Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

  • The rainbow symbolizes the Covenant with God, not sodomy Tęcza to symbol Przymierza z Bogiem, a nie sodomii


    Prócz wstrętu budzi jeszcze we mnie gniew fałszywy i nikczemny stosunek Żydów do zagadnień narodowych. Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata. Żydzi, którzy skarżą się na brak tolerancji u innych, są najmniej tolerancyjni. Naród, który krzyczy o nienawiści, jaką budzi, sam potrafi najsilniej nienawidzić.
    Antoni Słonimski, poeta żydowski

    Dla Polaków [śmierć] to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna... śmierć, jak śmierć... A dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym
    Prof. Barbara Engelking-Boni, kierownik Centrum Badań nad Zagładą Żydów, TVN 24 "Kropka nad i " 09.02.2011

    Państwo Polskie jest opanowane od wewnątrz przez groźną, obcą strukturę, która toczy go, niczym rak, niczym demon który opętał duszę człowieka. I choć na zewnatrz jest to z pozoru ten sam człowiek, po jego czynach widzimy, że kieruje nim jakaś ukryta siła.
    Z każdym dniem rośnie liczba tych, których musisz całować w dupę, aby nie być skazanym za zbrodnię nienawiści.
    Pod tą żółto-błękitną flagą maszerowali żołnierze UPA. To są kolory naszej wolności i niezależności.
    Petro Poroszenko, wpis na Twiterze z okazji Dnia Zwycięstwa, 22 sierpnia 2014
  • Kategorie

  • Archiwum artykułów

  • Kanały RSS na FeedBucket

    Artykuły
    Komentarze
    Po wejściu na żądaną stronę dobrze jest ją odświeżyć

  • Wyszukiwarka artykułów

  • Najnowsze komentarze

    Boydar o List otwarty do łajdaka
    Boydar o Czy Polska ma politykę wschodn…
    revers o Czy Polska ma politykę wschodn…
    wow o Czy Polska ma politykę wschodn…
    Boydar o Tak to prawda, że PIS i PO to…
    osoba prywatna o Wolne tematy (60 – …
    revers o Step we krwi?
    rvewers o Tak to prawda, że PIS i PO to…
    revers o Wolne tematy (60 – …
    Boydar o Tak to prawda, że PIS i PO to…
    Anucha o Czy Polska ma politykę wschodn…
    Anucha o Czy Polska ma politykę wschodn…
    Wandaluzja.pl o Wolne tematy (60 – …
    Dziadzius o Step we krwi?
    Rokitnik o Step we krwi?
  • Najnowsze artykuły

  • Najpopularniejsze wpisy

  • Wprowadź swój adres email

    Dołącz do 497 obserwujących.

Archive for Czerwiec 13th, 2010

Przesłanie gajowego Maruchy do Polaków

Posted by Marucha w dniu 2010-06-13 (Niedziela)

Drodzy Rodacy!

Nasza Ojczyzna z jednej strony wzmocniła się, integrując z Unią, do czego wielokrotnie zachęcał nas nasz wielki rodak, Jan Paweł II. Suwerenność Polski wzrosła, podobnie jak jej znaczenie na arenie międzynarodowej. Gospodarka rozwija się w sposób przykładowy, a religijność i moralność narodu  idzie do przodu dużymi krokami.

Z drugiej strony jednak obserwujemy wiele negatywnych zjawisk, większej lub mniejszej wagi, na poruszanie których nie ma tu wiele miejsca. Problemy te są natury politycznej, gospodarczej, moralnej i jeszcze innej.

Problemy owe trzeba rozwiązywać mądrze i z rozwagą, kierując się właściwie rozumianym dobrem kraju i jego obywateli. Nie należy ich rozwiązywać głupio i nierozsądnie, gdyż nie przyniesie to krajowi i jego obywatelom żadnej korzyści.

Celem rozwiązywania problemów w sposób mądry i rozważny należy wybrać do rządów mądrych, rozważnych ludzi, którzy będą stanowili gwarancję mądrych i rozważnych działań.

Lepiej jest, gdy w kraju jest dobrze, niż gdy jest źle. Lepiej jest, gdy ludzie są bogaci, zdrowi i wolni, niż gdy są biedni, chorzy i zniewoleni. Tę – zaskakującą dla niejednego – prawdę nalezy głosić w społeczeństwie. I należy wyciągnąć odpowiednie, konkretne wnioski: głosujmy na tych, którzy sprawią, iż przeciętny obywatel będzie bogatszy, zdrowszy i bardziej wolny – a nie głosujmy na tych, których celem jest zubożenie obywatela, wpędzenie go w choroby i odebranie mu wolności.

Nasz kraj jest piękny i powinniśmy się nim cieszyć, zamiast prowadzić wojny podjazdowe, krytykować i się domagać. Popatrzmy, jak piękne jest słońce i jak skomplikowane są procesy fizyko-chemiczne sprawiające, iż świeci nawet w nocy. Zachwyćmy się śpiewem ptaków, kumkaniem żab, klekotem bocianów i szumem płynącej w potoku wody.

Naszych problemów nie rozwiążemy nieustającymi kłótniami i wzajemnym wytykaniem sobie przywar. Spójrzmy na to z szerszej perspektywy, rozpalmy ognisko i zatańczmy wesoło wszyscy razem naokoło. Śpiewajmy, grajmy, chwalmy Pana na cytrze i na afrykańskich bębenkach.

Wolność jest wielkim darem, który należy wykorzystywać rozsądnie i dla dobra wspólnego. Niewola nie jest żadnym darem i nie należy jej wykorzystywać. Pamiętajcie o tym, rodacy, wrzucając swoją kartkę do urny wyborczej.

Dypl. gajowy hab. Wacław Marucha

Posted in Polityka, Różne | 55 Komentarzy »

Murzynek Bambo w Afryce mieszka…

Posted by Marucha w dniu 2010-06-13 (Niedziela)

…morduje białych ten nasz koleżka.

O tym, że decyzja o rozegraniu Mistrzostw Świata w Republice Południowej Afryki jest co najmniej wątpliwa, pisałem w mojej pierwszej notce na tym blogu. Już po pierwszych dniach mundialu, wszystko się potwierdza.

Zaledwie po dwóch dniach mistrzostw, w doniesieniach prasowych i telewizyjnych słyszymy tylko o tratowaniu kibiców, o rannych i zabitych, o napadniętych, pobitych i okradzionych. Ofiarami napadów i kradzieży padli już między innymi dziennikarze (jednemu przystawiono pistolet do głowy), a także piłkarze z Urugwaju i Grecji. Oczywiście są to tylko przypadki, o których informują media. To co może się przytrafić dziesiątkom szarych kibiców, w większości przypadków nie wyjdzie na światło dzienne. A przez miesiąc trwania imprezy, złego może wydarzyć się bardzo dużo.

Kibic i turysta może w każdej chwili wrócić do domu. Jednak dla Afrykanerów domem jest Republika Południowej Afryki, w której od 1994 roku panują reżimowe rządy Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC). Jest to organizacja, która przez dziesięciolecia była uważana za terrorystyczną (m.in. przez USA czy Wielką Brytanię) i wspierana przez międzynarodówkę komunistyczną, parała się mordowaniem białych. Dzisiaj jest partią rządzącą, która legitymizuje rasizm i dyskryminację wobec białej ludności tego kraju. Prezydentem RPA jest nijaki Jacob Zuma, który w przeszłości należał do zbrojnego skrzydła ANC – Umkhonto we Sizwe (“Włócznia Narodu”). Przywódcą tej paramilitarnej przybudówki ANC był Nelson Mandela, człowiek, który za propagowanie terroryzmu dostał w 1993 roku pokojową nagrodę Nobla.

Około rok temu z Kapsztadu przed przemocą musiał uciekać 31-letni Brandon Huntley. W swoim życiu siedem razy padł ofiarą brutalnych napaści ze strony czarnych, trzy razy pchnięto go nożem. Na ulicach wielokrotnie spotykał się z rasistowskimi wyzwiskami i obelgami, tylko dlatego, że jest biały. W końcu zdecydował się na ucieczkę do Kanady i tam poprosił o azyl polityczny. Przyznanie Huntleyowi statusu uchodźcy wywołało prawdziwą burzę w RPA. Ministerstwo Spraw Zagranicznych tego kraju uznało tą sprawę za incydent, a rządząca ANC podnosiła larum, że ta decyzja jest rasistowska i godzi w czarnych. Argumentowano, że to pierwszy taki przypadek i biały nie ma prawa dostać statusu uchodźcy!

Czarne gangi napadają na białych nie tylko na ulicach miast, ale wdzierają się również do domów. Rząd RPA wprowadził akcję afirmatywną, która promuje kolorowych, nawet jeżeli mają gorsze kwalifikacje. Z tego powodu wielu białych straciło pracę, a wielu innych nie może jej zdobyć. W wyniku rządowych działań “stworzono” około pół miliona Afrykanerów, którzy żyją teraz poniżej progu ubóstwa i zamieszkali w specjalnie stworzonych dzielnicach nędzy. Tylko w latach 1997 – 2002 bezrobocie wśród białej społeczności wzrosło o 106 procent. Do tego na rządowe środki przeznaczone na zwalczanie biedy, mogą liczyć tylko czarni. W konsekwencji około milion osób spośród czteromilionowej społeczności opuściło ojczyznę. W wywiadzie udzielonym Rzeczpospolitej, przedstawiciel afrykańskiej Solidarności – Kobie de Villiers powiedział, że Murzyński Afrykański Kongres Narodowy niegdyś zwalczał dyskryminację rasową a dziś, gdy rządzi, stosuje dokładnie takie same metody. Niestety, wokół całej sprawy panuje zmowa milczenia.

Pamiętam jak z powodu konfliktu zbrojnego zabroniono reprezentacji Jugosławii wystartować w Mistrzostwach Europy w 1992 roku (do których się zakwalifikowała), a następnie wykluczono ją z eliminacji do Mistrzostw Świata w roku 1994 i Mistrzostw Europy w 1996. Tylko dlatego, że Serbowie bronili swojego kraju przed muzułmańskimi Bośniakami. Teraz pozwala się organizować turniej takiej rangi krajowi, w którym dochodzi do ludobójstwa, a reżimowe rządy sprawuje partia, która w prostej linii wywodzi się od organizacji terrorystycznej…

“To będzie przestępczy raj dla miejscowych. Tam ludzie mają całkiem inne poglądy, inne podejście do życia. Wierzą w to, że gwałt na małej dziewczynce wyleczy ich z HIV czy AIDS. Czarnoskórzy dążą do tego, by wyniszczyć białą rasę.”
Mistrz olimpijski z Sydney w rzucie młotem Szymon Ziółkowski.

Bartosz Pietrzykowski, http://www.bibula.com/?p=22871

Posted in Różne | 16 Komentarzy »

Kryzys demokracji liberalnej

Posted by Marucha w dniu 2010-06-13 (Niedziela)

W Czechach dwie największe partie osiągnęły nieoczekiwanie słabe wyniki w majowych wyborach. We Francji Nicolas Sarkozy, uchodzący jeszcze niedawno za charyzmatycznego przywódcę [??? – admin] wytyczającego przed tym krajem cele na miarę aspiracji i marzeń jego mieszkańców, jest już negatywnie oceniany przez 64 proc. Francuzów. W Niemczech kreowana na “żelazną kanclerz” Angela Merkel jest najmniej popularna od początku swoich rządów. Hiszpanie są zmęczeni kryzysem, ogromnym bezrobociem i rządami laickiego fundamentalisty José Luisa Zapatero. W Islandii najwięcej głosów w wyborach samorządowych zdobył komik, który obśmiał absurdy demokracji: najpierw obiecywał złote góry, a następnie zastrzegł, że i tak nic z tego nie zrealizuje.

Praktyka mediokratycznej demokracji sprowadza istotę polityki nie do roztropnej troski o dobro wspólne, ale do marketingu politycznego i politycznej poprawności. Liczy się “wizerunkowość”, kolor krawatu czy sposób układania dłoni przy wypowiedzi przed kamerami. Specjaliści od socjotechniki podsycają konflikt dwóch największych partii, bo to odwraca uwagę opinii publicznej od realnych problemów, takich jak na przykład zapaść demograficzna, załamanie systemu emerytalnego i opieki zdrowotnej czy suwerenność Polski w przekształcającej się w federacyjne państwo Unii Europejskiej.

