Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Żołnierze Zapomniani i Żołnierze Niechciani

Posted by Marucha w dniu 2017-03-23 (czwartek)

18 marca minęła 72. rocznica zdobycia Kołobrzegu przez 1. Armię Wojska Polskiego. Była to jedna z największych bitew miejskich Wojska Polskiego podczas drugiej wojny światowej. Uczestniczyły w niej trzy dywizje polskie i pułk czołgów – łącznie 29 tys. żołnierzy. Bitwa, która zadecydowała o powrocie Polski na Pomorze Zachodnie.


Rokrocznie odbywają się w Kołobrzegu obchody jej rocznicy, co jest zasługą głównie społeczności lokalnej. Mimo pięknej oprawy są to jednak uroczystości lokalne. Żołnierze 1. Armii WP nie należą bowiem do bohaterów obecnej polityki historycznej, lansowanej przez IPN i władze państwowe. Ta na piedestał stawia innych żołnierzy, którym przypisano przymiotnik „wyklęci”.

Pompowanie na siłę ich kultu usuwa w cień cały polski wysiłek zbrojny podczas drugiej wojny światowej, z którego ponadto wyklucza się z przyczyn politycznych Wojsko Polskie sformowane na Wschodzie. Żołnierze tego wojska stają się w świetle lansowanej w Polsce polityki historycznej coraz bardziej Żołnierzami Zapomnianymi.

Zapomnienie nie grozi natomiast ich przeciwnikom z 1945 roku, to znaczy łotewskim esesmanom z 15. Dywizji Grenadierów Waffen-SS (1. łotewskiej) „Lettland”, która wchodziła w skład Legionu Łotewskiego Waffen-SS.

To ta właśnie kolaboracyjna formacja – obok jednostek niemieckich – walczyła z 1. Armią WP w lutym i marcu 1945 roku, broniąc upadającej Rzeszy Hitlera. Najpierw na Wale Pomorskim, a potem w Festung Kolberg. Łotewscy esesmani zapisali się szczególnie źle w pamięci żołnierzy 1. Armii WP, dopuszczając się m.in. bestialskiej zbrodni wojennej w okolicach wsi Podgaje. Tam właśnie w dniach 31 stycznia – 2 lutego 1945 roku zamordowali około 160 żołnierzy polskich pojmanych lub rannych podczas walk, z których 32 spalili żywcem w stodole.

W 1998 roku rząd Łotwy – kraju aspirującego wówczas do Unii Europejskiej – ustanowił 16 marca świętem narodowym ku czci esesmanów z Legionu Łotewskiego. Po protestach międzynarodowej opinii publicznej zmieniono w 2000 roku status tego święta z narodowego na Dzień Pamięci Legionu Łotewskiego Waffen-SS.

Nie zmienia to jednak faktu, że na Łotwie – państwie członkowskim UE – czci się kolaborantów, esesmanów i zbrodniarzy, a ich dzień pamięci jest jednym z najważniejszych świąt obchodzonych publicznie w tym kraju.

Tak oto w dwóch państwach europejskich w tym samym czasie funkcjonują dwie rocznice. W Polsce 18 marca – rocznica zdobycia Kołobrzegu przez 1. Armię WP, obchodzona lokalnie i bez rozgłosu, jakby wstydliwie. Natomiast na Łotwie 16 marca – Dzień Pamięci Legionu Łotewskiego Waffen-SS, czyli tych którzy zaciekle bronili w 1945 roku upadających Niemiec hitlerowskich na Wale Pomorskim i w Kołobrzegu. Jest to święto obchodzone hucznie w Rydze co roku. Nie inaczej było i w tym roku. W stolicy Łotwy znowu maszerowali żyjący jeszcze weterani Legionu Łotewskiego wśród tłumów Łotyszy, w tym młodzieży [1].

Warto odnotować, że obchody ku czci Legionu Łotewskiego SS cieszą się, jeśli nie sympatią, to przynajmniej tolerancją „Strefy Wolnego Słowa” red. Tomasza Sakiewicza. Świadczy o tym notatka na portalu niezalezna.pl z 2016 roku, w której z oburzeniem informowano nie o fakcie uczczenia marszem łotewskich esesmanów w Rydze, ale o tym, że dziennikarz telewizji Russia Today Graham Phillips próbował ten marsz zakłócić. Wymowny już był sam tytuł tej notatki. Nie np. „Uroczystości ku czci byłych esesmanów” albo „Dziennikarz protestował przeciw marszowi byłych esesmanów”, ale „Propagandzista zatrzymany na Łotwie” [2].

