że można je sprzedać komuś, kto nie ma pojęcia, czym naprawdę są.
Goldman stosował dwie metody ukrywania tego bałaganu. Po pierwsze, połączył setki różnych kredytów w instrumenty pochodne zwane CollateralizedDebt Obligations (papiery wartościowe oparte na długu). Następnie sprzedano je inwestorom, przekonując, że ponieważ większość tych kredytów zostanie spłacona, nie ma powodu przejmować się tymi, których nikt nigdy nie spłaci. W ten sposób byle jakie kredyty zamieniły się w pierwszorzędne inwestycje, które uzyskiwały od agencji ratingowych najwyższą notę AAA.
Po drugie, żeby zabezpieczyć się na obie strony, Goldman zawierał z firmami ubezpieczeniowymi, takimi jak na przykład AIG, transakcje typu swap dotyczące CDO. W ten sposób na rynku pojawiły się jeszcze bardziej skomplikowane instrumenty finansowe, zbliżone nieco w swej konstrukcji do kontraktów terminowych. W ogromnym uproszczeniu opierały się na swego rodzaju zakładzie: Goldman zakładał, że menele nie spłacą swoich kredytów hipotecznych, AIG zaś – że owszem.
Był tylko jeden problem: wszystkie te transakcje były niebezpiecznymi spekulacjami, które od początku powinny zostać ukrócone przez urzędy federalne. Derywaty (instrumenty pochodne), takie jak CDO i CDS, już spowodowały całą serię finansowych katastrof: firmy Procter and Gamble i Gibson Greetings już wcześniej straciły na nich fortuny, a hrabstwo Orange w Kalifornii w roku 1994 zmuszone było ogłosić bankructwo. Opublikowany wtedy raport Government Accountability Office (odpowiednika polskiej NIK) zalecał, by ściśle kontrolować tego typu instrumenty finansowe, z czym zgodziła się w 1998 roku Brooksley Born, szefowa Commodity Futures Trading Commission (CFTC, niezależna agenda rządu Stanów Zjednoczonych powołana do kontroli i regulacji rynku kontraktów terminowych). W maju 1998 roku skierowała ona do szefów wielkich korporacji i przedstawicieli administracji Billa Clintona pismo zalecające, by banki publikowały więcej  informacji na temat handlu derywatami, a także utrzymywały jakieś rezerwy finansowe jako zabezpieczenie na wypadek ewentualnych strat.
Goldmanowi nie uśmiechały się ostrzejsze uregulowania prawne. – Banki zwariowały, są przeciwko – mówi Michael Greenberger, który pracował dla Born na stanowisku dyrektora działu notowań i rozwoju rynku w CFTC, a teraz jest profesorem prawa na University of Ma-ryland. – Naszym planom sprzeciwili się także Greenspan, Summers, Rubin i Levitt (szef SEC) i chcieli powstrzymać proces regulacji.
Kwartet ekonomiczny Clintona poprosił Born o spotkanie i zaprotestował przeciwko pomysłom szefowej CFTC. Według Greenbergera naciskał “zwłaszcza Rubin”. Born odmówiła, prace nad uregulowaniami handlu derywatami trwały. W czerwcu 1998 roku Rubin publicznie skrytykował jej działania, przedstawiając jednocześnie projekt odebrania przez Kongres agencji CFTC uprawnień do regulacji rynku kontraktów terminowych. W 2000 roku, ostatniego dnia sesji, Kongres przegłosował okrytą teraz złą sławą ustawę Commodity Futures Modernization Act znoszącą większość ograniczeń, którą w ostatniej chwili wprowadzono do liczącej sobie 11 tysięcy stron ustawy budżetowej prawie bez dyskusji w senacie. Banki mogły od tej pory bezkarnie dokonywać transakcji CDS.
Ale to jeszcze nie koniec tej historii. AIG, główny dostawca transakcji CDS w 2000 roku, wystosował pytanie do nowojorskiego departamentu ubezpieczeń, czy transakcje takie powinny podlegać tym samym uregulowaniom prawnym co polisy ubezpieczeniowe. W tamtym czasie urzędem tym kierował były wiceprezes Goldmana Neil Levin, który postanowił nie regulować rynku transakcji CDS. Uzyskawszy swobodę emitowania tak wielu papierów wartościowych opartych na kredytach hipotecznych i związanych z nimi kontraktów ubezpieczeniowych, jak mu się tylko podobało, Goldman po prostu zalał nimi rynek.
W szczycie boomu budowlanego w 2006 roku Goldman wypuścił na rynek papiery wartościowe oparte na kredytach hipotecznych o wartości 76,5 miliarda dolarów! Jedna trzecia z nich to były kredyty subprime, czyli niepewne, ale i tak większość papierów wykupiły instytucje takie jak firmy ubezpieczeniowe i fundusze emerytalne. Nie zdając sobie sprawy z tego, że inwestują tak naprawdę w morze gówna.