Gra pozorów, odrealnienie i oderwanie od problemów obywateli powoduje zniechęcenie. Nie dziwi zatem, że wielu Polaków jest zmęczonych wojną między PiS a PO. Tym bardziej że panuje zamęt ideowy, a logika wyborcza sprowadza się do wyboru “mniejszego zła”. Obaj kandydaci na prezydenta głosowali za ratyfikacją traktatu lizbońskiego, podobnie mówią o parytecie kobiet w polityce, nie wypowiadają się jasno o prawnej ochronie życia ludzkiego.

Szefowa sztabu wyborczego kandydata partii programowo odwołującej się do inspiracji chrześcijańskiej domaga się finansowania in vitro z budżetu państwa, a kandydatka tej partii na urząd Rzecznika Praw Obywatelskich popiera legalizację związków homoseksualnych. Z kolei prominentni politycy PO deklarujący się jako katolicy popierają in vitro i przystępują do Komunii św., co jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła wyrażonym w stanowisku Rady Episkopatu ds. Rodziny. Przy czym twierdzą, że stanowisko Rady nie jest wiążące dla katolików.

Zniechęcenie Polaków do obecnego modelu życia politycznego zdają się potwierdzać badania socjologów z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie przeprowadzone przez zespół ks. prof. Sławomira Zaręby. Badania zostały przeprowadzone na reprezentatywnej 1080-osobowej grupie warszawiaków (przy okazji okazało się, że 45 proc. mieszkańców stolicy posiada średnie wykształcenie, a 31 proc. wyższe). Z badań wynika, że 51 proc. respondentów zgadza się z opinią, iż “niewielka grupa ludzi wie, co się dzieje w kraju, i kontroluje sytuację w Polsce, a prawdziwa demokracja nie istnieje”. 53 proc. jest przekonanych, że najważniejsze decyzje w Polsce i na świecie są podejmowane zakulisowo, 38 proc. (a 39 proc. się z tym nie zgadza) uważa, że “pewne tajne grupy kontrolują wszystkie ważne decyzje na świecie”, 70 proc. jest zdania, że partie polityczne straciły kontakt ze zwykłymi wyborcami, a 58 proc. domaga się “nowego przywódcy nienależącego do układu”.

Te wyniki są symptomatyczne i wskazują, że Polacy mają podobne opinie o systemie demoliberalnym jak obywatele innych krajów w Europie. Kryzys obecnego modelu demokracji jest już oczywisty. Coraz jaśniej widać, jak profetyczne było nauczanie Jana Pawła II, w tym jego słynna homilia ze Skoczowa z 22 maja 1995 r., w której mówił: “Nasza Ojczyzna stoi dzisiaj przed wieloma trudnymi problemami społecznymi, gospodarczymi, także politycznymi. Trzeba je rozwiązywać mądrze i wytrwale. Jednak najbardziej podstawowym problemem pozostaje sprawa ładu moralnego. Ten ład jest fundamentem życia każdego człowieka i każdego społeczeństwa. Dlatego Polska woła dzisiaj nade wszystko o ludzi sumienia!”.

Jan Maria Jackowski, Nasz Dziennik, 12. – 13.06. 2010

Od admina: żałować należy, iż Jan Paweł II – jak zwykle, gdy mówił o problemach Polaków – ograniczył się do ogólników pasujących niemal do każdej sytuacji. Tej ogólnikowości nie było, gdy polski papież potępiał „zbrodnie Kościoła” wobec żydów i zwalczał antysemityzm.

Posted in Polityka | 7 Komentarzy »

Komorowski – kandydat postkomunistycznych służb WSI

Posted by Marucha w dniu 2010-06-13 (Niedziela)

Żołnierze WSI nie będą głosować czwórkami, ale Komorowski ma mój głos i środowiska WSI, bo kategorycznie był przeciwny likwidacji WSI. Otworzę szampana, gdy wygra – powiedział w wywiadzie dla „Polski. The Times” Marek Dukaczewski, były szef Wojskowych Służb Informacyjnych, szkolony przez GRU w Moskwie.

Ta deklaracja nie dziwi – kandydat na prezydenta PO Bronisław Komorowski był związany z wojskowymi służbami specjalnymi od początku swojej publicznej działalności po 1989 r.

Wspomniany wywiad udzielony przez Marka Dukaczewskiego jest deklaracją poparcia Komorowskiego przez całe środowisko Wojskowych Służb Informacyjnych. Nie jest to poparcie bezinteresowne – ludzie związani z tą formacją chcą wrócić. Wprawdzie nie do czynnej służby, ale jako szeroko rozumiane zaplecze eksperckie prezydenta Bronisława Komorowskiego.

– Gdyby ktokolwiek chciał skorzystać z naszej rady, z naszych opinii czy ekspertyz, absolutnie jesteśmy otwarci, żeby taką wiedzą służyć – stwierdził Marek Dukaczewski.

Jego zdaniem miłość Komorowskiego do WSI bierze się z pragmatyzmu, ponieważ poznał te służby. Dukaczewski nie powiedział natomiast, że WSI pomogły Komorowskiemu i wybawiły go z kłopotów.

Lokata w parabanku

W 2007 r. w Aneksie z weryfikacji Wojskowych Służb Informacyjnych ukazała się informacja o pieniądzach ulokowanych przez Bronisława Komorowskiego i aktora Macieja Rayzachera (jest obecnie w komitecie poparcia Komorowskiego na prezydenta) w parabanku.

„Służby interesowały się również kontaktami finansowymi Komorowskiego i Rayzachera z Januszem Paluchem, który prowadził tzw. działalność parabankową. Komorowski, Rayzacher i Benedyk mieli zainwestować w przedsięwzięcie Palucha 260 tys. DEM. (…) W notatce WSI stwierdzono, że Rayzacher i Komorowski nie mieli »możliwości żądania zwrotu pieniędzy drogą prawną«. W.S. Tomaszewski dowiedział się, że »generałom udało się odzyskać pieniądze przy pomocy kontrwywiadu wojskowego«. Próbą odzyskania pieniędzy zajął się w imieniu Komorowskiego i Rayzachera WS [tajny współpracownik WSI – red.] »Tomaszewski«”. – czytamy w Aneksie.

Sprawę szeroko komentowały zarówno media, jak i Bronisław Komorowski i Maciej Rayzacher, który w latach 1991–1993 był zastępcą dyrektora departamentu oświatowo-kulturalnego w Ministerstwie Obrony Narodowej w czasie, gdy Komorowski był wiceministrem obrony narodowej ds. wychowawczo-społecznych.

„Wymienianie mojego nazwiska w kontekście nadużyć dokonanych przez niejakiego Janusza Palucha to kolejny przykład opowiadania w stylu: »On ukradł albo jemu ukradli, dość, że zamieszany w kradzież«. Otóż to mnie ukradziono wówczas pieniądze, które pożyczyłem od rodziny i powierzyłem p. Rayzacherowi, który je umieścił w jakiejś piramidzie. To nie miało nic wspólnego z WSI. Tyle że WSI rozpracowywały aferę, w której pieniądze utracili też niektórzy oficerowie” – stwierdził na łamach „Gazety Wyborczej” w lutym 2007 r. Bronisław Komorowski.

Maciej Rayzacher nie chce mówić o szczegółach transakcji. – Niewiele pamiętam, a w tej sprawie już się wypowiadałem na łamach „Rzeczpospolitej”, która opublikowała mój list – mówi „Gazecie Polskiej”.

„W „Rzeczpospolitej” z 19 lutego 2007 r. ukazał się artykuł „Politycy toczą wojnę o raport WSI”. Gazeta streściła część raportu w ramce pt. „Komorowski, oskarżony i ofiara”. „Jestem w niej wymieniony wraz z ówczesnym moim przełożonym, wiceszefem MON Bronisławem Komorowskim jako powiązani rzekomo interesami z panem Paluchem. Pragnę wyjaśnić, że w trakcie internowania w obozie w Jaworzu, podczas wizyt u stomatologa nawiązałem kontakt z wojskowym lekarzem Michałem Benedykiem, który podjął się przekazać naszą korespondencję do rodzin, a następnie także do Ojca Świętego oraz prymasa Józefa Glempa. Benedyk ryzykował wtedy wiele. Dlatego, kiedy odezwał się do mnie w 1991 r., potraktowałem go z sympatią. Zaproponował mi »zainwestowanie« oszczędności w parabank prowadzony przez pana Palucha. Kwoty, które przekazałem przez Benedyka, były wielokrotnie niższe od wymienionej w ramce, gdyż cały stan posiadania naszej rodziny nie sięgał tej sumy. Po kilkakrotnych wpłatach (zawsze przez Benedyka) z prasy dowiedziałem się o aferze. Bronisław Komorowski udzielił mi kilkutysięcznej pożyczki na rzecz mej »inwestycji« i na tym polega jego udział w sprawie. Informacje zawarte w raporcie o WSI są równie »wiarygodne«, jak notka o moim rzekomym senatorowaniu” – napisał w marcu 2007 r. Maciej Rayzacher w liście do „Rz”.

Dziś nikt nie chce mówić o szczegółach odzyskania pieniędzy, podobnie jak i o tym, jaki był udział Wojskowych Służb Informacyjnych w całym przedsięwzięciu. Jedno jest pewne: to nie WSI rozpracowały całą aferę – jak stwierdził Bronisław Komorowski, a dowodem na to są akta śledztwa, które aktualnie znajdują się w Sądzie Rejonowym w Bydgoszczy.

Rzeczywistość jak scenariusz

Kilkanaście tomów akt śledztwa prokuratorskiego nie daje jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, kto faktycznie stał za parabankiem Janusza Palucha. W archiwach prasowych zarówno z początku lat 90., jak i z 2009 r., gdy zapadł wyrok, można poznać jedynie parę szczegółów dotyczących Janusza Palucha, bydgoskiego biznesmena i sponsora. Prokuratorskie akta tej sprawy mogłyby się z powodzeniem stać kanwą do scenariusza filmowego.

Janusz Paluch, operator ruchu PKP ze średnim wykształceniem, na początku lat 90. był właścicielem firmy Nedpol. Po Bydgoszczy jeździły taksówki z logo jego firmy. Na stadionie Zawiszy Bydgoszcz, klubu sponsorowanego przez Palucha, zawisły firmowe flagi. W gazetach i radiu pojawiły się wywiady z Januszem Paluchem. W 1992 r. najpierw Bydgoszcz, a później całą Polskę obiegła informacja, że Janusz Paluch prowadził działalność parabankową, na której setki ludzi straciło pieniądze – jak się później okazało – do parabanku trafiło 9 mln marek. Prokuraturę zawiadomili poszkodowani klienci Nedpolu, których było co najmniej 800.

Janusz Paluch po wybuchu afery przez pewien czas się ukrywał. Ścigany listem gończym do aresztu trafił w kwietniu 1992 r.

W mediach na początku lat 90. pełno było informacji o Januszu Paluchu, parabanku i śledztwie. Artykuły prasowe ukazywały się również w trakcie trwania procesu, który zakończył się wiosną 2009 r. Na próżno jednak szukać w nich ważnych informacji, które znajdują się w aktach śledztwa.

Już na początku wybuchu afery zginął jeden z wiceprezesów Nedpolu. Ciało Adama G. znaleziono w jego domu – prokuratura stwierdziła samobójstwo.

W sumie prokuratura oskarżyła cztery osoby i, co ciekawe, ze sprawy wyłączono działalność Janusza Palucha. Media zajęły się wyłącznie nim – na próżno szukać w archiwach wiedzy o pozostałych osobach. Nie ma informacji, że wiceprezesem firmy Nedpol, w której ramach funkcjonował parabank, był Hieronim I., były żołnierz Pomorskiego Okręgu Wojskowego, w czasach PRL-u, uczestnik misji ONZ w Syrii.

„Oprócz generałów POW, tj. Zalewskiego i Dysarza, I. (Hieronim I. – przyp. red.) powiedział mi, że do dzikiego banku (tak o swoim przedsięwzięciu mówił w prokuraturze Paluch – przyp. red.) wszedł wiceminister Komorowski (…)” – zeznał 19 maja 1992 r. podczas przesłuchania w prokuraturze Janusz Paluch.