Rozumiem, że ta takie właśnie rozłożenie akcentów i pobłażliwość mediów gazetopolskich wobec kultu łotewskich formacji SS, podobnie jak i pobłażliwość tego środowiska wobec kultu OUN-UPA na Ukrainie, zostały podyktowane wiarą w ideę Intermarium oraz wspieraniem amerykańskich interesów geopolitycznych.

Gloryfikacja kolaboracyjnych formacji SS na Łotwie, Litwie, Ukrainie i w Estonii oraz OUN-UPA na Ukrainie – którym w każdym z tych krajów przypisano skandaliczne w świetle faktów historycznych określenie „ruch narodowowyzwoleńczy” – została bowiem podyktowana interesami amerykańskiej geopolityki w tej części Europy.

Kult nazistowskich i ultra-nacjonalistycznych formacji z terenu byłego ZSRR i bloku wschodniego, które walczyły z „Sowietami”, jest potrzebny przede wszystkim do krzewienia rusofobii, a ta z kolei jest potrzebna do umocnienia panowania USA na peryferiach euro-atlantyckich i wypierania Rosji z obszaru poradzieckiego. W związku z tym, że w Polsce nie było dywizji Waffen-SS, to ten sam efekt osiąga się poprzez kult i kreowanie na siłę legendy „żołnierzy wyklętych”. [Gruba przesada – admin]

Z punktu widzenia takiej polityki historycznej – dyktowanej peryferiom euro-atlantyckim przez amerykańskiego hegemona – nie ma miejsca na właściwą pamięć o żołnierzach 1. i 2. Armii WP, którzy siłą rzeczy muszą stać się Żołnierzami Zapomnianymi. Ale ta sama polityka historyczna wyklucza też całkowicie pamięć o żołnierzach Armii Czerwonej, którzy walczyli z nazistowskimi Niemcami, czyniąc z nich Żołnierzy Niechcianych.

Żołnierzy Niechcianych najpierw napiętnowano, odmawiając im miana wyzwolicieli i przypisując łatkę okupantów, a nawet agresorów. Najpierw odebrano im w świadomości społecznej dobre imię, potem pozbawiono ich pomników, a na koniec podniesiono rękę na ich groby.

Profanacja, która miała ostatnio miejsce na Cmentarzu Mauzoleum Żołnierzy Radzieckich w Warszawie nie jest przecież pierwszą i nie jest ostatnią [3]. Oczywiście nie jest pewne czy profanacji tej dokonała gimbaza wyhodowana na polityce historycznej IPN i PiS, czy np. zbanderyzowani Ukraińcy, których przecież w Polsce jest niemało wśród miliona ukraińskich emigrantów i tutejszej mniejszości ukraińskiej. Przypuszczam też, że czynniki oficjalne zamkną sprawę tradycyjnym już w takiej sytuacji stwierdzeniem o „rosyjskiej prowokacji”.

Tym razem nie było napisów „Katyń” i „17 września”. Tym razem były swastyki. Profanatorzy – malując na cmentarzu żołnierzy radzieckich swastyki – moim zdaniem dali wyraz przesłaniu, które wynika z lansowanej w Polsce polityki historycznej, chociaż nie jest wprost tak formułowane. Ale polityka ta – całkowicie dyskredytując wyzwolenie ziem polskich przez Armię Czerwoną i delegitymizując PRL – daje przecież do zrozumienia, że lepsza niż brane w cudzysłów wyzwolenie w 1945 roku była okupacja niemiecka i pewnie lepiej by było, żeby ona trwała, żeby dalej dymiły piece Auschwitz, niż żeby był PRL.

Takie myślenie historyczne wytyczył już przed ćwierćwieczem drugi z kolei premier III RP, który w 1991 roku na forum ekonomicznym w Davos powiedział, że podobno PRL bardziej zniszczył Polskę, niż okupacja niemiecka.

Taka polityka historyczna jest profanacją historii i jako ideowa podstawa polityki bieżącej – wewnętrznej i zewnętrznej – jest drogą donikąd. Służy jedynie utrwalaniu podrzędnego statusu krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego.