Weźmy dla przykładu wartą 494 miliony dolarów dokonaną wówczas transakcję GSAMP Trust 2006S3. Wiele kredytów hipotecznych zapakowanych w te papiery wartościowe zaciągniętych zostało przez ludzi, którzy wcześniej już wzięli kredyt na swój własny dom, a następnie przyszli do banku po kolejne pieniądze, by na fali rosnących cen nieruchomości zainwestować w kolejny dom. W przypadku tego typu kredytobiorców ich udział własny w inwestycji wynosił średnio 0,71 procent jej wartości. Co więcej, 58 procent pożyczek miało bardzo niekompletną dokumentację lub nie miało jej wcale – brakowało nazwisk pożyczkobiorców, adresów, a w umowie pojawiały się jedynie kody pocztowe. A jednak obydwie największe agencje ratingowe – Moody’’s i Standard & Poor’’s – przyznały 93 procentom tych papierów tak zwaną ocenę inwestycyjną, uznając, że są to normalne instrumenty finansowe o akceptowalnym poziomie ryzyka. Agencja Moody’s założyła, że mniej więcej 10 procent pożyczek nie zostanie spłaconych. Już po półtora roku okazało się, że rat kredytowych nie płaci aż 18 procent pożyczkobiorców.
Jednak dla Goldmana nie było to żadne ryzyko. Bank wciąż połykał ogromne pakiety obrzydliwych kredytów od podejrzanych firm, takich jak choćby Countrywide, i ładnie opakowane sprzedawał samorządom i inwestującym oszczędności życia emerytom – starym ludziom, na Boga! – twardo utrzymując, że to dobra, bezpieczna inwestycja, a nie bezwartościowe gie, którym w rzeczywistości była. Na dodatek z pełnym cynizmem grał na rynku kontraktów terminowych na spadek papierów, które sam sprzedawał. Co gorsza, Goldman publicznie przekonywał, że wszystko jest w porządku. “Sektor nieruchomości jest wciąż obiecujący – zapewniał w 2007 roku David Viniar, dyrektor finansowy Goldmana. – Dlatego nasz bank inwestuje w kontrakty terminowe zakładające długotrwały wzrost wartości instrumentów związanych z rynkiem nieruchomości”. To była oczywiście ścierna dla naiwnych matołków. Goldman zarabiał na sprzedaży papierów hipotecznych,
 na rynku kontraktów terminowych, obstawiając jednocześnie ich spadek. I to właśnie na tym ostatecznie zarobił najwięcej.
- Te dupki z Goldmana są maksymalnie bezczelne – mówi jeden z menedżerów funduszu hedgingowego. – W przypadku niektórych innych bankierów można było przynajmniej powiedzieć, że są po prostu głupi – wierzyli w to, co robią, i nie wyszło. Goldman natomiast doskonale wiedział, co robi.
Pytam go, jak to możliwe, że sprzedawanie klientowi czegoś, czego spadek jednocześnie obstawia się na rynku kontraktów terminowych, zwłaszcza kiedy zna się słabe strony produktu, których klient nie zna, nie jest uznawane za poważne oszustwo. “Ależ to jest poważne oszustwo w najczystszej postaci!” – odpowiada mój rozmówca.
W końcu mnóstwo wściekłych inwestorów doszło do porozumienia. Gdy hipoteczna bańka pękła zupełnie tak samo jak internetowa kilka lat wcześniej, Goldman został zasypany pozwami o odszkodowanie. Oszukani inwestorzy dowodzili, że bank zataił przed nimi rzeczywistą jakość sprzedawanych papierów wartościowych. Na dodatek komisja papierów wartościowych stanu Nowy Jork pozwała Goldmana i 25 innych instytucji za sprzedawanie bezwartościowych papierów opartych na niespłacal-nych kredytach Countrywide samorządom i stanowym funduszom emerytalnym, które straciły na tej inwestycji aż sto milionów dolarów. Stan Massachusetts także prowadził dochodzenie w sprawie Goldmana za podobne praktyki. Ale Goldmanowi znowu udało się wyjść bez szwanku. Odparł oskarżenia, godząc się na zapłatę marnych 60 milionów dolarów – taką sumę podczas boomu mieszkaniowego departament banku odpowiedzialny za CDO zarabiał w ciągu półtora dnia.
Skutki bańki kredytów hipotecznych są dobrze znane – doprowadziła ona do upadku banków inwestycyjnych Bear Stearns, Lehman Brothers oraz wielkiego ubezpieczyciela AIG, którego portfel złych inwestycji składał się głównie z ubezpieczeń, które banki inwestycyjne, takie jak Goldman Sachs, wykupiły, grając na zniżkę oferowanych przez siebie papierów “wartościowych”. W rzeczywistości co najmniej 13 miliardów dolarów z kieszeni podatników przekazanych AIG w ramach pomocy finansowej trafiło ostatecznie na konto Goldmana, co znaczy, że bank zarobił na bańce kredytów hipotecznych dwukrotnie: oszukał inwestorów, którzy kupili jego bezwartościowe papiery wartościowe, a także podatników, którzy musieli spłacać te same długi.