Z akt śledztwa wynika, że klientami parabanku było wielu wojskowych, także tych wysokich rangą, m.in. wspomniany Roman Dysarz, szef POM, członek rady wychowania fizycznego i sportu MON, Zdzisław Czerwiński, specjalista MON, Lechosław Konieczyński, szef sztabu JW 4795 WP. Nedpol sponsorował także wojskowy klub sportowy „Zawisza” – na procesie Paluch zeznał, że na szczeblu ministrów, generalicji i PZPN kontakty mieli pułkownicy z zarządu jego kasy: Janusz R. i Piotr B. Wojskowa prokuratura w Bydgoszczy prowadziła śledztwo w sprawie płk B. – sekretarza generalnego wojskowego klubu sportowego „Zawisza”. Płk B. miał przyjmować pieniądze od firmy Nedpol, a część z nich miała być wydana na korumpowanie sędziów piłkarskich. Ostatecznie sprawa została umorzona.

W aktach śledztwa Nedpolu oprócz nazwiska Bronisława Komorowskiego pojawiają się inne osoby, m.in. wspomniany w raporcie z weryfikacji WSI płk Janusz R. To płk R., lekarz wojskowy z bydgoskiego szpitala, miał być – według zeznań Janusza Palucha – jedną z ważniejszych osób w parabanku.

W aktach śledztwa pojawia się również nazwisko satyryka Tadeusza Drozdy, który miał być związany z parabankiem. – Coś jak przez mgłę mi się kojarzy z Bydgoszczą i jakimiś pieniędzmi. Ale o co dokładnie chodziło – nie pamiętam. Ktoś mnie namawiał do zainwestowania pieniędzy na duży procent, ale kto to był i czy rzeczywiście zainwestowałem, teraz sobie nie przypomnę – mówi nam Tadeusz Drozda.

Prowadzący śledztwo prokurator nie przesłuchał ani Bronisława Komorowskiego ani Tadeusza Drozdy, ani też innych znanych osób, których nazwiska pojawiają się w aktach sprawy i które miały zainwestować pieniądze w parabanku.

Sprawa ostatecznie zakończyła się w kwietniu 2009 r. – Janusz Paluch został skazany na trzy lata więzienia i 5 tys. zł grzywny.

Nigdy nie została wyjaśniona rola funkcjonariuszy WSI, którzy pomogli niektórym osobom odzyskać zainwestowane fundusze.

Wzajemna pomoc

W wywiadzie dla „Polski. The Times” na pytanie, czy Bronisław Komorowski miał bliskie związki z WSI, Marek Dukaczewski odpowiedział: „Nie. Na początku lat 90. jako były wiceminister obrony. Ale nie miał żadnego wpływu na działalność operacyjno-rozpoznawczą”.

Wspomniane związki Bronisława Komorowskiego z WSI na początku lat 90. dotyczyły m.in. wskazywania do pracy w tej formacji ludzi, którzy trafiali tam jako eksperci lub wręcz starali się o zatrudnienie w WSI, czego przykładem jest Andrzej Grajewski.

Problem polega jednak na tym, że Bronisław Komorowski był wówczas wiceministrem obrony narodowej ds. wychowawczo-społecznych, czyli nie powinien mieć żadnych związków z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi. Ale było inaczej. Komorowski – jak sam wspomina – po mianowaniu przez premiera Tadeusza Mazowieckiego na stanowiska wiceministra obrony narodowej dostał nadzór nad reformą Wojskowej Służby Wewnętrznej.

Pierwszym zadaniem było uporządkowanie sprawy palenia akt WSW. Komorowski nie tylko temu nie zapobiegł, ale swoim opieszałym działaniem doprowadził do tego, że poza gen. Edmundem Bułą nikt nie poniósł odpowiedzialności za te skandaliczne działania. Nawet ówczesny Sejm był tak wzburzony powolnością Komorowskiego wobec służb, że powołano specjalną podkomisję Komisji Obrony Narodowej, kierowaną przez posła Janusza Okrzesika, w celu zanalizowania sytuacji w WSW. Raport tej podkomisji był dla Komorowskiego kompromitujący: wykazano, że utrzymał w WSW ludzi związanych z służbami PRL i służbami radzieckimi oraz że nie dokonał żadnych istotnych zmian. Przykładem był szef zarządu I szefostwa WSW płk Aleksander Lichocki, który odszedł ze służby dopiero z końcem 1991 r., i to z etatem i pensją generalską, którą otrzymał właśnie od Komorowskiego. Wcześniej Komorowski po ustaleniu tego z gen. Siwickim mianował szefem kontrwywiadu WSI płk. Lucjana Jaworskiego, przypadkowo byłego żołnierza Pomorskiego Okręgu Wojskowego, gdzie mieścił się obóz internowanych i na którego „kontakcie” był współpracownik WSW Benedyk posługujący się pseudonimem „Tomaszewski”. Ten sam, który później pośredniczył w operacji w parabanku Janusza Palucha.

Nie jest również prawdą stwierdzenie gen. Dukaczewskiego, że Komorowski nie miał żadnego wpływu na działalność operacyjno-rozpoznawczą. Według ustawy z 1995 r. o ministrze obrony narodowej ten ostatni był „w szczególności odpowiedzialny za działalność operacyjno-rozpoznawczą WSI”. A to oznacza, że musiał nie tylko wiedzieć o wszystkich operacjach podejmowanych przez te służby i je zatwierdzać (przede wszystkim decyzje dotyczące techniki operacyjnej), lecz także miał obowiązek kontrolowania działań operacyjno-rozpoznawczych.

Romuald Szeremietiew publicznie stwierdził, że te uprawnienia Komorowski wykorzystał. „Bronisław Komorowski wysłał na mnie WSI. Wojskowe służby zaczęły inwigilowanie mnie, byłem śledzony i dziś wiem, że szukano na mnie haków. Na polecenie Komorowskiego. Bronisław Komorowski nie ma moralnego prawa, żeby kandydować na prezydenta” – stwierdził Romuald Szeremietiew, wiceminister obrony narodowej w czasie, gdy resortem kierował Komorowski. To właśnie wtedy Szeremietiew został odwołany w atmosferze korupcyjnego skandalu – zarzuty stawiane w wyniku operacji prowadzonej przeciwko niemu przez WSI i prokuraturę nie znalazły potwierdzenia i Romuald Szeremietiew został po latach uniewinniony prawomocnie przez sąd.

Dorota Kania
Za http://www.bibula.com/?p=22834

Posted in Polityka | 8 Komentarzy »

Czy islam jest autentyczny?

Posted by Marucha w dniu 2010-06-13 (Niedziela)

Artykuł z pisma tradycji katolickiej „Zawsze Wierni” nr 31 (6/1999)

Poniższy artykuł jest opracowaniem z dziedziny krytyki historycznej. W swoich zasadniczych tezach podważa on autentyczność islamskiej tradycji, stanowiąc nowe, inspirujące spojrzenie na fenomen rzekomej religii Mahometa. Autor niniejszego studium, tradycyjny katolik i uczony, pragnął zachować anonimowość z powodów osobistych.

Wprowadzenie

Czy islam jest autentyczny? Łatwo postawić podobne pytanie, lecz odpowiedź na nie jest daleko trudniejsza i to nie tylko dlatego, że zależy od osoby, która jej udziela. Będzie to rzecz jasna uderzające dla czytelnika, gdyż problem wydaje się analogiczny do tych dotyczących judaizmu i katolicyzmu i jako taki zdaje się wykraczać poza sferę zasadniczo subiektywnych odpowiedzi.
Jednakże pytanie o autentyczność islamu nie doczeka się obiektywnej odpowiedzi w poniższym artykule. Powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że islam jest jednocześnie rzeczywistością i iluzją sprzecznością, która w trakcie niniejszego studium ukaże swój paradoksalny charakter o olbrzymich konsekwencjach nie tylko dla Kościoła katolickiego, lecz również dla każdego co szóstego mieszkańca ziemi, nazywającego siebie muzułmaninem.

W ubiegłych wiekach niektórzy żydowscy teologowie uważali islam za judaistyczną herezję, podobnie jak wiarę w Jezusa Chrystusa. Trzeba jednak powiedzieć, że niejednokrotnie żydostwo uważało za możliwą współpracę z muzułmanami, nie dopuszczając jednocześnie możliwości współpracy z chrześcijaństwem. Pozostaje kwestią do dyskusji, czy wynikało to z historycznych okoliczności i wyobrażeń, czy też może z uwarunkowań czysto psychologicznych niemniej jednak istnieją podstawy do uznania a priori, że u samej istoty chrześcijaństwa znajduje się coś, czego strasznie obawiają się żydzi, a co nie występuje w islamie. Niektóre fakty przytoczone w niniejszym artykule mogą dodatkowo świadczyć na rzecz prawdziwości tego wyobrażenia.

W Kościele katolickim teologowie tacy jak św. Tomasz z Akwinu oraz pisarze świeccy, jak Hilaire Belloc, uważali islam za herezję chrześcijańską. Zaskoczy to wielu czytelników, którzy zostali wychowani myśląc, że islam jest czymś całkiem odmiennym od wiary katolickiej, jednak wbrew pozorom pogląd o islamie jako herezji chrześcijańskiej ma uzasadnienie. Przykładowo, Belloc pisze, że mahometanizm był herezją: należy zdać sobie sprawę z tej fundamentalnej prawdy zanim pójdzie się dalej w rozważaniach. Rozpoczął się jako herezja, nie jako nowa religia. Nie był pogańskim przeciwieństwem Kościoła, całkowicie obcym wrogiem. Był wypaczeniem doktryny chrześcijańskiej. Jego żywotność i długi okres trwania szybko nadały mu zewnętrzne pozory nowej religii, lecz jego współcześni, ci którzy byli świadkami jego pojawienia się, jasno widzieli czym był naprawdę nie zaprzeczeniem, lecz dostosowaniem i nadużyciem zasady chrześcijańskiej (Wielkie herezje, 1938).

Ks. Sheehan, arcybiskup Germii, w swojej Apologetyce i doktrynie katolickiej (1944) napisał o islamie: Fragmenty objawionej prawdy zawarte w tej religii zostały zaczerpnięte z judaizmu i chrześcijaństwa. Innymi słowy, jeśli islam czerpie z obu tych doktryn, to jest pewna doza prawdy w stwierdzeniu, że jest on jednocześnie herezją żydowską i chrześcijańską.

Oficjalna wersja

Popatrzmy na to, co świat w ogólności, a muzułmanie w szczególności rozumieją pod pojęciem autentycznego islamu.
Dowiadujemy się, że jest to nowa religia założona przez proroka Mahometa, urodzonego w 570 r. w Mekce w zachodniej Arabii, dużym i ważnym centrum handlowym oraz miejscu pielgrzymek pogańskich religii. Pakistański autor Dilip Hiro mówi nam w swoim Islamskim fundamentalizmie (1988), że słowo islam oznacza poddanie się (woli Bożej przyp. red. Zawsze Wierni). Profesor Edward Hulmes z uniwersytetów w Durham i Princeton twierdzi w swojej wydanej w 1986 r. przez Towarzystwo Prawdy Katolickiej ulotce pt. Mahomet, że islam znaczy tyle, co pokój osiągany dzięki poddaniu się objawionej woli Bożej. Twierdzi się, że Mahomet inspirowany przez Archanioła Gabriela napisał świętą księgę islamu, Quran (Koran), a księga ta, pełna subtelności, mądrości i wnikliwości stanowi jasny dowód proroczych zdolności Mahometa, który jako człowiek niewykształcony, pasterz bądź kupiec, nie umiał czytać ani pisać. Fakt, że Koran jest napisany klasycznym arabskim i nie posiada żadnego wcześniejszego literackiego odpowiednika nadaje dodatkowej powagi stwierdzeniu, że Mahomet był natchniony przez Boga. Mówi się, że poświęcił się on głoszeniu islamskiej doktryny wśród pogan z Mekki, lecz został wygnany i zmuszony, aby szukać schronienia w Medynie (a właściwie w Jatribie, które to miasto nazwano później na jego cześć Madinat an-nabi czyli miastem proroka przyp. red. Zawsze Wierni); oba te miasta znajdują się w zachodniej części dzisiejszej Arabii Saudyjskiej. Jednakże nie ustawał, nawracając ludzi tu i tam dzięki sile swego słowa i przykładu. Z uwagi na gwałtowny charakter ówczesnych społeczeństw, popadł w konflikt z otaczającymi go siłami pogańskimi, a w roku 624 wygrał decydującą bitwę pod Badrem. Kilka lat później Mekka przyjęła prawdę islamu, a Kaba, dom do tej pory mieszczący w sobie kamienne pogańskie bałwany (był tam święty kamień czczony w całej Arabii, który rzekomo Abraham otrzymał od anioła Gabriela przyp. red. Zawsze Wierni), przekształcił się w Dom Boży. Kaba stała się centrum islamskiego świata, pierwszą świątynią, do której każdy muzułmanin musi udać się z pielgrzymką przynajmniej raz w życiu.