Bohdan Piętka

[1] „W Rydze odbywa się marsz ku czci legionistów SS”, http://www.pl.sputniknews.com, 16.03.2017; „Marsz sławiący łotewski legion Waffen SS”, http://www.prawy.pl, 17.03.2017.
[2] „Propagandzista zatrzymany na Łotwie”, http://www.niezalezna.pl, 16.03.2016.
[3] „Warszawa: wandale zniszczyli cmentarz żołnierzy radzieckich”, http://www.warszawa.onet.pl, 21.03.2017.

http://mysl-polska.pl

Artykuł bardzo słusznie podnosi fakt wpychania żołnierzy I Armii Wojska Polskiego w obszar zapomnienia. Nie rozumiemy jednak, dlaczego pamięć o Żołnierzach Wyklętych musi być przeciwstawiana pamięci o żołnierzach Wojska Polskiego. Czyżby nie było miejsca i na jednych i na drugich?
Admin

komentarze 4 to “Żołnierze Zapomniani i Żołnierze Niechciani”

  1. Nemo said

    @Admin

    Historyk z Bożej Łaski, niejaki Cenckiewicz, wyjątkowa kanalia, powiedział swego czasu, że I i II Armia LWP to nie było Wojsko Polskie. Czy trzeba więcej słów? Na naszych oczach G. Orwell staje się prorokiem.

  2. JerzyS said

    Sztrafnicy Berlinga – ciężki los żołnierzy polskich oddziałów karnych
    W Armii Berlinga, wzorem wojsk sowieckich, również powstały oddziały karne, do których trafiali żołnierze popełniający różnego rodzaju przewinienia. Formacje te szybko stały się mięsem armatnim rzucanym na najtrudniejsze odcinki frontu w celu rozpoznania bojem lub rozminowania nieprzyjacielskiego przedpola – pisze „Polska Zbrojna”.
    Sztrafnicy Berlinga – ciężki los żołnierzy polskich oddziałów karnych
    (Polska Zbrojna)

    Słynny rozkaz numer 227 „Ani kroku wstecz” ludowego komisarza obrony Józefa Stalina z 28 lipca 1942 roku nakazywał stworzyć w Armii Czerwonej oddziały karne. W ich szeregach żołnierze, którzy popełnili różnego rodzaju wykroczenia, mieli „szansę” zrehabilitowania się w boju, odzyskania dobrego imienia i powrotu do normalnej służby. Jak na praktyki stosowane w Armii Czerwonej, brzmiało to zachęcająco. Szybko okazało się jednak, że oddziały sztrafników (od sztrafnoj, czyli karny), jak nazywano ich żołnierzy, są mięsem armatnim rzucanym przeważnie w celu „rozpoznania bojem” lub „rozminowywania” pól minowych na nieprzyjacielskim przedpolu…

    Tymczasowi żołnierze
    REKLAMA

    Od 26 września 1942 roku, czyli od dnia podpisania rozkazu przez zastępcę ludowego komisarza obrony generała Georgija Żukowa, na poszczególnych frontach sowieckich zaczęły szybko powstawać jednostki karne. Decyzję wysłania kogoś do batalionu mógł podjąć dowódca dywizji lub brygady, a do kompanii karnej – pułku. Te pierwsze liczyły średnio po 800-1000 oficerów, drugie po 150-200 podoficerów i szeregowych.

    Pobyt w oddziałach karnych wynosił od jednego do trzech miesięcy. W tym czasie sztrafnicy tracili swoje stopnie i odznaczenia – oficjalnie byli nazywani „tymczasowymi żołnierzami”. Kadra dowódcza tych jednostek składała się z oficerów oddelegowywanych z innych formacji. Byli to bez wyjątku oficerowie „praworządni”, którzy za dowodzenie oddziałami karnymi otrzymywali lepsze uposażenie, a czas służby liczono im podwójnie. Skazani zaś mogli być zwolnieni, jeśli udało im się odsłużyć całą zasądzoną karę (na przykład dwa-trzy miesiące), zostali ranni na polu walki lub odznaczyli się bohaterstwem w obliczu wroga (na przykład zniszczyli czołg lub bunkier). W takim wypadku przywracano im ich stopnie i odznaczenia, a później kierowano do macierzystych jednostek.