I kiedy wokół Goldmana rozpadał się świat, bank po raz kolejny znacząco podniósł płace swoim pracownikom. W 2006 roku lista płac banku podskoczyła do 16,5 miliarda dolarów – średnio 622 tysiące dolarów na pracownika rocznie. – My tu bardzo ciężko pracujemy – wyjaśnił rzecznik Goldmana.
Najlepsze miało jednak dopiero nadejść. Kiedy wskutek pęknięcia bańki kredytów hipotecznych w świecie finansów zapanował chaos, Goldman śmiało przeskoczył do innej branży i prawie sam stworzył nową bańkę. Nikt na świecie nie zdaje sobie sprawy, że bank miał z nią cokolwiek wspólnego.

CZWARTA BAŃKA – Droga ropa
Na początku roku 2008 w świecie finansów panowało zamieszanie. Przez ostatnich 25 lat na Wall Street skandale wybuchały jeden po drugim, kompromitując kolejne instrumenty finansowe. Terminy takie jak: junk bond (obligacje śmieciowe), IPO (oferta publiczna), subprime mortgage (ryzykowny kredyt hipoteczny) i inne niegdyś modne inwestycje, opinia publiczna zdecydowanie kojarzyła z przekrętami. Do nich dołączyły nowe terminy, takie jak credit swaps i CDO. Na rynku kredytów panował kryzys, a mantra, która podtrzymywała fantastyczną ekonomię lat administracji Busha – że ceny domów nigdy nie spadają – była już całkowicie skompromitowanym mitem.
Gdzie by się tu zwrócić? Klienci nie chcą tracić pieniędzy na papierowe inwestycje, Wall Street po cichu przestawiła się więc na rynek konkretnych towarów – rzeczy realnych, które można zobaczyć i których można dotknąć – jak kukurydza, kawa, kakao, pszenica, a przede wszystkim źródła energii, zwłaszcza ropa. W połączeniu ze spadkiem wartości dolara załamanie na rynku kredytów i nieruchomości spowodowało przesunięcie w stronę konkretnych towarów. Ceny ropy poszybowały w górę, cena za baryłkę z 60 dolarów w połowie roku 2007 wzrosła do 147 dolarów latem 2008.
Tamtego lata, kiedy rozkręcała się kampania prezydencka, powszechnie przyjmowanym wyjaśnieniem, dlaczego galon benzyny kosztuje 4,11 dolara, było to, że na świecie są problemy z dostawami ropy naftowej. Zarówno Republikanie, jaki Demokraci na kryzys zareagowali równie idiotycznie, prześcigając się w bezsensownych wypowiedziach. John McCain twierdził, że zakończenie moratorium na zagraniczne odwierty “byłoby korzystne na krótką metę”, Barack Obama natomiast w typowym dla liberałów japiszonów stylu argumentował, że wyjściem z sytuacji będą federalne inwestycje w samochody o napędzie hybrydowym.
Ale to wszystko było kłamstwem. Światowe zasoby ropy kiedyś się skończą, nastąpił jednak krótkoterminowy wzrost w jej wydobyciu. Na pół roku przed tym, jak ceny poszły w górę, według amerykańskiej Energy Information Administration światowe wydobycie ropy wzrosło z 85,24 miliona baryłek dziennie do 85,72 miliona. W tym samym okresie światowe zapotrzebowanie na ropę spadło z 86,82 miliona baryłek dziennie do 86,07 miliona. Nie tylko więc wzrosło krótkoterminowo wydobycie, ale także spadło zapotrzebowanie – co w normalnych warunkach gospodarczych powinno doprowadzić do spadku ceny.
Co zatem spowodowało ogromny wzrost cen ropy naftowej? Zgadnijcie. Oczywiście przyczynił się do tego Goldman – choć na rynku towarów byli także inni gracze, ale najpoważniejszą przyczyną było zachowanie kilku najważniejszych graczy zdecydowanych na to, by zmienić solidny niegdyś rynek w kasyno spekulacji. Goldman dokonał tego, przekonując fundusze emerytalne i inne instytucje do inwestowania w kontrakty terminowe na ropę – czyli do tego, by zgodziły się kupować ropę za określoną cenę danego dnia. Ten ruch zamienił ropę z towaru, którego cena wynika z podaży i popytu, w przedmiot spekulacji – zupełnie jak akcje czy nawet bardziej spekulacyjne papiery wartościowe. W latach 2003-2008 suma gorącej, spekulacyjnej gotówki rzuconej na rynek towarowy wzrosła z 13 do 317 miliardów. To wzrost o 2300 procent! W roku 2008 baryłka ropy przechodziła średnio przez ręce 27 pośredników, zanim wreszcie trafiła do konsumenta.
Jak często się zdarza, istniały ustawy z okresu Wielkiego Kryzysu, które miały zapobiec tego typu spekulacji. Rynek towarowy zaplanowano w dużej części w taki sposób, by pomóc farmerom: rolnik, który niepokoił się o przyszłe spadki cen, mógł zawrzeć kontrakt na sprzedaż swojej kukurydzy po określonej cenie i dostarczyć ją później, co uwalniało go od troski, że nagromadzi mu się zapas, a ceny nagle spadną. Kiedy nikt nie kupował kukurydzy, farmer mógł ją sprzedać pośrednikowi znanemu jako “tradycyjny spekulant”, który magazynował kukurydzę i sprzedawał ją później, kiedy znów pojawiło się na nią zapotrzebowanie. W ten sposób zawsze miał kto kupić produkty od farmera, nawet jeśli na rynku nie było akurat na nie zapotrzebowania.
Jednakże w 1936 roku Kongres postanowił, że na rynku nie powinno być więcej spekulantów niż producentów i konsumentów. Jeśli tak się działo, cena podlegała innym czynnikom niż stosunek podaży i popytu, powstawały więc warunki do manipulowania cenami. Nowe prawo dało większą władzę Commodity Futures Trading Commission – temu samemu ciału, które później miało próbować nieskutecznie regulować credit swaps – mogła ona reagować na spekulacje w handlu towarami. Rezultatem kolejnych kontroli CFTC był spokój na rynkach towarowych przez ponad 50 lat.
Wszystko to zmieniło się w roku 1991, kiedy to w tajemnicy przed całym światem filia Goldmana zajmująca się handlem towarami o nazwie J. Aron napisała do CFTC list z niezwykłym żądaniem. Farmerzy – pisał Goldman – którym grozi, że nie sprzedadzą wyprodukowanych przez siebie plonów, nie są jedynymi, których należy zabezpieczyć przed przyszłymi spadkami cen. Dilerzy z Wall Street, którzy kupują kontrakty terminowe na ceny ropy, także muszą móc zabezpieczać swe zyski, bo wiele ryzykują.
To były totalne bzdety – ustawa z 1936 roku została stworzona, by utrzymać rozróżnienie pomiędzy tymi, którzy sprzedają i kupują rzeczywiste towary, a tymi, którzy handlują papierami wartościowymi. Ale CFTC, o dziwo, przyjęła argument Goldmana. Wydała bankowi rodzaj przywileju zwanego Bona Fide Hed-ging. Była to klauzula zezwalająca filii Goldmana na korzystanie z wszelkich praw zarezerwowanych dotąd dla podmiotów obracających rzeczywistymi towarami. Przez następnych kilka lat CFTC wydała po cichu 14 podobnych zwolnień innym firmom.
Dzięki temu Goldman i inne banki zyskały swobodę w przyciąganiu liczniejszych inwestorów do rynków towarowych, umożliwiając spekulantom inwestowanie w kontrakty surowcowe coraz bardziej gigantycznych pieniędzy, list Goldmana do CFTC z 1991 roku mniej lub bardziej bezpośrednio doprowadził do “ropnej bańki” w 2008 roku, kiedy liczba spekulantów na rynku paliw (którzy uciekli nań przerażeni spadającą wartością dolara i załamaniem na rynku nieruchomości) przekroczyła liczbę dostawców prawdziwych towarów i ich nabywców. Jeden z ekspertów zatrudnionych przez Kongres wyliczył, że w roku 2008 co najmniej trzy czwarte obrotów na rynku towarowym to była czysta spekulacja. To zapewne zachowawcze szacunki. Do połowy zeszłego lata mimo rosnących dostaw i spadku popytu płaciliśmy aż cztery dolary za galon benzyny na każdej stacji benzynowej w kraju.
Co jeszcze bardziej zdumiewające, to fakt, że list od filii Goldmana, podobnie jak większość innych wniosków o “specjalne traktowanie”, był rozpatrywany w ogromnym sekrecie. – Byłem szefem oddziału regulacji rynku, gdy Brooksley Born szefowała CFTC – mówi Greenberger. – Nikt z nas nie wiedział o liście.