Oto w skrócie odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Jest to standardowa informacja, którą znajdujemy w książkach napisanych przez katolików, muzułmańskich duchownych, świeckich akademików i zachodnich islamologów.

Jedyny problem związany z powyższym opisem da się zamknąć w jednym zdaniu: właściwie nic z tego nie jest prawdą! Dla wielu będzie to szokujące, ale to tylko dlatego, że przyjęli na wiarę przekazywane im niesprawdzone informacje. W tym przypadku sprawa ma się dokładnie tak samo, jak z przekonaniem wielu soborowych katolików, że abp Lefebvre został ekskomunikowany jako schizmatyk, nie jest to coś, o czym przekonali się poprzez lekturę, badania czy analizy, lecz coś, co po prostu wzięli za prawdę tylko dlatego, że powtarzano im to z każdej strony jednym chórem. Jednakże samo powtarzanie, czy to przez akademików, czy to przez ignorantów, nie jest probierzem prawdy. Dlatego też, aby dotrzeć do prawdy o islamie, aby odnaleźć prawdziwie obiektywny i historyczny klucz do islamu, zamierzamy zbadać to zagadnienie bardziej wnikliwie. Nie mamy przy tym intencji atakowania lub znieważania muzułmanów, oni również są stworzeniami Bożymi, uczynionymi na obraz i podobieństwo Boże towarzyszy nam jedynie ta intencja, aby przynieść światło, które rozproszy panujący mrok, tak aby prawda mogła zajaśnieć i uwolnić tych, którzy są usposobieni do przyjęcia Łaski Bożej.

Pycha i uprzedzenie

We wczesnych latach osiemdziesiątych dr Maurice Bucaille opublikował książkę zatytułowaną Biblia, Koran i nauka: Święte Księgi w świetle współczesnej wiedzy (w wydawnictwie Seghers z Paryża). W swojej pracy Bucaille z naciskiem podkreśla, że porównując chrześcijańską Biblię z Koranem działa w sposób czysto obiektywny. Przyrównuje się do chirurga uformowanego w duchu zachodniego obiektywizmu naukowego, podkreślając jednocześnie, że nie miał sprecyzowanych wniosków już przed rozpoczęciem pracy. Niedługo po rozpoczęciu lektury czytelnik odkrywa, że jedynym celem książki jest ukazanie niższości Biblii w stosunku do Koranu, i to w imię badania naukowego. Na samym początku książki (s. 6) okazuje się, że obecnie niemożliwe jest zaprzeczanie twierdzeniu, iż Biblia zawiera błędy naukowe. Autor konkluduje, że Koran nie zawiera błędów naukowych i dlatego stanowi prawdziwe objawione Słowo Boże.

Dla naszych rozważań równie istotne jest inne stwierdzenie autora: Na Zachodzie krytyczna analiza Pisma jest czymś stosunkowo nowym. Przez setki lat ludzie zadowalali się przyjmowaniem Biblii taką, jaką jest. Najmniejsza krytyka wysuwana pod jej adresem była traktowana jako grzech (ibidem, s. 16).

Wyczuwa się lekko kpiący ton w tym naukowym spojrzeniu na masy wierzące w biblijne przesądy. Rozprawa Bucaille jest napisana w duchu XVIII i XIX-wiecznych racjonalistów podważających Biblię z tą różnicą, że ukazuje się w wieku XX. Rzecz jasna, ze wspomnianych wywodów wynika pośrednio, że inaczej ma się rzecz z Koranem – ten został zweryfikowany i sprawdzony zgodnie z wymogami nauki. Nie dajmy się zwieść. Naukowe podejście dr. Bucaille jest kłamstwem pierwszego rzędu, charakterystycznym dla tak wielu islamskich apologetów, czy to będących praktykującymi muzułmanami, czy to nazywających siebie świeckimi i agnostykami!

Oczywiście jest prawdą, że systematyczne krytyczne studium Starego i Nowego Testamentu ze strony chrześcijan, znajdujące wyraz w wielu dyscyplinach takich jak krytyka tekstu, archeologia, epigrafia, historia, teologia, etc. rozpoczęło się na początku bieżącego stulecia (niestety, fałszywe i kierowane pychą studium krytyczne stało się bronią modernistów stosowaną dla podważania wiarygodności Biblii – przyp. red. Angelus). Natomiast pozostaje brutalną prawdą, że muzułmanie nawet nie rozpoczęli podobnych studiów w odniesieniu do swoich ksiąg religijnych! I tak u o. Calmela OP czytamy: Muzułmanie nigdy nie poddali krytyce swoich ksiąg religijnych. W ich mniemaniu uczyniwszy to, uczyniliby siebie winnymi profanacji i świętokradztwa. Od momentu, kiedy jedna z ich ksiąg została uznana za objawioną przez Boga, niedopuszczalnym stało się jej zgłębianie przez historyczną myśl człowieka. My ze swej strony nie zwykliśmy patrzeć na sprawy w taki sposób dla katolika niezrozumiałe jest założenie o rozdziale Bożej wiary od historycznego lub filozoficznego wnioskowania (Islam: przedsięwzięcie żydowskie, 1961).

Na wypadek gdyby ktoś pomyślał, że o. Calmel jest stronniczy, należy zwrócić uwagę, że wielu zachodnich islamologów, nie będących przyjaciółmi chrześcijaństwa, mówi dokładnie to samo. Powiedzieli to chociażby Régis Blachere i Denise Masson, autorzy (nieudanych) prób spójnego tłumaczenia Koranu. Masson pisze: Historyczna i tekstowa krytyka, oparta na epigrafii i archeologii wciąż nie została zastosowana w odniesieniu do Koranu z wykorzystaniem normalnych metod (wstęp do jej tłumaczenia Koranu, Pleiade 1967). Gdy Denise Masson usiłowała zasugerować, że niektóre wersy Koranu są niejasne, Najwyższa Rada Islamu, do której się zwróciła, zakazała jej rozpowszechniania podobnych sugestii.

Gdy Jerozolimska Szkoła Biblijna rozpoczynała na początku obecnego stulecia krytyczne studium Starego i Nowego Testamentu, znalazło się również kilku uczonych, którzy podjęli badania nad tradycją islamską. Należy zdać sobie sprawę, że obok Koranu istnieją trzy inne dzieła, które składają się na tradycję islamską. Pierwszym z nich jest Hadith czyli Mowy proroka Mahometa, zebrane dwieście lat po jego śmierci, co do których uważa się, że zostały poświadczone przez towarzyszy i świadków proroka, którzy przekazali zawarte w nich informacje z pokolenia na pokolenie. Drugim jest Sunna, stanowiąca właściwe islamowi prawodawstwo, trzecim zaś Sira – Życie Mahometa (w islamie są jednak odłamy, które różnią się stosunkiem do tych źródeł przyp. red. Zawsze Wierni). Wszystkie trzy księgi miały być złożone rzekomo przez Ibn Hisâma żyjącego w dziewiątym wieku w znaną współcześnie jedną całość. O człowieku tym wiemy bardzo niewiele lub prawie nic, oprócz tego, że również utrzymywał, iż informacje zawarte w Sira są autentyczne jako przekazane z pokolenia na pokolenie przez towarzyszy i świadków proroka.

Odkrywanie prawdy

Pierwszym człowiekiem, który zaczął odkrywać niepewny charakter źródeł islamu był o. Lammens, jezuita pracujący na Uniwersytecie Św. Józefa w Bejrucie (Liban) na początku obecnego stulecia. Wykorzystując opracowania wielu uczonych, w tym de Weila z 1843 r. i Caetaniego z 1905 r. wykazał on, że naoczni świadkowie gwarantujący autentyczność ksiąg Hadith i Sira to czysta fikcja, a wspomniane księgi są niczym więcej, jak tylko parafrazami i upiększeniami twierdzeń zawartych w Koranie. O. Lammens pisze: Twierdzenia zawarte w świętych pismach muzułmańskiej tradycji ani nie tworzą prawa, ani też nie są źródłem dalszych informacji, jak uważano do tej pory; są natomiast przedmiotem fantastycznej ewolucji. Na bazie koranicznego tekstu Hadith tworzy legendy, z zadowoleniem wymyśla imiona bohaterów wydarzeń i w ten sposób wypełnia treścią koraniczne schematy (Koran a Tradycja, 1910).

Francuski mnich, br. Bruno Bonnet-Eymard, o którym wspomnimy jeszcze w dalszej części artykułu, w taki oto sposób streszcza stanowisko o. Lammensa: Tradycja wyjaśnia Koran, a sam Koran jest fundamentem tradycji. Innymi słowy jest to błędne koło, którego nie są w stanie zauważyć naukowe rozprawy w rodzaju tej autorstwa Bucaille.

Czy o. Lammens nie był po prostu uprzedzonym księdzem? W odpowiedzi możemy zacytować prof. Goldzihera, Żyda, który w swoich Studiach mahometańskich (1989) pisze o głęboko tendencyjnym charakterze islamskiej Tradycji. Zaś w Kościelnym słowniku historii i geografii autorstwa René Aigraina (1924) pod hasłem Arabia czytamy: W takich okolicznościach nie można już badać życia Mahometa przyjmując za podstawowe źródło księgę Sira, jak czyniło to wielu biografów proroka.

Caetani w swoim dziele Annali dellIslam pisze między innymi: W Tradycji nie odnajdujemy prawie niczego prawdziwego na temat Mahometa; wszystkie tradycyjne materiały jakie posiadamy możemy odrzucić jako apokryficzne. Maxime Robinson w książce pt. Mahomet (1974) donosi, że nie istnieje nic, co pozwalałoby nam chociażby na stwierdzenie: to i to pochodzi bez wątpienia z czasów Mahometa. Nawet ci autorzy, którzy nie są w stanie odsunąć dzieł Sira i Hadith jako fikcyjnych (m.in. Gaudefroy-Demombynes, Noldeke i inni) nie czynią tego ze względu na nieodparte dowody na historyczność tych ksiąg, lecz jedynie ze względu na alternatywę, którą jest powrót do punktu wyjścia. Przykładowo, Noldeke stwierdza po prostu, że pozostawia na boku tajemnice otaczające osobę Mahometa (cyt. za O. Lammens, Koran a Tradycja).

Nie da się przecenić pracy Lammensa, gdyż obraca ona w ruinę islam, który znaliśmy do tej pory z chwilą, kiedy wyeliminujemy księgi Hadith i Sira nie ma ani jednego, pozytywnego źródła świadczącego o samym nawet istnieniu Mahometa! Nie do wiary, gdy weźmie się pod uwagę ogromne zbiory manuskryptów, pergaminów, pomników, rzeźb, grobowców i dedykacji pochodzących z antycznego świata, które przetrwały do dnia dzisiejszego. Dilip Hiro mógł opisać Mahometa następującymi słowami: Wyrósł na krzepkiego mężczyznę średniego wzrostu, o zakrzywionym nosie, dużych oczach, zmysłowych ustach i gęstych, lekko kręconych włosach. Jednakże bez księgi Sira nie ma niczego na poparcie tego skądinąd rozsądnego opisu. Rzadko się o tym słyszy, a czytelnik może sam wyrobić sobie zdanie na temat przyczyn takiego stanu rzeczy. W żaden sposób nie umniejsza to jednak istnienia faktu (braku wiarygodnych źródeł świadczących o autentyczności islamu przyp. tłum.).