    Zdarzało się, że sztrafnicy otrzymywali wysokie odznaczenia bojowe w czasie swej służby w oddziałach karnych. Do oddziałów tych, które w większości były formacjami piechoty, trafiali artylerzyści, pancerniacy, lotnicy i marynarze. Wszyscy musieli przejść szkolenie piechoty, ponieważ na polu walki najczęściej wykonywali jej zadania.

    Dyscyplina po polsku
    wp

    Po przystąpieniu do tworzenia polskiej dywizji piechoty, a później 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR w połowie 1943 roku pod auspicjami polskich komunistów, generał Zygmunt Berling zdecydował, by również w podległych mu jednostkach powstały oddziały dyscyplinarne wzorowane na sowieckich kompaniach karnych. W początkowym okresie organizowania i szkolenia dywizji istniał nieetatowy oddział karny 1 Polskiej Dywizji Piechoty imienia Tadeusza Kościuszki. 7 sierpnia 1943 roku generał Berling powołał zaś kompanię karną dywizji według wzoru sowieckiego.

    Gorszą karą od skierowania do kompanii karnej była tylko degradacja. Jak pisze Berling w swoich wspomnieniach, dotkliwą karą dla żołnierzy było także wyrzucenie z dywizji i odesłanie do miejsca przybycia, czyli najczęściej zsyłki. Wymierzano ją nie tylko za pospolite przestępstwa. Generał wspomina między innymi sześciu poborowych i oficera artylerii, których odesłał do sowchozu za deklarację wierności rządowi generała Sikorskiego w Londynie…

    Decyzję o skierowaniu kościuszkowca do kompanii karnej podejmował wojskowy sąd polowy 1 Dywizji Piechoty.

    W dalszych rozkazach regulujących funkcjonowanie kompanii karnej zaznaczono, że miała ona operować na pierwszej linii frontu, ale orzeczone wyrokiem kary żołnierze mieli odbywać po zakończeniu działań wojennych. Szczegółowe zasady odbywania kary w polskich kompaniach karnych, tryb kierowania do nich skazanych żołnierzy oraz warunki rehabilitacji w boju, możliwości awansu i przedterminowego zwolnienia zostały jednak określone dopiero 20 stycznia 1944 roku. Według powstałego tego dnia statusu kompanii karnej mogli być do niej skierowani tylko szeregowi lub zdegradowani do tego stopnia oficerowie i podoficerowie za przestępstwa przewidziane w kodeksie Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR. Polski sztrafnik mógł trafić do oddziału dyscyplinarnego na mocy prawomocnego wyroku sądu polowego lub w drodze dyscyplinarnej – rozkazem dowódcy dywizji i brygady.
    wp

    W tym okresie formowania korpusu Berlinga trafienie do oddziału karnego nie wiązało się jednak z automatycznym wysłaniem na najcięższy odcinek frontu, jak było to praktykowane w Armii Czerwonej. Oburzony prokurator naczelny 1 Korpusu Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR pułkownik Jan Mastalerz raportował do generała Berlinga: „Skazani na skierowanie do kompanii karnej zasadniczo winni być posyłani na najbardziej niebezpieczne odcinki frontu, względnie do zwiadu, by móc w ten sposób krwią odkupić swą winę wobec Polski i polskiego narodu. W rzeczywistości jednak kompania karna korpusu nie odpowiada swemu przeznaczeniu i nie realizuje stojących przed nią celów. Osądzeni na pobyt w kompanii karnej żyją w warunkach bardzo wygodnych – w domach kołchoźników; w walce z niemieckimi zaborcami udziału nie biorą – żadnych ofiar nie ponoszą – co działa demoralizująco na całą kompanię karną i na otoczenie”. Później miało to się zmienić i w korpusie zaczęły obowiązywać sowieckie standardy. Jeszcze w kwietniu 1944 roku w wyniku
    rozrastania się korpusu istniejącą kompanię karną zmieniono na oddział karny. Jako samodzielna jednostka Wojska Polskiego podlegał on bezpośrednio dowódcy. W jego skład weszły dwie kompanie w sile trzech plutonów każda. Tym razem w regulaminie oddziału znalazł się zapis o rehabilitacji żołnierzy oddziału poprzez walkę z wrogiem na niebezpiecznych odcinkach frontu i wzorową służbę.