Tak naprawdę listy wyszły na jaw przypadkiem. W zeszłym roku urzędnik działającej pod auspicjami Kongresu House Energy and Commerce Committee przypadkowo znalazł się na odprawie, podczas której szefowie CFTC rozmawiali o przywilejach przyznanych niektórym bankom inwestycyjnym na rynku towarowym.
- Zaproszono mnie na odprawę, jaką komisja przeprowadzała w sprawie energii – wspomina urzędnik. -1 nagle w samym środku rozmowy zaczęli mówić o tym, że od lat wydają pozwolenia dla banków inwestycyjnych. Podniosłem rękę i zapytałem: “Naprawdę? Wydaliście dokument? Mogę go zobaczyć?”. Trochę się plątali. Zaczęliśmy się sprzeczać i w końcu powiedzieli: “Musimy zapytać o zgodę Goldmana Sachsa”. Ja na to: “Jak to? Musicie pytać Goldmana o zgodę?”.
CFTC przedstawiła wtedy klauzulę, która zabraniała jej wypuszczania jakichkolwiek informacji o sytuacji i interesach firmy na rynku w danym momencie. Ale prośba urzędnika dotyczyła dokumentu wydanego 17 lat wcześniej. Nie miał on nic wspólnego z obecną pozycją Goldmana na rynku. Co więcej, rozdział siódmy ustawy z 1936 roku o instrumentach pochodnych na rynku towarowym daje Kongresowi prawo do wszelkich informacji, jakimi tylko dysponuje komisja. Był to klasyczny przykład tego, jak Goldman trzyma rząd w szachu. CFTC czekała na pozwolenie z banku, zanim przedstawiła dokument do kontroli.
Uzbrojony w na wpół tajne rządowe zwolnienie z rynkowych ograniczeń Goldman stał się głównym pomysłodawcą gigantycznego rynku instrumentów pochodnych opartych na rynku towarowym. Indeks Goldman Sachs Com-modities, który odzwierciedlał ceny 24 najważniejszych surowców, ale przede wszystkim ropy naftowej, pozwolił funduszom emerytalnym, towarzystwom ubezpieczeniowym i innym inwestorom instytucjonalnym na inwestowanie w kontrakty długoterminowe na ceny poszczególnych surowców. Wszystko to ładnie pięknie – z wyjątkiem paru spraw.
Po pierwsze, instytucje inwestujące długoterminowo kupowały wyłącznie tak zwane długie pozycje zakładające wzrost wartości indeksu – żaden inwestor z oczywistych powodów nie grał na jego spadek. O ile takie zachowanie jest korzystne dla giełdy, o tyle jest jednocześnie bardzo niekorzystne dla realnej wyceny papierów wartościowych, bo podbija ceny w nieskończoność. – Jeśli gracze zajmują długie i krótkie pozycje w podobnych proporcjach, na rynku panuje równowaga – mówi Michael Masters, menedżer funduszu hedgingowego, który pomagał ujawnić rolę banków inwestycyjnych w manipulowaniu cenami ropy. – Ale oni jedynie coraz bardziej podbijali ceny – dodaje Masters.
Jeszcze bardziej sytuację komplikuje fakt, że sam Goldman ze wszystkich sił działał na rzecz wzrostu cen ropy. Na początku 2008 roku Arjun Murti, analityk Goldmana okrzyknięty przez “New York Times” “wyrocznią w sprawach ropy naftowej”, przewidział gwałtowny wzrost cen - nawet do 200 dolarów za baryłkę. Goldman inwestował wtedy ogromne sumy w ropę poprzez swą filię J. Aron, posiadał ponadto udziały w wielkiej rafinerii w Kansas, gdzie magazynował ropę, którą kupował i sprzedawał. Chociaż wydobycie ropy zaspokajało bieżący popyt, Murti nieustannie ostrzegał, że nastąpią przerwy w dostawie. Mówił nawet, że tak się tego obawia, że aż kupił sobie dwa auta o napędzie hybrydowym. Jak utrzymywał bank, wysokie ceny były winą rozpasanego jak świnia amerykańskiego konsumenta; w 2005 roku analitycy Goldmana twierdzili, że nie dowiemy się, kiedy spadną ceny ropy, dopóki nie będziemy wiedzieli, “kiedy amerykańscy konsumenci przestaną wreszcie kupować spalające niesamowitą ilość paliwa SUV-y i zaczną szukać bardziej energooszczędnych rozwiązań”.
Ale to nie zużycie ropy naftowej podbijało ceny, te bowiem rosły wskutek spekulacji na papierze. Latem 2008 roku spekulanci giełdowi kupili i zmagazynowali dość kontraktów na ropę, by wypełnić 1,1 miliarda baryłek. To znaczy, że liczba papierowych kontraktów terminowych na ropę w rękach spekulantów była wyższa niż zapasy tego surowca zmagazynowane we wszystkich zbiornikach w kraju, w tym w zbiornikach należących do Strategie Petroleum Reserve. To była powtórka zarówno bańki internetowej, jak i hipotecznej, kiedy Wall Street generowała gigantyczne zyski, sprzedając naiwniakom wizję nieustannie rosnących cen.
Według boleśnie znanego już schematu melon kontraktów terminowych na ropę rozbił się z wielkim hukiem w lecie 2008 roku, powodując ogromne straty wśród wielu inwestorów. Ceny surowca spadły ze 147 do 33 dolarów za baryłkę. Jak zwykle najwięcej stracili zwykli ludzie. Emeryci, których fundusze zainwestowały w to inwestycyjne gówno, zostali zmasakrowani, na przykład CalPERS (California Public Em-ployeeś Retirement System) miał w papierach wartościowych 1,1 miliarda dolarów, kiedy nastąpiło załamanie. Ale nieszczęścia nie były spowodowane jedynie spadkiem cen ropy. Rosnące gwałtownie ceny jedzenia – także napędzane przez rozdmuchany rynek kontraktów – wywołały ogólnoświatową katastrofę, doprowadzając jakieś sto milionów ludzi do głodu i wywołując niepokoje społeczne w krajach rozwijających się.
Dziś ceny ropy znowu rosną: podskoczyły o 20 procent w maju, a od początku roku prawie się podwoiły. I znowu problemem nie jest tu podaż czy popyt. – Dziś mamy największe wydobycie ropy w ciągu ostatnich 20 lat – mówi kon-gresman Bart Stupak, demokrata z Michigan, który zasiada w komisji House Energy. – Zapotrzebowanie jest najniższe od 10 lat. A jednak ceny rosną.
Zapytany, dlaczego politycy nie przestają ględzić o odwiertach i samochodach z napędem hybrydowym, skoro popyt i podaż nie mają nic wspólnego z wysokimi cenami, Stupak potrząsa głową. – Myślę, że oni nie rozumieją zbyt dobrze problemu – mówi. – Politycy ignorują wszystko, czego nie da się wyjaśnić w ciągu pół minuty – dodaje z przekąsem.

