Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Archive for Czerwiec 18th, 2010

Doktora Dariusza Ratajczaka wspomina jeden z jego przyjaciół

Posted by Marucha w dniu 2010-06-18 (Piątek)

Dariusz Ratajczak padł ofiarą intrygi na Uniwersytecie Opolskim. W broszurze, którą wydał własnym sumptem na początku 1999 r., oprócz publicystyki historycznej znajdowały się także uszczypliwości pod adresem władz uczelni. Uszczypliwości satyryczne, pisane z przymrużeniem oka, ale na tyle dotkliwe, by zdenerwować tych, których dotyczyły. Wywołało to chęć uderzenia w niego, a skuteczny sposób znaleziono w przedstawieniu krótkiego rozdzialiku poświęconego rewizjonizmowi historycznemu jako jego własnych przekonań.

Doktor Ratajczak popełnił błąd, nie komentując streszczenia, którego dokonał, co stało się pretekstem do przyparcia na niego ataku. Atak był bezwzględny i brutalny. Darek został wyrzucony dyscyplinarnie z uniwersytetu, otrzymał zakaz nauczania na wszystkich szczeblach, a jego sprawą zajęły się prokuratura i sąd. Mijały miesiące, a potem lata – nie mógł znaleźć pracy, był napiętnowany jako ten, który „uważa, że w Oświęcimiu nie było komór gazowych”. Doktora nauk historycznych, człowieka wykształconego, komunikatywnego, mającego w sobie dużo życiowego entuzjazmu nie chciano nigdzie zatrudnić.

Najgorsze, że nikt, kto go znał, nie był w stanie mu pomóc. To jest najgorsze, bo nawet dziś publiczne wypowiadanie się o nim z sympatią ściąga na ludzi odium – uznawani są oni za przyjaciół negacjonisty i antysemity. Bardzo mi go szkoda. Uważam, że jego historia dowodzi tego, iż żyjemy w państwie, w którym w majestacie prawa można zniszczyć człowieka za przekonania. A on wierzył w wolność słowa w niepodległej Polsce i w sprawiedliwość.

Jedną z pierwszych osób, która rzuciła w niego kamieniem, był pan Bartoszewski. Już na samym początku prowadzonej na niego nagonki na łamach „Gazety Wyborczej” Bartoszewski wysłał go na leczenie psychiatryczne, dezawuując jego kwalifikacje jako historyka i wykładowcy akademickiego. Kiedy niedawno pytałem kolegę, co słychać u Darka, odpowiedział, że jedyne, co go może uratować, to wyprowadzenie się z Opola i zmiana nazwiska. To świadczy o skali zaszczucia i presji, jakiej Darek był poddany przez ostatnie 10 lat swojego życia.

Not. MZ, „Nasz Dziennik”.

Od admina: tenże Nasz Dziennik w artykule „Samobójstwo ofiary nagonki Gazety Wyborczej” bez słowa komentarza zamieszcza teorię o rzekomym samobójstwie historyka. Co najmniej dziwne nam się wydaje, by samobójstwo popełnił człowiek, który właśnie kupił sobie samochód i miał zamiar jechać nim do pracy w Holandii. Jeszcze dziwniejszy wydaje nam się fakt potwierdzony przez kilku świadków, iż samochód ze zwłokami pojawił się na parkingu jakieś 1-2 dni po śmierci dr-a Ratajczaka.

Posted in Me(r)dia, Różne | 69 Komentarzy »

Polskie Podziemie po II Wojnie Światowej

Posted by Marucha w dniu 2010-06-18 (Piątek)

Otrzymaliśmy obszerne fragmenty referatu dr Dariusza Ratajczaka. Wygłosił go 1.8.2004 roku w Kędzierzynie – Koźlu na spotkaniu poświęconym Polskiemu Podziemiu lat 1944-1948. W spotkaniu uczestniczyła młodzież reprezentująca różne kierunki Ruchu Narodowego w Polsce. Zapis z taśmy magnetofonowej. – Redakcja [„Wiru” – przyp. adm.]