Głębsze poszukiwania

O. Lammens nie ukazał nam całej drogi do prawdy. Rozpoczął jedynie pewien proces, który miał być podjęty i kontynuowany 50 lat później przez dominikanina o. Thery, piszącego pod pseudonimem Hanna Zakarias.

O. Thery był w swoich czasach słynnym mediewistą i cieszył się wielkim uznaniem w środowisku naukowym. Uważany jest za twórcę naukowej egzegezy Koranu, chociaż nie czytał po arabsku i hebrajsku, opierając się na różnych tłumaczeniach. Jego intuicja, która w dużym stopniu przyczyniła się do postępu w badaniach nad Koranem, wynikała ze zrozumienia tekstów i znajomości procesów ich powstawania.

Podstawowy krytyczny wkład o. Thery w analizę Koranu stanowiła konkluzja jego dzieła pt. Ocena islamu (1957), wedle której Koran wcale nie powstał w Arabii, a jego autorem był erudyta spoza Arabii, twórca arabskiego języka religijnego. Jest to bardzo istotne, gdyż według irackich egzegetów z dziewiątego stulecia fakt, że Koran nie miał żadnych wcześniejszych literackich odpowiedników był sam w sobie cudem. O. Thery będąc dalekim od uznania Koranu za bezużyteczny stwierdza fakt, że dzieło to posiada samo w sobie pewną rzeczywistą wartość, której na próżno szukać w innych elementach islamskiej tradycji. W opracowaniu zatytułowanym Koran nie jest arabski (1957) o. Thery porównując tekst Koranu z księgą Sira dochodzi do wniosku, że ta ostatnia jest jedynie głupią dziecięcą paplaniną, której nierówny tekst w zadziwiający sposób zarówno w poszczególnych elementach jak i całościowej wymowie odznacza się niespójnością, nieprawdopodobieństwem i prymitywizmem legend z życia Proroka. Niech poniższy przykład zilustruje, co miał na myśli o. Thery. Otóż jak pokazał o. Lammens, wszystko co znajduje się w [islamskiej] tradycji zostało zaczerpnięte z Koranu i upiększone. I tak koraniczny tekst wysyłamy wam światło (będący w rzeczywistości niepoprawnym tłumaczeniem), został rozwinięty w księgach Sira i Hadith w taki sposób, że odnosi się tam bezpośrednio do samej postaci proroka. Dlatego według islamskiej tradycji Mahomet faktycznie wysyłał fale świetlne, będąc widocznym nawet w najgłębszej ciemności. Światło jakie dawał miało być tak intensywne, że pozwalało odnaleźć w ciemności zagubioną igłę!

O. Thery porównując Koran z hebrajską Biblią i rabinackim Midraszem dochodzi do wniosku, że Koran był jedynie Biblią dostosowaną do mentalności Arabów. Wyodrębnia przy tym jednakże pewną część, która dzięki zawartym w niej aluzjom do wydarzeń współczesnych autorowi Koranu nie daje się wyjaśnić w podobny sposób. Tę pozostałość o. Thery nazywa Aktami islamu (nazwa ma być analogią do Akt Apostolskich), przedstawiając ją tym samym jako rodzaj dokumentacji rabinackich wysiłków podejmowanych w kierunku nawrócenia Arabów na judaizm. Chociaż o. Thery nie stworzył całkiem zamkniętej, satysfakcjonującej teorii, posunął jednak do przodu studia nad islamem stwierdzając, że kluczem do dalszych odkryć będzie systematyczne, naukowe tłumaczenie Koranu jako jedynego pewnego dokumentu. Sądził przy tym, że Koran będzie wyjaśniał się sam, podobnie jak Biblia. Jednakże językowe braki o. Thery uniemożliwiły mu podjęcie się tego zadania.

Ogromne zaawansowanie tego dzieła w czasach nam współczesnych zawdzięczamy bratu Bruno Bonnet-Eymard. Jest on nie tylko zdolnym teologiem podejmującym głębokie studia nad chrześcijaństwem, judaizmem i islamem, lecz również utalentowanym językoznawcą władającym hebrajskim, aramejskim, greką, łaciną i arabskim.

Należy przede wszystkim zdać sobie sprawę, że to systematyczne tłumaczenie Koranu jest tym bardziej konieczne, że nikt do tej pory nie zdołał go dokonać w sposób satysfakcjonujący. Powód jest taki, że tłumacze zamiast trzymać się rzeczywistego znaczenia tekstu brali pod uwagę przede wszystkim jego ogólnie przyjęty sens. W rzeczywistości nie istnieje zgodne tłumaczenie Koranu! Mogliśmy przyzwyczaić się do zmian w uwypukleniu poszczególnych zdań oraz do różnic frazeologicznych istniejących pomiędzy różnymi wydaniami Biblii, lecz nikt przy tym nie dyskutował o zasadniczym znaczeniu. W przypadku Koranu jest całkiem przeciwnie. Jeden pisarz będzie tłumaczył dane wyrażenie w jeden sposób, drugi zrobi to zupełnie inaczej, a jeden i drugi będzie mówił o lukach w znaczeniu, interpolacjach, poprawkach i adaptacjach w celu ukrycia zasadniczej bezużyteczności swego dzieła.

O. de Nantes, przyjaciel br. Bruno, w następujący sposób podsumowuje podobne tłumaczenia: Nonsens, fantastyczne wymysły, sprzeczności, niespójność, nie wspominając już o niezliczonych opuszczeniach kłopotliwych słów i źle umiejscowionych dodatkach oto metoda tradycyjnego tłumaczenia od trzynastu stuleci. I tak kiedy koraniczny tekst (sura III, w. 14) mówi jasno o złocie i złocie oczyszczonym, tłumacze w rodzaju Blachere i Masson piszą o złocie i srebrze, gdyż nie rozumieją odniesienia. Tworzą słowo srebro, które nie występuje w tekście, chociaż odniesienie w oczywisty sposób zostało zaczerpnięte z Psalmów Cenniejsze niż złoto, niż złoto najczystsze, a słodsze od miodu płynącego z plastra (Ps 19, 11).

Jest to przykład wymysłów, od których roi się w podobnych tłumaczeniach. Z kolei sprzeczności można wykazać na przykładzie słowa mitlayhim (sura III, w. 13). Według Blachere słowo to znaczy tyle co w równej liczbie, podczas gdy Masson podaje, że oznacza ono dwukrotnie większą liczbę. Które z tłumaczeń jest właściwe? Idąc dalej, istnieje problem dowolnego znaczenia, kiedy to temu samemu słowu przypisuje się całkowicie odmienne znaczenie w zależności od kontekstu, w którym jest używane. I tak tekst (sura III, w. 25) zawiera słowo wuffiyat, tłumaczone jako wiernie zachowywać przymierze, podczas gdy gdzie indziej (sura II) to samo słowo ma znaczyć tyle co otrzymać sprawiedliwą nagrodę.

Ograniczone ramy niniejszego opracowania nie pozwalają w tej chwili na dalsze rozważania dość powiedzieć, że mamy tutaj do czynienia ze swoistymi językowymi ruchomymi piaskami; z problemem który domaga się rozwiązania zanim będzie możliwa jakakolwiek poważna odpowiedź na pytanie o autentyczność islamu. Oto historyczne zadanie, które stało i stoi przed br. Bruno. Do tej pory opublikował on trzy tomy tłumaczenia (około 1000 stron drobnym drukiem) i bardzo dogłębnego wyjaśnienia pierwszych pięciu sur (rozdziałów) Koranu. Jego badania pokazują, że Koran nie tylko nie jest nielogiczną, pogmatwaną pracą teologiczną o wątpliwej wartości, jak można było sądzić na podstawie dotychczasowych tłumaczeń, lecz nawet można go uznać za kopalnię spójnych i interesujących informacji; dzieło prawdziwie uczonego człowieka. Chociaż do przetłumaczenia pozostało następne 109 sur, prace br. Bruno zrewolucjonizowały badania nad Koranem do tego stopnia, że można już powiedzieć, iż islam, jaki do tej pory znaliśmy, był fatalną pomyłką.

Br. Bruno rozpoczyna od stwierdzenia: O ile pozostaje niepewność co do pochodzenia arabskiego rękopisu, o tyle jest niekwestionowanym faktem, że system alfabetyczny został ściśle ustalony dla osiągnięcia tylko jednego celu: opublikowania Koranu. Kontynuując, br. Bruno stwierdza: nasza egzegeza jasno wykaże, iż alfabet zastosowany w Koranie jest czystym i prostym przekształceniem alfabetu hebrajskiego w arabski (w istocie przyjmuje się, iż alfabet arabski powstał ok. V w. z alfabetu nabatejskiego, mającego z alfabetem hebrajskim wspólnego przodka: alfabet aramejski – przyp. red. Zawsze Wierni).

Tak więc intuicja o. Thery, według której autor Koranu miał być rabinem, mimo że nie znalazła jeszcze absolutnego potwierdzenia, jednak w znaczący sposób nie chybiła celu.

Jak przekonaliśmy się na początku niniejszego artykułu, słowo islam jest tradycyjnie tłumaczone jako poddanie się. Według br. Bruno takie tłumaczenie jest w oczywisty sposób błędne i całkowicie niezwiązane z tekstem. Hebrajski źródłosłów, slm, można również odnaleźć w aramejskim i oznacza po arabsku po prostu aslim, czyli doskonały po aramejsku, haweî selîm znaczy tyle co: Bądź doskonały!. W swoim czasie dowiemy się, dlaczego tak powinno wyglądać właściwe tłumaczenie.

Historia i geografia

Podążanie w ślad za całym tłumaczeniem br. Bruno nie jest rzecz jasna celem niniejszego opracowania. Dlatego też musimy ograniczyć się do pobieżnego przeglądu tekstu, który ukaże prawdziwe znaczenie Koranu, jak również do spojrzenia na pewne słowa kluczowe. Zanim jednak to uczynimy, musimy dokonać krótkiej powtórki z historii, tak, aby czytelnik w pełni zrozumiał znaczenie dokonanych odkryć.

Po zburzeniu świątyni jerozolimskiej w r. 70, Żydzi ulegli rozproszeniu. Dokąd się udali? Historycy tacy jak Torrey uważają, że wielu z nich poszło do Teimy, oazy w południowej Palestynie, wierząc i żywiąc nadzieję, że pewnego dnia dane im będzie powrócić. To, co nie podlega dyskusji, to fakt, że Półwysep Arabski ma niezwykle długą historię, która dopiero w dniu dzisiejszym jest odkrywana, a w której zasadniczą rolę odgrywali Żydzi. Dla tych, którzy wyobrażali sobie Arabię jedynie jako kilometry piasku, po których bez celu podróżowali na wielbłądach Arabowie, poniższe fakty będą zaskakujące.

Otóż z zapisków pochodzących z 280 r. wiemy, ze mieszkańcy Sheby i Jemenu czcili Athâr, czyli boginię Venus, jednakże do 378 r. owo pogaństwo zanikło i zostało zastąpione monoteizmem, który wzywał Pana nieba i ziemi, określanego mianem miłosiernego. Od historyków takich jak Jamme i Danielou wiemy, że południowa Arabia odgrywała od końca czwartego wieku dominującą rolę w historii Półwyspu Arabskiego. Wiemy również, że Jemen był nie tylko krainą urodzajną i prosperującą, lecz również widownią rzeczywistych prób bezprecedensowej, całkowitej judaizacji.

Naturalnie możemy zastanawiać się dlaczego i jak do tego doszło. Pierwszą rzeczą, z której należy zdać sobie sprawę to fakt, że dzisiejszy judaizm od dawna już aktywnie nie poszukuje konwertytów; byłoby jednak błędem sądzić, że tak było zawsze. U początków chrześcijaństwa żydostwo długo i zawzięcie walczyło przeciwko chrześcijańskim misjonarzom gdziekolwiek się oni pojawili, używając wszystkich dostępnych metod, a wśród nich prób pozyskiwania ludzi dla judaizmu. Po drugie należy pamiętać, że judaizm rozprzestrzenił się łatwo na Półwyspie Arabskim z uwagi na to, że wśród Arabów powszechne było obrzezanie. Po trzecie wreszcie należy wiedzieć, że na terenach Himarytów (dzisiejszego Jemenu) było wielu Żydów fakt ten został potwierdzony przez Filostorgiusza (greckiego historyka Kościoła, heretyka przyp. red. Zawsze Wierni), który donosi o napotkaniu w roku 356 ariańskiej misji kierowanej przez Teofila z Dibous. Od Filostorgiusza dowiadujemy się, że podczas gdy większość populacji w owym czasie była pogańska, Teofil dokonywał wielkich najazdów, nawracając króla i budując wszędzie kościoły. Tego rodzaju doniesienia pokazują skalę ekspansji rzymskiej i chrześcijańskiej, lecz ukazują również, że ekspansja ta napotykała na dobrze utwierdzoną na tych terenach społeczność żydowską.