PIĄTA BAŃKA – Bailouty
Po tym jak zeszłej jesieni pękła bańka naftowa, nie było żadnej nowej, która sprawiłaby, że interes mógłby hulać dalej. Tym razem wydawało się, że pieniądze naprawdę przepadły wskutek ogólnoświatowego kryzysu. Finansowe safari przeniosło się wobec tego gdzie indziej, a gruby zwierz, na którego miało się odbyć polowanie, okazał się największą pulą niestrzeżonego kapitału: pieniędzmi podatników. Podczas tej operacji Goldman Sachs naprawdę zaczął prężyć muskuły.
Wszystko zaczęło się we wrześniu zeszłego roku, kiedy ówczesny sekretarz skarbu USA Paulson podjął całą serię decyzji o ogromnym znaczeniu. Choć już kilka miesięcy wcześniej przeprowadził operację ratowania banku Bear Sterns i przejął dwie wielkie instytucje pożyczkowe Fannie Mae and Freddie Mac, Paulson postanowił jednak, że pozwoli bankowi Lehman Brothers -jednemu z największych konkurentów Goldmana – upaść bez interwencji ze strony rządu. (- Dominująca pozycja Goldmana pozostała nienaruszona – komentuje analityk rynku Eric Salzman. – A jego wielki konkurent, bank inwestycyjny Lehman, legł w gruzach). Następnego dnia Paulson zatwierdził potężną pomoc finansową dla AIG w wysokości 85 miliardów dolarów. AIG natychmiast z państwowych pieniędzy spłaciło 13 miliardów długu, jaki miało u Goldmana. Dzięki pomocy finansowej bank odzyskał wszystkie swoje złe długi: dla kontrastu emerytowani pracownicy fabryki samochodów czekający na to, że Chrysler uzyska pomoc finansową, będą mieli szczęście, jeśli uda im się uzyskać 50 centów za każdego dolara, którego wisi im Chrysler.
Natychmiast po udzieleniu pomocy AIG Paulson ogłosił swój plan pomocy finansowej dla sektora przemysłowego zwany Troubled Asset Relief Program (TARP). Na pomoc przeznaczono 700 miliardów dolarów, do jej obsługi wydelegowano zaś nikomu nieznanego, 35-let-niego bankiera Neela Kashkariego. Żeby dostać prawo obracania pieniędzmi z pomocy rządowej, Goldman ogłosił, że zmienia się z banku inwestycyjnego w spółkę holdingową. Ten ruch zapewnił mu dostęp nie tylko do 10 miliardów dolarów z TARP, ale także do całej serii mniej spektakularnych funduszy publicznych, takich jak ten organizowany przez Rezerwę Federalną. Do końca marca Fed pożyczy albo zagwarantuje co najmniej 8,7 biliona dolarów w całej serii nowych programów pomocowych – i dzięki niejasnemu prawu pozwalającemu Fedowi blokować większość kontroli finansowych zarządzonych przez Kongres zarówno sumy, jak i ich odbiorcy pozostają niemal całkowicie niejawni.
Oficjalna zmiana w holding ma jeszcze jedną dobrą stronę: bezpośrednim nadzorcą Goldmana jest teraz nowojorski oddział Banku Rezerw Federalnych, którego prezesem w momencie ogłoszenia przekształcenia był Stephen Friedman, były wiceprezes Goldmana Sachsa. Friedman zresztą naruszał przepisy Fed, zasiadając w radzie nadzorczej Goldmana. Żeby rozwiązać ten problem, poprosił rząd o zaświadczenie, że nie zachodzi konflikt interesów – i je otrzymał. Friedman miał także zrzec się akcji Goldmana, ale dzięki rządowemu zaświadczeniu pozwolono mu jeszcze… dokupić 52 tysiące dodatkowych akcji, dzięki czemu wzbogacił się o 3 miliony dolarów. Friedman zrezygnował ze stanowiska w maju, ale obecny człowiek odpowiedzialny za sprawowanie kontroli nad Goldmanem – nowy szef nowojorskiej Fed William Dudley – także jest wychowankiem Goldmana Sachsa.
Z tych wszystkich wydarzeń – lukratywnego udziału w “Operacji AIG”, bezproblemowego przekształcenia w bank komercyjny, by załapać się na fundusze TARP – wyłania się naga prawda: Goldmana Sachsa reguły wolnego rynku nie obowiązują. Rząd może wpuścić na rynek innych graczy, ale za żadną cenę nie pozwoli upaść bankowi. Przeciwnie, przyzna mu wszelkie przywileje, jakich bankierzy Goldmana sobie zażyczą, by zdominować rynek. – W przeszłości też uzyskiwali rozmaite korzyści, ale nie mówiło się o nich tak jawnie – mówi Simon Johnson, profesor ekonomii w Massachusetts Institute of Technology i były pracownik Międzynarodowego Funduszu Walutowego, który porównuje bailout do kapitalizmu kolesiów, jakiego był świadkiem w Trzecim Świecie. – Teraz wszystko jest już jawne.
Kiedy bailoutowe konfitury zostały już wyjedzone, Goldman wrócił do biznesu, wymyślając kolejne karkołomne plany, jakby tu amerykańskiego trupa ogołocić z resztek gotówki. Jednym z jego pierwszych ruchów “postbailoutowej” epoki było dyskretne pchnięcie do przodu kalendarza, według którego bank składa raporty o swoich wynikach finansowych. Dzięki temu wymazał z niego grudzień 2008 roku, który przyniósł bankowi stratę brutto w wysokości 1,3 miliarda dolarów. Jednocześnie bank ogłosił podejrzanie wysokie przychody (na poziomie 1,8 miliarda dolarów) za pierwszy kwartał 2009 roku. Tak naprawdę ogromna ich część pochodziła z programu bailoutowego, czyli po prostu od podatników. – Wysmażyli te rezultaty za pierwszy kwartał jak najlepsi mistrzowie kuchni – mówi zarządzający jednego z funduszy hedgingowych. – Ukryli miesiąc strat, a pieniądze z bailoutu zapisali jako zysk.
Jeszcze dwie liczby zwracają uwagę w tej zadziwiającej zmianie na lepsze. Przez pierwsze trzy miesiące tego roku bank wypłacił astronomiczne 4,7 miliarda dolarów w formie wynagrodzeń i bonusów. To 18-procentowy wzrost w porównaniu z pierwszym kwartałem 2008 roku. Zebrał także z rynku 5 miliardów dolarów, emitując nowe akcje prawie natychmiast po ogłoszeniu wyników za pierwszy kwartał. Obie te liczby razem pokazują, że Goldman tak naprawdę pożyczył od inwestorów 5 miliardów dolarów na pensje dla swojego kierownictwa w samym środku kryzysu gospodarczego. Inwestorów zwabił i oszukał za pomocą kreatywnej księgowości, i to zaledwie kilka miesięcy po otrzymaniu miliardów dolarów z kieszeni podatników podczas baibutu.
Co zdumiewa jeszcze bardziej, Goldman zrobił to, zanim rząd ogłosił wyniki banków korzystających z pomocy publicznej. Kontrolerzy badali ich kondycję finansową i możliwość spłaty rządowych pieniędzy, po czym ogłaszali obowiązujące bank zalecenia. Szybka emisja i wypłata ogromnych bonusów jasno pokazuje, że Goldman doskonale wiedział, co się szykuje.
- W przeciwieństwie do innych graczy bankierzy Goldmana wydawali się wiedzieć wszystko, czego potrzebowali, zanim ukazały się wyniki – mówi Michael Hecht, dyrektor zarządzający firmy JMP Securities. – Byli świetnie przygotowani na zalecenia kontrolerów. Wszystko, co im kazano zrobić, zrobili dwa tygodnie wcześniej.