    Danina krwi

    Na kolejnym etapie formowania ludowego Wojska Polskiego przystąpiono również do reorganizacji oddziałów karnych. W sumie w 1 Armii istniało pięć samodzielnych kompanii karnych, które – w odróżnieniu od oddziału karnego korpusu – zmuszone były do ogromnej daniny krwi na szlaku bojowym. 23 grudnia 1944 roku dowódca 1 Armii Wojska Polskiego generał Władysław Korczyc zatwierdził tymczasowy regulamin kompanii karnej, w którym jeszcze mocniej położono nacisk na dyscyplinę i jasno określono prawa oraz obowiązki dowódców tych oddziałów.

    16 stycznia 1945 roku rozkazem numer 9 Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego uprawniło natomiast dowódców garnizonów i komendantów rejonowych komend uzupełnień do bezpośredniego kierowania opieszałych poborowych do kompanii karnych. Miał to być straszak szczególnie dla tych, którzy bojkotowali pobór do LWP z pobudek politycznych i ideowych… Już po wojnie 22 maja 1945 roku Naczelne Dowództwo WP wydało rozkaz rozformowania etatowych i nieetatowych kompanii karnych, by przygotować nowe rozporządzenia dla oddziałów dyscyplinarnych na czas pokoju.
    wp

    „Sielanka” polskich sztrafników szybko się skończyła.
    Po przekroczeniu Bugu w lipcu 1944 roku żołnierze kompanii karnych, wzorem żołnierzy z tych jednostek w Armii Czerwonej, stali się „awangardą” ludowego Wojska Polskiego, zwłaszcza w trakcie ciężkich przepraw przez większe rzeki (Wisła, Odra), walk ulicznych w miastach zmienionych przez Niemców w twierdze i zdobywania umocnień Wału Pomorskiego.

    Szybko też stali się specjalistami w „rozpoznaniu bojem”, gdy trzeba było spenetrować zaminowane przedpole nieprzyjacielskich pozycji.

    Wbrew pozorom, żołnierze kompanii karnych mieli „wysokie notowania” wśród towarzyszy broni z pozostałych oddziałów armii polskiej. Brać frontowa zdawała sobie sprawę, że sztrafnicy odwalają za nich najgorszą robotę i są posyłani na najtrudniejsze odcinki frontu:

    „Karniacy, jak wiadomo, mają tylko jedną drogę: do przodu”.

    Strzępki informacji

    Bardzo trudno jest zrekonstruować szlaki bojowe poszczególnych oddziałów karnych. Co rusz pojawiają się wzmianki we wspomnieniach kościuszkowców oraz innych żołnierzy o plutonach i kompaniach karnych rzucanych do walki o przyczółki nad Wisłą lub zdobycie umocnionych gniazd cekaemów Wału Pomorskiego.
    wp

    Ciekawa jest historia sierżanta Czesława Komorowskiego, który był szefem pierwszej kompanii 2 Pomorskiego Samodzielnego Zmotoryzowanego Przeciwpancernego Batalionu Miotaczy Ognia. W drugiej połowie stycznia 1945 roku w czasie przejścia oddziału przez zdobyte ruiny Warszawy sierżant Komorowski „zawieruszył się” w okolicach Bielan, co opóźniło przemarsz jego kompanii. Po ciężkich walkach o przełamanie umocnień Wału Pomorskiego dowódca 2 Batalionu major Michał Titow przypadkowo natknął się na ulicy na sierżanta Komorowskiego. Rozpoznał go i usłyszał od zdenerwowanego żołnierza, że teraz służy w tyłowym plutonie chemicznym 14 Pułku. Major Titow rozkazał swojej obstawie natychmiast aresztować dekownika.

    9 marca 1945 roku wyrokiem sądu polowego sierżant Komorowski został zdegradowany do szeregowego i skazany na miesiąc kompanii karnej za samowolne opuszczenie jednostki bojowej i dekowanie się na zapleczu frontu w jednostce tyłowej. Jednostka, do której zesłano Komorowskiego, została rzucona do walki o zdobycie twierdzy kołobrzeskiej.

    Komorowski 18 marca 1945 roku wyróżnił się męstwem podczas ostatniego ataku na niemieckie pozycje obronne. Grupa szturmowa z oddziałem karnym w składzie uderzyła na barki w porcie, z których prowadzono ciężki ostrzał. Komorowski był jednym z pierwszych żołnierzy, którzy dotarli do morza i złamali ostatni punkt oporu wokół latarni morskiej.