W 378 r. król Jemenu zwrócił się przeciwko Imperium Rzymskiemu, sprzymierzając się z Imperium Perskim. Zmiana ta została przeprowadzona przy udziale Żydów, którzy stanowili jedyną intelektualną i społeczną elitę w kraju. Oznaczało to głęboki kryzys rzymskich wysiłków podejmowanych w kierunku kolonizacji półwyspu, a również niekorzystną aurę dla misjonarskich wysiłków chrześcijan, gdyż Persowie byli dalecy od okazywania sympatii wobec religii ich imperialnego rywala. W ten sposób od piątego wieku region zaczął już na zawsze zyskiwać perspektywę hebrajską.

Od Jana z Efezu wiemy, że na początku szóstego stulecia wybuchła wojna pomiędzy Aidogiem, księciem Etiopii a Dimionem, królem Jemenu. Ten ostatni był bardzo wyraźnie pro-żydowski do tego stopnia, że nakazał aresztować wszystkich rzymskich kupców, którzy przekroczyli granice Jemenu, z uwagi na rzymskie prześladowania Żydów. Niemniej jednak etiopski książę odniósł zwycięstwo, nawrócił się na chrześcijaństwo i wszędzie zbudował kościoły. Ta chrześcijańska ekspansja została uznana przez społeczność żydowską za prowokację. Simon de Beth Arshâm, perski biskup donosi, że Żydzi tyberiadzcy (główna ówczesna szkoła żydowska) wysyłali swych kapłanów z roku na rok i z sezonu na sezon, po to, aby prowokować kłopoty wśród chrześcijańskich Himarytów. Ruchem antyetiopskim i antychrześcijańskim kierował Żyd Du Nuwâs, który szybko sprzymierzył się z Persami. Również i on został pokonany przez siły chrześcijańskie. Z zapisków pochodzących z 618 r. dowiadujemy się, że król Jemenu był monofizyckim (ariańskim) chrześcijaninem imieniem Abramus, a jego dedykacja, napisana stylizowaną na pismo arabskie kursywą brzmiała: Z władzy, łaski i miłosierdzia Najmiłosierniejszego, jego Mesjasza i Ducha Świętego.

W północnej Arabii rozwinęła się inna sytuacja. Imperialny konflikt między Bizancjum i Persją zmusił pewne arabskie plemiona do zjednoczenia niektóre z nich opowiedziały się za pierwszym, inne za drugim imperium. Wiadomo jednak, że Arabowie nawróceni na chrześcijaństwo nie pozostawali w Al-Hijaz, gdzie ma znajdować się współczesna Mekka, lecz emigrowali do Syrii, Palestyny i Egiptu. Negatywny wynik tego był taki, że do roku 582 Al-Hijaz jawiła się oczom całego świata już jako prowincja żydowska. Obfite literackie i epigraficzne dowody na żydowską obecność w Al-Hijaz w pierwszych wiekach chrześcijaństwa można znaleźć np. w artykule Josepha Horowitza zatytułowanym Arabia, opublikowanym w Encyclopedia Judaica w roku 1929.

François Nau w swoim dziele pt. Chrześcijańscy Arabowie Mezopotamii i Syrii w siódmym i ósmym stuleciu (1933) pisze, że na początku siódmego wieku wszyscy Arabowie Mezopotamii i Syrii byli do pewnego stopnia chrześcijanami, przynajmniej jeśli chodzi o atmosferę życia. Wszędzie widziano jakichś pustelników i ascetów, wszyscy jadali w progach klasztorów, wszyscy byli obecni w sporach pomiędzy monofizytami i duofizytami. O. Henri Charles w swoim Chrześcijaństwie wśród koczowniczych Arabów z Limes i pustyni syryjsko-mezopotamskiej w regionie Hegira (Le Roux, 1936) twierdzi, że silna osobowość słynnego pustelnika św. Eutychesa naznaczyła początek bardzo owocnej misji, tak, że do roku 570 terytorium Gessanidów obfitowało w arabskie, monofizyckie klasztory.

Tak więc Półwysep Arabski był przez wieki nie tylko terenem działań wojennych, lecz również sceną walki teologicznej: walki pomiędzy żydami i chrześcijanami oraz między rozmaitymi chrześcijańskimi, heretyckimi sektami a katolicyzmem. Wszystkimi tymi wpływami nasiąkały społeczności i, jak się przekonamy, to wzajemne przenikanie rożnych kultów przygotowało grunt pod pojawienie się Koranu.

W czasie kiedy miały miejsce opisywane wydarzenia, następował stały rozwój i ciągłe zmiany w dziedzinie alfabetów stosowanych w regionie. Zmiany te są dzisiaj dobrze uwidocznione i wskazują, że Koran napisany w języku arabskim nie był żadnym cudem, lecz w rzeczywistości końcowym wynikiem dokonującego się przez wieki rozwoju.

Istnieją dwujęzyczne zapisy z Umm-al-Jimâl, datowane na początek trzeciego stulecia, w odniesieniu do których Littman w swoim Florilegium Melchior de Vogüé (Paryż, 1909) stwierdza, że ich pismo jest już stadium pośrednim zmierzającym w stronę pisma arabskiego, podczas gdy zapisy z Namâra, pochodzące z 7 grudnia 328 r., są już od tej pory pismem proto-arabskim. Ostatecznym wynikiem tego rozwoju są dedykacje z Harrân oceniane na rok 568 oraz z Zabad w regionie Syryjsko-Mezopotamskim, oba napisane pismem, które dziś nazwalibyśmy właściwym pismem arabskim. Jest to odmiana aramejskiego, który był podówczas na starożytnym wschodzie językiem handlowym. To co jest nie tylko interesujące, lecz faktycznie istotne, to fakt, że zarówno zapisy z Harrân jak i z Zabad są zapisami chrześcijańskimi. Nau pisze, że to przede wszystkim chrześcijanie stworzyli alfabety dla ludów przez nich nawróconych oraz nauczyli je czytać i pisać. Tak zwany klasyczny arabski nie jest wyjątkiem. Jego alfabet należy przypisać chrześcijanom, gdyż to właśnie u chrześcijańskich Arabów z Syrii znaleziono najstarsze przykłady tego pisma.

Miejsce i czas powstania oraz autorstwo Koranu

Naszkicowawszy historyczne tło powstania Koranu, możemy teraz umieścić to dzieło wraz z jego przesłaniem w odpowiednim kontekście. Koran nie jest dziełem spontanicznym, objawieniem spływającym z niebios; jest pracą o głębokich korzeniach, antycznym rodowodzie oraz zacięciu pasującym do tamtych czasów.

Nawet po krótkim przejrzeniu Koranu można się przekonać, że postacią centralną dla islamu jest Abraham, a już w początkowej modlitwie można zauważyć wyraźny brak islamskiego kolorytu: W imię Boga Miłosiernego, Dawcy Miłosierdzia, chwała niech będzie Bogu, Panu Wszechświata, Miłosiernemu i Dawcy Miłosierdzia! Władco w dniu sądu! Ciebie czcimy i u Ciebie szukamy pomocy. Prowadź nas drogą prostą, drogą tych, którym sprzyjasz, drogą tych, którzy nie są przyczyną Twego gniewu; tych, którzy nie idą na zatracenie (Koran w tłumaczeniu Thomasa Ballantine Irvinga, Islamic Foundation, Anglia, 1979). Można z łatwością zauważyć, że w modlitwie powyższej nie ma nic specyficznie islamskiego. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka mogłaby być modlitwą o rodowodzie zarówno żydowskim, jak i chrześcijańskim. Jeśli się nad tym zastanowić, to z pewnością okaże się to dziwnym zjawiskiem w przypadku islamu, rzekomo nowej religii. Jednakże br. Bruno wykazał, że w rzeczywistości modlitwa ta jest bardzo starą modlitwą żydowską o subtelnym nastawieniu anty-trynitarnym, a tłumaczenie Irvinga jest nieścisłe i nie oddaje całej subtelności oraz finezji koranicznego oryginału.

W miarę jak br. Bruno postępował naprzód w tłumaczeniu pierwszych dwóch sur Koranu, jaśniejszym stawał się właściwy temat tego dzieła oraz pojawiły się wskazówki co do autora Koranu i jego formacji.

Jest oczywistym, że autor Koranu, stanąwszy w obliczu gwałtownych, niekończących się konfliktów między żydami i chrześcijanami na terenie półwyspu, zmuszony był do refleksji nad przyczynami tak żałosnego końca owego sojuszu, jaki stanowiło przymierze z Bogiem. Zauważa, że znakiem przymierza z Bogiem jest obrzezanie, a przymierze zostało zawarte z Abrahamem. Jednak zwraca również uwagę na to, że pierwszym synem Abrahama poddanym obrzezaniu nie miał być Izaak, lecz Izmael, jego syn z niewolnicy Hagar. Przypomnijmy, że Bóg okazał swą moc wobec Abrahama dając syna Izaaka jego starej żonie, Sarze. Wiemy również, że wskutek nalegań Sary, Hagar i Izmael zostali odprawieni, a Izmael stał się ojcem narodu arabskiego. W ten sposób zostało zawarte przymierze z Abrahamem, który nie był ani żydem, ani chrześcijaninem, lecz poganinem który stał się doskonałym pierwszym muzułmaninem. Abraham i jego syn Izmael zostali uczynieni doskonałymi muslimayn. Mieli oni poświęcić Bogu swych następców w celu uczynienia ich narodem doskonałym muslimat. To wezwanie do doskonałości jest sprawiedliwością, która stała się udziałem Abrahama i Izmaela (albowiem Bóg, według autora Koranu nigdy nie przestał wysłuchiwać modlitw Hagar i jej syna), a również Izaaka, Jakuba oraz wszystkich proroków bez różnicy, nie wyłączając Mojżesza i Jezusa. Innymi słowy, nie ma różnicy między Starym a Nowym Testamentem, gdyż według autora Pięcioksiąg żydów i Ewangelie chrześcijan zostały źle wykorzystane dla wprowadzenia podziału wśród Narodów Księgi. Żydzi odpadli od Prawa, a chrześcijanie wykrzywili proroctwo Jezusa uczyniwszy Bogiem zwykłego człowieka i w ten sposób popadli w apostazję. Ostatecznie autor Koranu wzywa do ponownego zjednoczenia Narodów Księgi. Bazuje przy tym na rasowej linii Żydów, istniejącej dzięki obrzezaniu, i dodaje do tego wezwanie do doskonałości pochodzące z Ewangelii, przez cały czas podkreślając, że zerwanie przymierza z Bogiem przez żydów i chrześcijan nie unieważnia przymierza zawartego z Abrahamem i Izmaelem.

Mamy tutaj do czynienia z inną wizją islamu, postrzeganego jako wezwanie do doskonałości. W pewnym sensie musimy zauważyć w tej teologicznej argumentacji odbłysk geniuszu autora Koranu; coś, co pasowało do burzliwej atmosfery teologicznej półwyspu. Br. Bruno stwierdza: Zamiarem autora Koranu nie było stworzenie trzeciej religii, lecz obalenie dwóch poprzednich żydowskiej i chrześcijańskiej poprzez przywrócenie tego, co w jego mniemaniu było jedyną «tradycją» (giblat), czyli prawdziwym dziedzictwem Abrahama. Podczas gdy pierwsza sura Koranu jest bardzo stara i czysto żydowska, sury druga i trzeca koncentrują się odpowiednio na przypomnieniu ludziom wymagań żydowskiej Tory i chrześcijańskich Ewangelii. Dlatego też sura II kończy się modlitwą stworzoną przez autora, Panie Nasz, Dawco Obrzezania, która sytuuje się pomiędzy Yahweh żydów i Pater Noster chrześcijan.