Ale najlepsze dopiero przed nami. Po tym jak maczali palce w czterech historycznych katastrofach finansowych, po tym jak pomogli 5 bilionom dolarów wyparować z NASDAQ, po tym jak wcisnęli samorządom i emerytom tysiące nic niewartych papierów opartych na złych kredytach hipotecznych, po tym jak wywindowali cenę benzyny do 4 dolarów za galon i doprowadzili 100 milionów ludzi na całym świecie do głodu, po tym wreszcie, jak położyli łapę na dziesiątkach miliardów dolarów z kieszeni podatników poprzez serię bailoutów nadzorowanych przez swego byłego dyrektora generalnego, co dali bankierzy Goldmana Sachsa obywatelom Stanów Zjednoczonych w 2008 roku?
14 milionów dolarów.
Tyle podatku zapłacił za rok 2008 przy rzeczywistej stawce podatkowej wynoszącej 1 (słownie: jeden) procent. W tym samym roku bank wypłacił swoim ludziom 10 miliardów dolarów pensji oraz premii i zarobił na czysto 2 miliardy dolarów
. A jednak zapłacił skarbowi państwa mniej niż jedną trzecią tego, co swemu prezesowi Lloydowi Blankfeinowi, który w zeszłym roku zarobił prawie 43 miliony.
Jak to możliwe? Według rocznego raportu Goldmana niskie podatki to głównie zasługa zmian w “geografii przychodów” banku. Czyli innymi słowy, bank przenosił swe pieniądze z miejsca na miejsce, tak że większość przychodów uzyskał za granicą, w krajach o niskich podatkach. Dzięki naszemu popieprzonemu systemowi podatkowemu firmy takie jak Goldman mogą wysyłać swoje dochody za granicę i opóźniać zapłacenie od nich podatku w nieskończoność, a jednocześnie żądać ulg i odpisów od tych podatków! Dlatego każda firma posiadająca księgowego, który choćby od czasu do czasu miewa przebłyski inteligencji, potrafi znaleźć sposób na unikanie podatków. Raport GAO wykazał, że w latach 1998-2005 mniej więcej dwie trzecie wszystkich korporacji działających w Stanach Zjednoczonych w ogóle nie płaciło fiskusowi.
To powinno budzić mocny sprzeciw – ale jakoś kiedy ogłoszono informacje o podatkach Goldmana, prawie nikt nie pisnął słowa. Jednym z nielicznych, którzy skomentowali tę jawną nieprzyzwoitość, był kongresman Lloyd Doggett, demokrata z Teksasu. – Prawa ręka sięga po publiczne pieniądze, a lewa wysyła je do rajów podatkowych – mówił oburzony.

SZÓSTA BAŃKA – Ekologia
Waszyngton, początek czerwca. W Białym Domu zasiada Barack Obama, popularny młody polityk, którego głównym prywatnym sponsorem kampanii wyborczej był bank inwestycyjny o nazwie Goldman Sachs. Jego pracownicy wpłacili jakieś 981 tysięcy dolarów na fundusz kampanii. Bez uszczerbku przebrnąwszy przez najeżoną minami epokę bailoutów, Goldman wraca do starych praktyk, bez kłopotu odnajdując się na uregulowanym od nowa przez rząd rynku. A na najważniejszych rządowych stanowiskach pojawia się nowy zastęp jego wychowanków.
Hank Paulson i Neel Kashari zniknęli; na ich miejscach znaleźli się Mark Patterson i Gary Gensler. Obydwaj pracowali kiedyś dla Goldmana (Gensler był dyrektorem finansowym firmy). A bank, zamiast handlować kontraktami na ropę czy złymi kredytami hipotecznymi, rozpoczyna nowrą grę, nadmuchując kolejną bańkę. Ta najnowsza wyrośnie na tak zwanych kredytach węglowych, czyli handlu prawami do emisji dwutlenku węgla. Ten lukratywny rynek wart bilion dolarów dopiero raczkuje, ale szybko powstanie, jeśli Partia Demokratyczna, której Goldman dał 4,5 miliona dolarów podczas ostatniej kampanii wyborczej, przyjmie w Kongresie ustawę wprowadzającą plan redukcji emisji gazów cieplarnianych.
Nowy rynek kredytów węglowych jest dokładną powtórką bańki, którą Goldman nadmuchał niegdyś na rynku towarowym. Tyle że ma jeszcze jedną smakowitą cechę: jeśli plan będzie realizowany zgodnie z harmonogramem, podwyżki cen będą miały mandat rządowy. Goldman nie będzie musiał niczego podkręcać i oszukiwać w grze. Gra będzie oszukana od początku.
Oto jak to działa: jeśli ustawa przejdzie, dla kopalń, fabryk, dystrybutorów gazu ziemnego i innych gałęzi przemysłu zostaną ustalone limity na ilość gazów cieplarnianych, jakie mogą wypuścić do atmosfery w ciągu roku. Jeśli przekroczą swój limit, będą mogły kupić prawa do emisji od innych firm, którym uda się wyprodukować mniej gazów, niż wynosi ich limit. Prezydent Obama ostrożnie szacuje, że w ciągu pierwszych siedmiu lat obowiązywania planu nabywcy kupią prawa do emisji o wartości około 646 miliardów dolarów. Jeden z jego najlepszych doradców ekonomicznych spekuluje, że prawdziwa kwota może być dwa lub nawet trzy razy wyższa.
Przyszłość tego planu, bardzo atrakcyjnego dla spekulantów, jest taka, że limity emisji będą nieustannie zmniejszane przez rząd, co znaczy, że kredyty węglowe każdego roku będzie coraz trudniej dostać. To z kolei oznacza, że powstanie całkowicie nowy rynek, z gwarancją, że cena głównego towaru może tylko rosnąć. Wartość tego nowego rynku wyniesie ponad bilion dolarów rocznie; dla porównania: roczne połączone dochody wszystkich dostawców prądu w USA wynoszą 320 miliardów.
Goldman chce tej ustawy. Plan zakłada więc, że lobbyści banku doprowadzą do jej uchwalenia w wersji najbardziej dla niego korzystnej, upewniając się, czy przypadający mu kawałek tortu jest wystarczająco duży. Goldman naciska na wprowadzenie planu ograniczenia emisji, ale sprawa ruszyła z kopyta dopiero od zeszłego roku, gdy Goldman wydał na klimatyczny lobbing 3,5 miliona dolarów. Jednym z ich lobbystów był wtedy nie kto inny jak Patterson. W 2005 roku, kiedy Hank Paulson był szefem Goldmana, osobiście zaangażował się w pisanie bankowego raportu na temat regulacji w zakresie ochrony środowiska. Dokument zawiera kilka zaskakujących elementów jak na firmę, która we wszystkich innych dziedzinach konsekwentnie sprzeciwiała się jakimkolwiek rządowym regulacjom. Raport Paulsona dowodził, że “wyłącznie dobrowolne działania nie rozwiążą problemu klimatu”. Kilka lat później szef departamentu banku do spraw emisji dwutlenku
 węgla Ken Newcombe przekonywał, że samo ograniczenie emisji nie wystarczy do rozwiązania problemu klimatu, i wezwał do dalszych publicznych inwestycji w badania i rozwój technologii. Co jest wygodne, biorąc pod uwagę, że Goldman poczynił wczesne inwestycje w energię wiatrową (kupił firmę Horizon Wind Energy), odnawialnego diesla (jest inwestorem w firmie o nazwie Changing World Technologies) i energię słoneczną (jest partnerem w BP So-lar). Jeśli rząd zmusi użytkowników prądu do używania czystszej energii, Goldman zarobi kolejne miliardy. Paulson powiedział wtedy: “Nie po to czynimy te inwestycje, żeby stracić pieniądze”.
Bank jest właścicielem 10 procent akcji Chicago Climate Exchange, giełdy, na której będzie się handlowało kredytami węglowymi. Co więcej, Goldman ma mniejszościowy pakiet akcji w Blue Source LLC, firmie z Utah, która sprzedaje kredyty węglowe typu, na który będzie ogromne zapotrzebowanie, gdy ustawa przejdzie.
Zdobywca Nagrody Nobla Al Gore, który również lobbuje za ustawą ograniczającą emisję gazów, założył firmę Generation Investment Management wraz z trzema byłymi ważnymi osobami z Goldman Sachs As-set Management: Davidem Bloodem, Markiem Fergusonem i Peterem Harrisem. Jaki mają w tym biznes? Inwestowanie w prawa do emisji. Jest jeszcze wart 500 milionów dolarów Green Growth Fund założony przez ludzi Goldmana, by inwestować w czyste technologie. Lista jest długa. Goldman znowu wyprzedza fakty. Czy ten rynek będzie większy niż na przykład rynek kontraktów na dostawy energii?
- Wielokrotnie! – mówi były członek komisji energetycznej Kongresu.