Osobiście bardzo się cieszę, że nasze spotkanie poświęcone jest polskiemu zbrojnemu podziemiu niepodległościowemu po zakończeniu II Wojny Światowej. Decyduje o tym tradycja rodzinna, oczywista – chociaż, siłą rzeczy, mocno skrótowa, wręcz impresyjna – chęć przybliżenia tematu siedzącym tu młodym ludziom […]

Od wielu już lat, gros mass-mediów w Polsce, opanowanych przez rozpoznane, czyli „wiadome” siły, stara się przedstawić problematykę podziemia w fałszywym świetle. Oto zaczynają się pojawiać filmy dokumentalne lub teksty publicystyczne, w których niedwuznacznie sugeruje się, że niewątpliwi, tragiczni bohaterowie tamtych czasów byli ludźmi „kontrowersyjnymi”, że mordowali niewinnych ludzi.

Przykładami mógłbym obdzielić kolejne trzy nasze spotkania, wspomnę tylko o jednym. Otóż czytam tekst, jaki w 2001 roku ukazał się w żydowskim miesięczniku „Midrasz”. Rozmawiają panowie Piotr Paziński, będący również dziennikarzem „Gazety Wyborczej”, co na jedno wychodzi, oraz słynny reżyser, Jerzy Hoffman. Przy okazji: jego „słynność” polega na tym, że dokonał swoistego harakiri na ekranizacji „Ogniem i Mieczem” Henryka Sienkiewicza. Pewnie niewiele brakowało, by wpiął w sobolą czapkę Bohuna „szlachetny znak Tryzuba”. Paziński pyta się reżysera, co sądzi o sejmowej debacie na temat „dziękczynienia dla Wolności i Niezawisłości”, a ten odpowiada: Każda partyzantka… na każdym etapie bandycieje. Dla mnie, na przykład, Narodowe Siły Zbrojne kojarzą się w zdecydowanie negatywny sposób.

Co ten człowiek wie o WiN i NSZ? I tacy ludzie ekranizują historię? Hoffman ma szczęście, że nie żyje już śp. Stefan Marcinkowski z Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Miałem zaszczyt poznać tego żołnierza, później członka Kongresu Polonii Amerykańskiej, podczas jego wizyty w Polsce (bodajże w 1990 roku), na krótko przed jego śmiercią. Pewnie laską obiłby siedzenie potwarcy.

Zresztą ta swoista, antypolska rewizja historii dotyczy również wojennych dziejów Armii Krajowej, że wspomnę o skandalicznych tekstach Michała Cichego w „Gazecie Wyborczej”, oskarżających AK o rżnięcie niedobitków żydowskich podczas Powstania Warszawskiego. Wszystko to wpisuje się w szeroki, zorganizowany nurt antypolskości, na który składają się obrzydliwe kłamstwa dotyczące „polskich obozów koncentracyjnych”, „polskiego antysemityzmu”, „współpracy polsko-niemieckiej w dziele niszczenia Żydów podczas wojny”, „sprawy Jedwabnego”.

Ciężko z tym walczyć. Nie dlatego, że nie mamy argumentów (bo mamy!), nie dlatego, że ponosimy winę (bo nie ponosimy!), nie dlatego, że brakuje nam inteligencji i odwagi (nie brakuje!). Nie mamy środków – mówiąc brutalnie: pieniędzy, by „sprzedać” publice nasze racje. Cóż znaczy szlachetna książka wydana w nakładzie 1000 egzemplarzy wobec „Gazety Wyborczej”, której dzienny nakład wynosi coś około 0,5 mln? Cóż znaczy fantastyczny wykład wobec kłamliwego filmu dokumentalnego oglądanego przez 3 mln telewidzów.