Przywrócenie prawdy po islamsku

W jaki sposób, według autora Koranu, można odbudować prawdziwą religię Abrahama? Po prostu poprzez powrót do Jerozolimy, przez powrót do miejsca, gdzie stoi dom Abrahama oraz przez zjednoczenie z prawdziwymi wyznawcami, potomstwem Izmaela. Tradycja mówi nam, że dom Abrahama ma się znajdować w ruinach Świątyni Jerozolimskiej, to zaś ze względu na to, że według przekazów świątynia miała być położona w tym miejscu na górze Moria, gdzie Abraham został wezwany do złożenia ofiary z Izaaka. Dom nosi nazwę Bakka, a najczystszą formą wierności przymierzu jest pielgrzymka do domu (hiju lbayti) Bakka. Pielgrzymka przedstawiana jest jako nieograniczone błogosławieństwo i droga do Boga. Autor Koranu silnie podkreślając jej konieczność atakuje tym samym żydów, którzy przed wiekami przerwali swą pielgrzymkę do ruin świątyni, a także chrześcijan, którzy zabronili jej w imię Ewangelii, gdyż to nie prawo lecz duch jest tym, który zbawia.

Jednocześnie widzimy, że autor Koranu, mając nastawienie antychrześcijańskie, nie postrzega wszystkich chrześcijan w jednakowym świetle, ale czyni rozróżnienia. W surze III (w. 113) mówi o tych chrześcijanach, którzy stoją recytując słowa Boże pośród nocy, zaś w innym miejscu tej samej sury (w. 114) stwierdza: mówią z łagodnością i pozostają cisi, są dalecy wobec tego co poboczne i dobrowolnie oddają samych siebie. Są wśród tych, którzy cieszą się szczęściem. Są to jasne odniesienia do mnichów-pustelników, a Airgrain pod hasłem Arabia w Kościelnym słowniku historii i geografii (1924) wspomina, że mnisi, ze swoją siłą nawracania cieszyli się wysokim prestiżem wśród Arabów. Tak więc nie powinno nikogo zaskakiwać, że autor Koranu, człowiek wielkiego intelektu i subtelności, również podziwiał chrześcijański fenomen, który bezpośrednio znał. Co więcej, br. Bruno wykazuje, że autor dysponował imponującą wiedzą na temat kultury chrześcijańskiej, głęboko analizował Ewangelie i inne księgi chrześcijańskiego Objawienia. Wszystko to znalazło swój wyraz w odniesieniach i precyzji koranicznego tekstu. Autor Koranu był erudytą pierwszej klasy.

Celem autora i wiernych jest więc pielgrzymka i powrót do domu Abrahama (Bakka). IV i V sura Koranu koncentruje się na środkach wiodących do tego celu.

Historia mówi nam, że Jerozolima upadła w 614 r., kiedy to armie cesarza Herakliusza z Bizancjum zostały zmiażdżone przez Persów. Krauss w swojej Historii żydowskiej donosi, że Żydzi z południowej Palestyny sprzymierzyli się z Persami, być może byli to Żydzi ze wspominanej przez Torreya oazy Teima; mogły to być również bandy arabskie. Po przybyciu do Jerozolimy Żydzi z wściekłością zwrócili się przeciwko ludowi chrześcijańskiemu i jego świątyniom, w tym naturalnie przeciwko Grobowi Pańskiemu. Zanotowano jednak, że z największą furią Żydzi uderzyli w kościół Matki Bożej, Nea, którego znaczenie podkreślimy jeszcze w dalszej części artykułu.

Według Kraussa w 617 r. Żydzi zażądali określonych praw do autonomii w Świętym Mieście. Persowie już od trzech lat żyli w obecności chrześcijan z Jerozolimy i postrzegali ich jako ze wszech miar przychylnych i kompromisowych, toteż po pojawieniu się żydowskich żądań autonomii doszli do wniosku, że miara się przebrała. Postanowili wygnać Żydów do Persji. Z pism historyków takich jak Krauss i Graetz wynika, że jeszcze przedtem arabskie bandy zostały rozbite (przez Persów przyp. tłum.) na skutek zdrady Żydów, a sura III Koranu w tłumaczeniu br. Bruno (w. 118-119, 122) zawiera skargi na zdradę i perfidię fałszywych braci, synów Izraela.

Sura III Koranu traktuje o tej porażce Arabów; autor mówi tam o swojej kalwarii, lecz ostatecznie doprowadza własne rozważania Ewangelii do pozytywnego wniosku stwierdzając, że porażka ta nie jest klęska absolutną, lecz tylko oczyszczeniem. W tym miejscu pojawia się wspominany wcześniej historyczny mit o bitwie pod Badrem.

Badr jest obecnie małym miasteczkiem położonym na południowy zachód od Medyny, jednakże żadna z map starożytności nic nie mówi o jego istnieniu. Co więcej, słowo badr nie występuje w żadnym miejscu w Koranie ani w surze VIII, w którym wszyscy poprzedni tłumacze uparcie wspominają o bitwie pod Badrem, ani w surze III, gdzie słowo bi-badrin jest nieprawidłowo przetłumaczone jako pod Badrem. W surze IV (w. 6) pokrewne słowo bidâran jest właściwie przetłumaczone przez Blachere i Masson jako rozszczepienie lub rozproszenie i jest prostym zapożyczeniem z rabinistycznego, hebrajskiego słowa biddér, tzn. rozpraszać. Tak więc bi-badrin oznacza przez rozproszenie albo dzięki rozproszeniu. Islamolodzy tłumaczą to słowo jako Badr, gdyż nie biorą pod uwagę ani całościowego, ani też częściowego znaczenia tekstu. Z drugiej strony, tłumaczenie br. Bruno tworzy logiczną całość. Autor Koranu mówi o cudzie ocalenia owych arabskich band poprzez rozproszenie spowodowane przez Persów w 617 r. Jest to jeden z wielu przykładów, kiedy to tekst zachowuje jasny sens lingwistyczny i historyczny, podczas gdy tłumacze wprowadzają jedynie zamieszanie i sprzeczności.

Czy prawdziwy Mahomet zechce ukazać swoje oblicze?

Do tej pory ciągle mówiliśmy o autorze Koranu zamiast o Mahomecie, któremu wszędzie przypisywane jest autorstwo tego dzieła. Dlaczego? Z prostego powodu: człowiek zwany Mahometem nie napisał Koranu.

Wspomnieliśmy powyżej, że jeśli odłożyć na bok fantastyczne mity ksiąg Hadith i Sira, nie ma niezbitego dowodu na istnienie Mahometa. Jednakże historycznie muzułmanie twierdzą, że w koranicznym tekście autor sam nazywa siebie Mahometem, toteż nie może być żadnych wątpliwości co do jego tożsamości. Czy tak jest naprawdę?

Oczywiście jest prawdą, że w Koranie autor czyni szereg odniesień do samego siebie, nie mniej jednak daje się poznać jako człowiek oszczędny, jeśli chodzi o szczegóły dotyczące swej własnej osoby. W surze III (w. 144) nazywa siebie muhammadun, a określenie to zostało wzięte przez wspomnianego wcześniej Ibn Hisâma za rzeczywiste imię założyciela islamu. Br. Bruno twierdzi, że zabieg taki nie ma uzasadnienia i podaje szczegółowe dowody. Ciekawe, że twierdzenie o nieistnieniu Mahometa nie spotkało się z prostym odparciem ze strony ks. Michela Lagarde, który nie tylko sam jest ekspertem w tej dziedzinie, lecz również głęboko poświęcił się dla dialogu islamsko-chrześcijańskiego.

Br. Bruno tłumaczy słowo muhammadun jako umiłowany. Twierdzi, że jako takie słowo to nie jest imieniem, lecz tytułem nadawanym jakiejś osobie trochę tak, jakby powiedzieć np. o własnym dziecku światło mego życia, co rzecz jasna nie może być interpretowane jako właściwe imię dziecka. Według br. Bruno słowo muhammadun pochodzi od słowa źródłowego hmd, które jest arabskim zapożyczeniem biblijnego, źródłowego słowa hâmad, czyli pożądać lub pragnąć. W surze I (w. 2) br. Bruno wykazał, że pokrewne słowo al hamdu oznacza miłość, jaką każdy powinien żywić wobec Boga, Pana wieków. Z kolei południowo-arabskie zapisy z Jamme zawierają słowo mhmd, używane na określenie Boga żydów, tak więc oczywisty sens wyrażenia muhammadun sprowadza się do znaczenia ten, który jest przedmiotem miłości umiłowany najwyższe imię Boże. To zaś powinno wywołać w pamięci czytelnika słowa Ewangelii: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie (Mt 17, 5). Nie jest to jedyny raz, kiedy Jezus jest nazywany umiłowanym (muhammadun) Boga. W relacji ze spotkania Naszego Pana ze św. Janem Chrzcicielem nad rzeką Jordan czytamy: A oto otworzyły Mu się niebiosa i ujrzał Ducha Bożego zstępującego jak gołębicę i przychodzącego na Niego. A głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie» (Mt 3, 16-17). Koraniczny tekst nie wskazuje na to, jakoby autor przedstawiał się lub myślał o sobie jako o Bogu. W pierwszym rozdziale przedstawia raczej siebie i Naszego Pana Jezusa Chrystusa jako rasulun, czyli wyrocznie, proroków; w obu przypadkach chodzi tu o ludzi, o umiłowanych Boga. W Księdze Proroka Daniela prorok nazywany jest człowiekiem upodobanym, czyli îs hamudôt. Rzeczownik îs znaczy człowiek i jest w biblijnym wyrażeniu zastąpiony arabskim przedrostkiem m czyli mhamudôt, mahomet. Dla tych z nas, którzy nie są uczonymi- lingwistami może się to wydać nieco skomplikowane, lecz dzięki odrobinie wytrwałości przekonamy się, że jest do doskonale zrozumiałe w określonym kontekście.

Z tekstu Koranu w sposób oczywisty wynika, że autor znał pisma św. Pawła i wykorzystał je do osiągnięcia pożądanego przez siebie celu, to jest do przypisania Bożego przymierza synom Izmaela, ludowi doskonałemu, musliymat. Ks. de Nantes, kolega br. Bruno, idzie dalej uważa on, że w całej I surze Koranu podobieństwa do Ewangelii są tak bliskie i liczne, iż należy sądzić, że intencją autora było nie tylko naśladowanie podejścia św. Pawła, lecz postawienie siebie w miejsce Chrystusa. Ten ostatni wniosek może nie być tak daleko idący, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Porażka Chrystusa prowadząca na Kalwarię porównywana jest do niepowodzenia autora Koranu polegającego na niemożności dotarcia do domu Bakka w Jerozolimie w 614 r. Jego wierni zostali rozproszeni oto jego kalwaria. Używa przy tym terminu qarhun, oznaczającego kalwarię, specjalnie dla podkreślenia paraleli. Daje jednak do zrozumienia, że porażka nie zdołała go zmusić do zaniechania realizacji wytyczonego celu.