No cóż, można by zapytać, kogo to wszystko obchodzi? Jeśli plan wypali, czyż nie uratuje nas wszystkich przed globalnym ociepleniem? Być może tak, ale ustawa w wersji Goldmana jest tak naprawdę podatkiem od emisji dwutlenku węgla zbudowanym w taki sposób, by kasta chciwych świń z Wall Street spiła całą śmietankę. Zamiast po prostu nałożyć stały rządowy podatek na firmy emitujące gazy cieplarniane i zmusić producentów energii, by płacili za zanieczyszczenia, tworzy się konstrukcję, która pozwala zamienić kolejny rynek w prywatną maszynkę do robienia pieniędzy. To gorsze niż bańka z bailoutami, bo pozwala bankowi dorwać się do pieniędzy podatników, zanim jeszcze zapłacą oni podatek.
- Jeśli ma być podatek, wolałbym, żeby pobierał go Waszyngton – mówi Michael Masters, dyrektor jednego z funduszy hedgingowych, który wypowiadał się także przeciwko spekulacjom kontraktami na ropę. – Ale dziś mówimy, że Wall Street może ustalić podatek i go pobierać. To szaleństwo!
Będziemy mieli handel emisjami. A jeśli nawet nie, to powstanie coś bardzo podobnego. Morał jest taki sam jak w przypadku wszystkich pozostałych baniek, które Goldman pomógł stworzyć od 1929 do 2009 roku. Bank, który od zawsze destabilizował rynek i rujnował miliony ludzi, by zapewnić gigantyczne pieniądze kilku chciwym bossom, został na końcu nagrodzony całymi górami pieniędzy i gwarancjami rządowymi, podczas gdy prawdziwe ofiary tego bałaganu, zwykli podatnicy, za to wszystko płacą.
Niełatwo jest zaakceptować rzeczywistość, w której pozwalamy tym ludziom robić to bezkarnie; w chwilach kiedy kraj przechodzi ciężkie chwile, pojawia się zbiorowy opór i oburzenie. Trudno oswoić się z faktem, że nie jesteś już obywatelem kwitnącej demokracji zachodniego świata, że grozi ci rabunek w biały dzień, bo jak człowiek po amputacji ciągle czujesz to, czego już nie ma.
Ale w takim świecie dzisiaj żyjemy. I w tym świecie niektórzy z nas muszą grać zgodnie z zasadami, podczas gdy inni dostają karteczkę od nauczyciela zwalniającą ich z odrabiania lekcji do końca świata plus papierową torbę z 10 miliardami dolarów na lunch. To gangsterskie państwo z gangsterską gospodarką i nawet cenom nie można już ufać; w każdym wydanym przez ciebie dolarze tkwi jakiś podatek. Może nie jesteśmy w stanie tego zatrzymać, ale powinniśmy przynajmniej wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza.

Matt Taibbi

Opublikowany w Polityka | Komentarzy: 60 »

Jak się robi Polaków w bambuko z pomocą ich własnego rządu

Opublikował/a Marucha w dniu 2009-10-30 (piątek)

Powiedzmy sobie od razu: gdyby w Polsce były polskie rządy, złodziejska “holnderska” firma Eureko dostała by takiego kopa, że by im zęby zadkiem wyleciały. O odszkodowania za “złamaną umowę” musiała by walczyć chyba armia holenderska (lub raczej izraelska). Stało się inaczej…

Bogusła Kowalski: Kosztowny koniec wielkiej prywatyzacji

Na początku zapłacili ok. 3 mld zł, teraz dostaną ok. 9 mld zł. W między czasie pobierali wysoką dywidendę o wartości ponad 7 mld zł. Przez 10 lat zarobili „na czysto” ok. 13 mld zł, nie wnosząc nic poza konfliktem do zakupionej firmy. I nadal zachowują 23 proc. akcji o wartości kilku miliardów złotych z perspektywą na kolejne zyski. Ale chcieli jeszcze więcej. Poprzestali jednak na tym, bo zmusiła ich do tego perspektywa własnego bankructwa.

Tak kończy się wielka prywatyzacja największej firmy ubezpieczeniowej w naszej części Europy. Tym, który inkasuje pieniądze jest holenderskie konsorcjum Eureko. Tymi, którzy płacą są klienci PZU i polscy podatnicy. Ugoda zawarta przez polski rząd z jednej strony kończy wieloletni spór wokół umów zawartych z zagraniczną firmą, a z drugiej jest gorzkim podsumowaniem tego, co nazywano wielkimi prywatyzacjami.