Oczywiście trzeba jednak wydawać, referować i pisać… Trzeba protestować, jak robi to Polonia amerykańska, kanadyjska, czy australijska, gdy po raz kolejny ukazuje się kretyński tekst dotyczący wspomnianych „polskich obozów koncentracyjnych”… Kropla drąży skałę. Jesteśmy to winni prawdzie, uczciwości, honorowi, Narodowi i Ojczyźnie. A poza tym, zawsze to powtarzam, nie przemogą, nie przemogą… Przeciwnik na razie wygrywa bitwy, ale wojnę przegra z kretesem. Tego bądźmy pewni. Na kłamstwie nikt niczego jeszcze nie zbudował. Powiedzmy sobie tak: moralne kundle wyją do księżyca, a nasza skromna karawana, obijana, potrzaskana, ze skrzypiącymi kołami, nadal jedzie. I będzie jechała.

Przechodząc do meritum… Lewicowe publikatory, typu „Gazeta Wyborcza”, „Trybuna”, czy „Nie” Jerzego Urbana, twierdzą, iż w latach 1944-1948 mieliśmy w Polsce do czynienia z wojną domową, a zatem z dramatem wielu Polaków walczących i ginących po obu stronach barykady. Nic bardziej błędnego. Po 1944 roku nie było w Polsce wojny domowej. Sytuacja była jasna. Oto okupację niemiecką zamieniliśmy na okupację sowiecką. Nie łudźmy się. Gdyby nie potężna pomoc sowiecka świadczona polskim komunistom – od Armii Czerwonej poczynając, na NKWD kończąc – los krajowej komuny byłby szybko przesądzony. W walce z narodem, pozostawiona własnemu losowi, nie miałaby żadnych szans, zostałaby rozniesiona w strzępy.

Jak w ogóle można mówić o wojnie domowej w tych latach, skoro z jednej strony mamy świetnie wyekwipowane przez Sowietów „Ludowe Wojsko”, powstaje specjalnie przeznaczony do walki z podziemiem niepodległościowym Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego, komuniści dysponują środkami, na jakie stać jedynie totalitarną władzę, mogą liczyć na pomoc światowego mocarstwa, z drugiej zaś, całej tej machinie przeciwstawiają się słabo uzbrojone oddziały leśne? Wojna domowa powinna spełniać warunek przybliżonej równowagi sił między wrogami. Tutaj nie został on spełniony.

[…] Dlaczego podziemie niepodległościowe po 1944 roku było słabsze od tego z lat II Wojny Światowej? W lipcu 1944 roku, gros oddziałów AK, wykonując akcję „Burza”, ujawniło się wobec wkraczających do Polski Sowietów. Miało to fatalne następstwa. Żołnierzy rozbrojono, część wcielono do „Armii Berlinga”, niektórych, jak w przypadku żołnierzy AK z Wileńszczyzny, wywieziono na Wschód. Dla organizującego się antykomunistyczno-niepodległościowego podziemia, większość z tych ludzi była stracona.

Pamiętajmy również o hekatombie Powstania Warszawskiego, w którym zginął kwiat polskiej, patriotycznej młodzieży, w którym zagładzie uległy najlepsze jednostki bojowe AK. Strasznie tych ludzi będzie brakowało Polsce po wojnie. To oni mieli tworzyć warstwę przywódczą wolnego narodu. Zbrakło ich… Wkrótce dobito w stalinowskich więzieniach tych, którzy wojnę przeżyli. Szczęśliwcy znaleźli się na emigracji. Jakże brakuje tych wszystkich ludzi, jakże inaczej wyglądałaby polska świadomość narodowa, gdyby przeżyli lub, zmuszeni okolicznościami, nie opuścili Kraju.

Zamiast nich, pojawili się synalkowie i córeczki komunistycznych tatusiów buntujących się przeciwko rodzicom. Myślę o tych wszystkich „Michniko-Kuronio-coś tam”, tych wszystkich trockistach, lewakach, facetach o zaburzonej świadomości narodowej i moralności rodem z „Dzielnic Czerwonych Latarń”. To oni stali się tą fałszywą inteligencją, to oni zajęli miejsce im nienależne. Prawem kaduka, prawem kaduka. Właśnie powoli zastępują ich kolejne zastępy córeczek i synalków wlewających się na podobieństwo wodospadu do redakcji gazet, telewizji, radia, polityki itd. Ani to polskie, ani ładne. „Ni pies ni wydra, coś koło świdra”.