    19 marca 1945 roku Czesławowi Komorowskiemu darowano resztę kary i przywrócono stopień sierżanta. To jedna z nielicznych historii z happy endem. Tych, którym nie udało się zrehabilitować, czekały jeszcze krwawa przeprawa przez Odrę i walki na ziemiach III Rzeszy.

    Niewielu miało szansę walczyć o jej stolicę – Berlin – ponieważ wzorem Armii Czerwonej unikano, by sztrafnicy defilowali w ważniejszych zdobycznych miastach. Ich towarzysze broni z 2 Armii ludowego Wojska Polskiego również byli masakrowani w nieprzemyślanych atakach generała Karola Świerczewskiego…

    Pozostaje jeszcze niepokojące pytanie, ilu polskich sztrafników trafiło do kompanii karnych z powodów politycznych
    lub przez wydumane oskarżenia,

    co było powszechną praktyką w armii sowieckiej.

    Piotr Korczyński, „Polska Zbrojna”

  3. EyWey said

    Tak to jest jak się postępuje wbrew logice słuchając podszeptów zła. Komunizm, jego odcienie i odmiany panujące dzisiaj nawet w Ameryce, to czysty judaizm, przeciwstawność Bogu i jego stworzeniu. Za staniecie po stronie judaszy Polska skazała się na los wygnańca i wywalczyła sobie samozagładę powodując takie kurioza jak LWP czy mniej ZW lub ZN itd. A dla świata pomogła zaprowadzić porządek zwany NWO czyli światowy system żydowski.

    Zadziałała praprzyczyna i skutek postępku [ zabrakło światła Piłsudskiego i Dmowskiego…]

  4. Janusz said

    _____________________
    **”Kult nazistowskich i ultra-nacjonalistycznych formacji z terenu byłego ZSRR i bloku wschodniego, które walczyły z „Sowietami”, jest potrzebny przede wszystkim do krzewienia rusofobii, a ta z kolei jest potrzebna do umocnienia panowania USA na peryferiach euro-atlantyckich i wypierania Rosji z obszaru poradzieckiego. W związku z tym, że w Polsce nie było dywizji Waffen-SS, to ten sam efekt osiąga się poprzez kult i kreowanie na siłę legendy „żołnierzy wyklętych”.**

    Tak, anty-sowietyzm spod znaku narodowych Waffen-SS, UPA i „żołnierzy wyklętych” jest ideologicznym spoiwen „wschodniej flanki” NATO i politycznego ramienia obozu atlantyckiego. Warto zwrócić uwagę na całkiem niedawne próby kreowania UPA na sojusznika „żołnierzy wyklętych”.

    **Taka polityka historyczna jest profanacją historii i jako ideowa podstawa polityki bieżącej – wewnętrznej i zewnętrznej – jest drogą donikąd. Służy jedynie utrwalaniu podrzędnego statusu krajów będących peryferiami świata euro-atlantyckiego.**

    Przy całej plugawości ta polityka historyczna służy budowaniu całościowej spójności ideologicznej peryferiów. Tu nie chodzi o utrwalanie podrzędnego statusu, tylko utworzenie szerokiej platformy porozumienia antyrosyjskiego opartego na „historycznych tradycjach”. Swoją drogą już gen. Anders zapoczątkował polski dialog z Waffen SS – konkretnie SS Galizien. Dzięki niemu i Watykanowi banderowcy utworzyli diaspory w BRD, Kanadzie i USA, gdzie doczekali koniunktury międzynarodowej. Zamiast zostać fizycznie zniszczeni w GUŁAGach.
    Cytat za http://www.prawica.net/comment/89429#comment-89429
    ___________________
    Dlaczego Anders pomógł? Gen. Szandruk był podwładnym Andersa w ’39. Szandruk z ramienia UKN i UAN przejął dowództwo nad SS Galizien od Fritza Freitaga. I to ta znajomosć przesądziła, a nie kochanka. Ze strony Watykanu Piusa XII do interwecji nakłonił biskup kościoła grekokatolickiego Buczko, tłumacząc papieżowi, że SS Galizien to dobrzy katolicy i zagorzali antykomunisci.

    Trochę o innych sprawach, ale warto przeczytać:
    https://ptto.wordpress.com/2014/03/23/sekrety-watykanu-jak-papiez-polak-jan-pawel-ii-zaprzagl-polskich-ksiezy-do-wspolpracy-z-cia-przeciw-prl/

Sorry, the comment form is closed at this time.