Jak do tego doszło?

Jest rok 1997. Wybory w Polsce przygniatającą większością wygrywa Akcja Wyborcza Solidarność. Aby rządzić tworzy jednak koalicję z dużo mniejszą Unią Wolności. Powstaje rząd na czele z Jerzym Buzkiem, obecnym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Wicepremierem i ministrem finansów zostaje Leszek Balcerowicz. Mimo solidarnościowego zaplecza nowa ekipa realizuje liberalny kurs w polityce gospodarczej. Jako jedno z głównych zadań zostaje przyjęte zalecenie dla ministra skarbu – przyśpieszyć prywatyzację! To za tego rządu, w latach 1997-2001, dochodzi do wielkich transakcji. Sprzedane zostają m.in. Telekomunikacja Polska, banki Pekao SA i Bank Handlowy oraz właśnie gigant na rynku ubezpieczeń PZU SA.

W listopadzie 1999 roku ówczesny minister skarbu Emil Wąsacz podpisuje umowę prywatyzacyjną PZU i sprzedaje 30 procent akcji spółki konsorcjum holenderskiego funduszu Eureko i BIG Bank Gdański (obecnie Bank Millenium) za kwotę 3,02 mld zł. W kwietniu 2001 roku następny minister skarbu z tego samego rządu – Aldona Kamela-Sowińska podpisuje z Eureko aneks do umowy prywatyzacyjnej, w którym zobowiązuje się do odsprzedania kolejnych 21 procent akcji i rezygnuje z kontroli nad PZU. Dochodzi do tego m.in. po rozmowie premiera Jerzego Buzka z ówczesnym przewodniczącym Komisji Europejskiej Romano Prodim, który zwrócił uwagę na niewłaściwe traktowanie inwestorów zagranicznych w Polsce. Naciski te miały duże znaczenie, ponieważ wówczas nasz kraj intensywnie zabiegał o przyjęcie do UE.

Umowy tej nie chcą uznać następne rządy. Eureko kieruje, więc skargę na Polskę do Międzynarodowego Trybunału Arbitrażowego. Uzyskuje tam korzystne dla siebie rozstrzygnięcie. Eureko wycenia swoje szkody z tytułu nie zrealizowanej umowy na 36 mld zł i takiej kwoty odszkodowania domaga się od polskich władz.
W tym czasie w Sejmie została powołana specjalna komisja śledcza ds. PZU. Kończy ona prace we wrześniu 2005 roku następującymi wnioskami: umowa prywatyzacyjna PZU powinna zostać unieważniona, Aldona Kamela-Sowińska i Emil Wąsacz muszą stanąć przed Trybunałem Stanu, a niektóre inne osoby, w tym premier Marek Belka powinny odpowiadać przed prokuratorem. Wnioski te nie zostały zrealizowane.

Ugoda wymuszona przez kryzys

Przeciągający się spór o przejęcie kontroli nad PZU staje się kłopotliwy dla obu stron. Brak porozumienia uniemożliwia od trzech lat wypłatę liczonej w miliardach złotych dywidendy. A pieniądze są pilnie potrzebne zarówno rządowi, który ma kolosalne problemy budżetowe i wpływami z dywidendy łagodzi rosnący deficyt, jak i Eureko, które negatywnie odczuwa skutki krachu finansowego na giełdach. Za rok 2008 holenderskie konsorcjum odnotowało straty w wysokości ponad 2 mld euro. Pieniądze z Polski są, więc jedyną nadzieją na uratowanie się przed widmem bankructwa.

Podpisane porozumienie przewiduje wypłatę skumulowanej dywidendy za trzy lata w wysokości ponad 12 mld zł. Z tego ok. 4 mld zł trafi do Eureko. Dodatkowo otrzyma ono 4,77 mld zł tytułem odszkodowania za rezygnację z praw do dodatkowych 21 proc. akcji i przejęcia spółki. Kwota ta ma pochodzić w wysokości 3,55 mld zł z części dywidendy należnej skarbowi państwa, a pozostałe 1,22 mld zł ze sprzedaży państwowych 4,9 proc. akcji. Eureko pozbywa się 10 proc. akcji. Udziały Holendrów spadają do poziomu 23 procent, a więc poniżej poziomu 25 procent, który zgodnie z kodeksem spółek handlowych daje możliwości blokowania kluczowych decyzji.
Rząd przejmuje pełną kontrolę nad PZU SA, kończy spór prawny z Eureko i dostaje resztę dywidendy w wysokości 3,4 mld zł.

Sukces czy porażka?

Przejęcie kontroli przez rząd nad PZU jest ważne nie tylko dlatego, że odblokowuje swobodę pobierania wysokiej i pilnie potrzebnej dywidendy. Największy nasz ubezpieczyciel, którego kondycja finansowa jest bardzo dobra (w tym roku mimo kryzysu może zarobić nawet 4 mld zł) lokował swoje aktywa w obligacjach państwowych. Posiada ich na łączną wartość 55 mld zł, czyli więcej niż wynosi planowany przyszłoroczny deficyt całego budżetu. Gdyby, więc nowy zagraniczny właściciel nagle sprzedał znaczącą część tych obligacji zaburzyłby sytuację na rynku i mógłby wywołać dodatkowe poważne problemy dla finansów publicznych. Z tej perspektywy zakończenie konfliktu z Eureko jest dla rządu korzystne.

Z drugiej jednak strony podpisanie ugody oznacza usankcjonowanie i swoiste zalegalizowanie wszystkiego tego, co do tej pory w tej sprawie zrobiono. Wnioski komisji śledczej tym samym zostały ostatecznie odrzucone. Nie przypadkiem jednym z warunków ugody postawionym przez Eureko jest udzielenie absolutorium dla zarządu PZU, w tym eksprezesa Cezarego Stypułowskiego, za 2006 r. Oznacza to rezygnację z pociągania różnych osób zamieszanych w tę „prywatyzację” do odpowiedzialności na drodze prawnej.
Na koniec pozostają wątpliwości, co do wysokości odszkodowania dla Holendrów. Czy w obliczu dużych strat Eureko na rynkach finansowych i widma jego bankructwa Polska nie mogła uzyskać większych ustępstw? Tym bardziej, że rząd mógł jeszcze długo skutecznie blokować realizację umowy prywatyzacyjnej.

Bogusław Kowalski
Artykuł ukazał się w tygodniku katolickim „Niedziela” nr 42/2009 za www.niedziela.pl

Opublikowany w Polityka | 1 komentarz »