Spójrzmy teraz na słowo Mekka, o którym mówi się, że jest tłumaczeniem wyrazu Bakka. Od Hiro dowiadujemy się, że Mekka była miejscem urodzin Mahometa, centrum handlowym skupiającym około 5000 ludzi i miejscem, w którym Mahomet rozpoczął swój apostolat. Pojawiają się tutaj dwa problemy: po pierwsze, słowo Mekka wcale nie występuje w Koranie. To raczej słowo Bakka pojawia się raz i jest błędnie tłumaczone jako Mekka. Po drugie, wszystkie mapy starożytności dowodzą ponad wszelka wątpliwość, że miasto Mekka nie istniało w siódmym stuleciu. Znakomity kartograf XIX wieku, Vidal de la Blanche był ekspertem w dziedzinie wielkich szlaków handlowych starożytności. Wykorzystując Geografię Ptolemeusza wykazał on, że Mekka nie istniała (w siódmym stuleciu przyp. tłum.). Nie kwestionują tego ani ks. Lagarde, który w 1990 r. w publikacji Islamo Christiana dokonał przeglądu pierwszego tomu tłumaczenia Koranu autorstwa br. Bruno, ani nawet Blachere. Rzeczywiście, biorąc pod uwagę dążenie Blachere do promocji islamu kosztem chrześcijaństwa, jego świadectwo nabiera tu jeszcze większej wartości: Bez wątpienia bizantyjscy pisarze dostarczyli nam cennych informacji na temat arabskich emirów panujących na stepach Syrii za przyzwoleniem cesarza. Dzięki tym autorom dysponujemy rozsądnymi danymi na temat konfliktów wspomnianych emirów z ich babilońskimi odpowiednikami pozostającymi w służbie perskich Sasanidów. Możemy również ustalić religijną przynależność zarówno koczowniczych, jak i osiadłych arabskich plemion w Jordanii i ze stepów na zachód od Eufratu. Nawet tajemniczy Jemen dostarcza nam strzępów informacji o swej przeszłości i pozwala nam zrozumieć obce trendy; niektóre z nich zawędrowały tu z Etiopii współistniejąc z jej prastarym pogaństwem. Lecz o kołysce islamu Al-Hijaz i o Mekce, jego świętym mieście, nie mamy nic ponad przykłady islamskich «kartografów» (Problem Mahometa, 1952).
Innymi słowy, nie istnieje przed-islamska mapa świata, która wskazywałaby na istnienie Mekki. Próby wykazania, że Mekka istniała pod inną nazwą, Macoraba, zawsze były czystymi spekulacjami, a na ich poparcie nie istniały poważne dowody.

Tak więc jeśli nie istnieje Mekka, jakie jest znaczenie słowa Bakka? Słowo to pojawia się tylko raz w całym tekście Koranu (sura III, w. 96), w tym samym rozdziale, który mówi o powrocie wiernych do Jerozolimy. W surze II (w. 125 i 127) autor mówi o domu al bayt i przypisuje jego założenie Abrahamowi. Dlatego też jest absolutnie oczywiste, że dom znajduje się w Jerozolimie, a dokładnie wśród ruin Świątyni. Właśnie tak się składa, że słowo Bakka użyte jest w rozdziale w związku z domem, a może być jedynie odniesieniem do doliny Baka, która znajduje się na północ od doliny Hinnom i na zachód od Jerozolimy. W rzeczywistości znaczenie tego słowa jest tak jasne, że aż dziw bierze, dlaczego żaden z naukowych informatorów nie zasugerował go nawet jako jednej z możliwości. Ale to nie wszystko. Koran nie daje nam żadnego pojęcia co do położenia i układu Mekki, dostarcza za to szczegółowych informacji o Jerozolimie, co dodatkowo świadczy na korzyść faktu, że do tej pory zasadniczy temat Koranu koncentruje się wokół powrotu do Jerozolimy, do tej kolebki przymierza zawartego przez Boga z Abrahamem i jego synem, Izmaelem.

W surze II, w. 158, autor używa terminu as-safâ, który jest hebrajskim zapożyczeniem słowa ha- sôphîm, oznaczającego wartownię. Tak się składa, że na północ od Jerozolimy znajduje się wzgórze połączone z Górą Oliwną, określane po grecku jako skopos. Można znaleźć o nim wzmianki w literaturze rabinistycznej; jest to punkt, z którego można obserwować Jerozolimę niczym z wartowni. Skopos oznacza po grecku wartownię.

Następnie, autor Koranu obiecując wiernym w surze IV w. 13 i gdzie indziej, że wejdą do ogrodów janna, gdzie płyną podziemne rzeki min tahtihâ, nie stosuje wcale figur literackich. Przeciwnie, dokładnie opisuje system nawadniania ówczesnej Jerozolimy! W okresie bizantyjskim, obszar położony na północny zachód od murów Jerozolimy był znany jako Ogrody. Chrześcijanie mówiący po aramejsku określali je słowem Pordesaya. Grecy nazywali je Phordesa, a Żydzi Pardesaya. Wszystkie te słowa oznaczają raj. Nietrudno dostrzec uzasadnienie dla takiej nazwy. Jerozolima, położona na trudnym terenie, zawsze narzekała na suszę trwającą od maja aż do października. Sytuację pogarszał wiatr, przeważnie wschodni. W celu zapobieżenia tym problemom zbudowano podziemny system zbiorników, który łączył się z powierzchnią poprzez wąski wylot. Zbiorniki te napełniały się w okresie od listopada do marca dzięki ciągłym opadom deszczu i w ten sposób umożliwiały pomyślne zbiory. J. T. Milik w swojej książce Św. Tomasz z Phordesa pisze, że był to kompletny, złożony system irygacyjny. Oto wasze podziemne rzeki!

Jeszcze inny przykład. Słowo Gehenna pojawia się jednokrotnie w surze II, trzykrotnie w surze III i siedmiokrotnie w surze IV. W języku arabskim słowo to brzmi jahannam i jest używane na określenie doliny gniewu. Gehenna jest doliną położoną na południe od Jerozolimy, wychodzącą na zachód z doliny Baka. Było to opustoszałe publiczne miejsce, w którym nieustannie płonął ogień spalający śmieci. Ognie Gehenny są symbolem wiecznego potępienia, lub, jeśli ktoś woli, wiecznego gniewu. Tekst jest szczególnie poruszający, gdyż przemieszczając się z doliny Baka w kierunku doliny Gehenna podróżujemy z raju do piekła; fizyczna rzeczywistość ze składową teologiczną.

Kaba, Kawaiba, Kubos

Zajmijmy się w końcu problemem kamiennej świątyni lub Domu Bożego zwanego Kaba, mającego znajdować się w środku meczetu w Mekce, a będącego najważniejszym sanktuarium islamskiego świata. Ponieważ Mekka nie istniała w siódmym stuleciu, musimy zadać sobie pytanie co znaczyło słowo Kaba dla autora Koranu.

Po raz pierwszy słowo to zostało użyte w surze IV, w. 6. Oznacza ono sześcian (kostkę) po grecku kubos i odnosi się do fundamentu kamiennego domu. Ks. Jomier w swoim artykule Kaba twierdzi, że wyraz ten pochodzi od mniej więcej «sześciennej» formy tego sanktuarium. Jego zdaniem słowo to było już wcześniej używane na określenie specyficznych sanktuariów o tym samym kształcie. Br. Bruno zdołał zidentyfikować dwa takie sanktuaria: pierwsze w Petrze, skąd autor Koranu wraz ze swymi wiernymi wyruszyli w drogę powrotną do Jerozolimy, drugie zaś u wrót samej Jerozolimy. Ważne jest, aby zwrócić uwagę, iż słowo Kaba pojawia się po raz czwarty i ostatni w surze LXXVIII, w. 33 w całkiem innym znaczeniu: dziewice kawâiba. Te dwa znaczenia są tak radykalnie odmienne, że uzasadnionym będzie pytanie: czy Kaba to określenie domu, czy też dziewicy?

Wiemy, że określenie Kaba było zwykle powiązane (w tekście Koranu przyp. tłum.) z promenadą (maqâm) Abrahama, a zarówno jedno jak i drugie było związane z domem al bayta. Dom jest Świątynią Jerozolimską, a maqâm to dziedziniec świątyni czyli, można powiedzieć, święta Skała Góry Moria. Dlatego też, jeśli chcemy znaleźć rzeczywiste źródło określenia Kaba, musimy znów zwrócić nasze spojrzenie w stronę Jerozolimy.

Z homilii św. Germana z Konstantynopola (634-733), poświęconej zaśnięciu Matki Bożej i przeniesieniu Jej ciała z domu w Świętym Syjonie do grobowca w Gethsemani dowiadujemy się, że po drodze znajduje się monument znany w języku greckim jako Kubos. Św. German mówi: Na szlaku orszaku pogrzebowego prowadzącego w dół doliny Jozafata ma znajdować się monument w kształcie sześcianu… W centrum tego pomnika znajduje się czcigodna kolumna wzniesiona na pamiątkę cudu uleczenia bezbożnego żyda. Wiemy również o mnichu imieniem Epifaniusz, który odbywając w siódmym stuleciu pielgrzymkę do Ziemi Świętej opisuje ten monument słowem tetrakiinin. Epifaniusz stwierdza, że była to sześcienna budowla z czterema kolumnami zwieńczona kopułą. O. Daniel (1099- 1185) jest nawet bardziej precyzyjny: 100 jardów od wrót miasta (Jerozolimy) znajduje się miejsce, w którym Jofoniasz (najwyższy kapłan) próbował zrzucić ciało Matki Bożej niesionej przez apostołów na noszach do Getsemani. Pojawił się anioł i mieczem odciął obie ręce Jofoniasza, które pozostały przytwierdzone do noszy. O. Daniel dodaje: Od tego miejsca do grobowca Matki Bożej pozostaje 200 jardów. Pozwala to precyzyjnie usytuować monument położony u wschodnich wrót świętego miasta. Cud wspomniany przez św. Germana polegał na tym, że bezbożny żyd Jofoniasz odzyskał swe ręce i nawrócił się do Kościoła katolickiego. W tej chwili zagadka jest już łatwa do rozwiązania.

W celu zadośćuczynienia za atak na Matkę Bożą, chrześcijanie Jerozolimy wznieśli pomnik ku Jej czci. Najwyższy kapłan Jofoniasz przybył tam i został cudownie uzdrowiony. Jest prawdopodobne, że w siódmym stuleciu, w czasach Epifaniusza, muzułmanie ciągle żywili szacunek i cześć wobec tego świętego miejsca (kubos) poświęconego Dziewicy (kaba) i splamionego bezbożnym działaniem Jofoniasza. W ten sposób widzimy, jak łatwo (na poziomie lingwistycznym przyp. tłum.) sześcian mógł stać się dziewicą. Na obecnym etapie badań hipoteza dobrego mnicha br. Bruno sprowadza się do tego, że muzułmanie wzięli Kubos za symbol domu Abrahama i przenieśli go (lub tylko jego podstawę) w inne miejsce z nieznanych powodów. Oczywiście jest możliwe, że Kaba w Mekce ma zupełnie inne pochodzenie, nie mające związku z czymkolwiek, co występuje w Koranie.

Jedynym celem tego artykułu była próba przekazania niektórych spektakularnych odkryć dokonanych przede wszystkim przez br. Bruno z nadzieją, że zachęcą one zainteresowanych do głębszych poszukiwań. Badania są dalekie od ukończenia. Pozostaje do przetłumaczenia dalsze 109 sur, z których każda niesie ze sobą istotne, odkrywcze informacje na temat początków i rozwoju islamu naszkicowanych przez autora Koranu. Z pewnością istotnych informacji dostarczą również eksperci zaangażowani w prace archeologiczne nad rozległym chrześcijańskim opactwem odkrytym w piaskach Al Oosour (1990) datowanym aż na koniec szóstego, a być może na siódmy wiek. To wszystko w przyszłości.

Dzięki poważnej, autentycznej naukowej analizie, prawdziwość islamskiej tradycji spod znaku ksiąg Hadith i Sira została zakwestionowana. Można wykazać, że ani Mekka, ani Badr nie istniały w owych czasach, a wraz z tym wszystkie historie o proroctwach i militarnych zwycięstwach Mahometa są jedynie jednym wielkim wymysłem. W rzeczywistości można wykazać, że postać taka nigdy nie istniała. Dzięki systematycznemu tłumaczeniu Koranu okazało się, że nawet samo znaczenie słowa islam zostało przekręcone. Tłumaczenie ukazało za to podłoże teologiczne i historyczne, dzięki któremu możliwe było pojawienie się Koranu. Istotna rola, którą odegrała w tym teologiczno-historycznym rozwoju społeczność żydowska, skierowała badaczy ku poszukiwaniom prawdziwej tożsamości autora Koranu, człowieka niewątpliwie o wyjątkowym talencie, energii i przenikliwości. W rzeczywistości badania br. Bruno to inspirujące dzieło wskazujące na to, że islam jest faktem gdyż islam wyłaniający się z Koranu rzeczywiście jest faktem. Jednocześnie jednak staje się coraz bardziej oczywistym, że islam dnia dzisiejszego jest iluzją, która tak naprawdę z wybitnym geniuszem autora Koranu ma wspólną jedynie nazwę religii, bo nawet nie jego potężną księgę, którą rozumie opacznie. Oto sprzeczność stająca się paradoksem, o której wspomniano na początku artykułu.

Posted in Kościół | 49 Komentarzy »