Wskazując na przyczyny braku możliwości skutecznego opierania się komunistom, powiedzmy i to, że w 1944/45 roku, wielu Polaków było zmęczonych 5-letnią okupacją niemiecką i pierwszą okupacją sowiecką (1939-1941). Naprawdę nie można było wymagać, aby po raz kolejny naród wzniósł się na „bojowe wyżyny”. Zresztą, byłoby to nieroztropne. Pamiętajmy, że istnieje coś takiego, jak „ekonomia narodowej krwi”. Obóz narodowy zawsze zwracał na to uwagę i tak już zostanie.

Pomimo wskazanych ograniczeń, podziemie niepodległościowe skupiało wcale licznych, naprawdę twardych i świadomych patriotów. To byli ci najlepsi z najlepszych, wierzący, że opór ma sens, że wkrótce dojdzie do konfliktu Zachodu z Sowietami. Oczywiście nic z tego nie wyszło…, ale to wiemy my. Oni tej wiedzy byli jeszcze pozbawieni. To była ta część, którą naród przeznaczył do aktywnej walki z komuną. Zresztą, owi „leśni ludzie” nierzadko nie mieli wyboru: albo walka z komuną w oddziale partyzanckim, albo aresztowanie, wywózka na Wschód, tudzież anonimowa śmierć…

Powiem tak: skrwawiony naród po 1944 roku zachował się racjonalnie. Wygenerował legalną opozycję w postaci Polskiego Stronnictwa Ludowego, bo tylko na to komuniści pozwolili. Ludzie odbudowywali Kraj, zasiedlali Ziemie Odzyskane i… swoje myśleli o pachołkach Rosji. Dali temu wyraz w słynnym referendum czerwcowym. Istotna cząstka walczyła z bronią w ręku. To była instynktowna, równoczesna „gra na 2-3 fortepianach”. Przeciwnik nie uznawał jednak żadnych reguł, a Zachód po zwodniczych deklaracjach („wolne wybory”, „demokracja” itd.), po prostu zgodził się na zniewolenie połowy kontynentu.

Podziemie niepodległościowe w Polsce, w latach 1944-1948, nie stanowiło jednej, scentralizowanej struktury. Wiele oddziałów leśnych działało de facto niezależnie, nie podporządkowując się żadnym wyższym instancjom. Bez wątpienia największą i najpoważniejszą organizacją niepodległościową, nazwijmy ją jednak centralą dla innych grup, był WiN, czyli Wolność i Niezawisłość.

WiN był kontynuacją AK w „zmienionych warunkach”. Poprzedzały go organizacja „Nie” (Niepodległość) i Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj. Jego pierwszy Prezes, płk. Jan Rzepecki, pragnął nadać organizacji charakter bardziej cywilny niż wojskowy, zawarty w formule: „Ruch Oporu Bez Wojny i Dywersji”. Chodziło mu o „rozładowanie lasów”, obawiał się bowiem, że walki partyzanckie z komunistami nie mają szans powodzenia. W zamian, on i jego współpracownicy proponowali przedsiębranie akcji uświadamiających, informujących i przygotowujących społeczeństwo do wolnych – jak sądzono – wyborów. Niestety, wybory z 1947 roku ordynarnie sfałszowano, zatem WiN, zmuszony warunkami narzuconymi przez komunę, zaktywizował działania dywersyjne, czy zbrojne.

Historia WiNu dzieli się na 2 zasadnicze okresy. W pierwszym (wrzesień 1945 – styczeń 1948), WiN jest niezależną organizacją kroczącą „drogą dziejową AK”. W drugim, od początków 1948 do końca 1952 roku, „góra” konspiracji zostaje opanowana przez agentów bezpieki.

Na pewno WiNowi nie było podporządkowane działające w Polsce podziemie narodowe. Co więcej, kierownictwo WiN wręcz nieprzyjaźnie odnosiło się do narodowców. Przykładowo, Rzepecki nosił w sobie „anty-endecką” fobię, czemu dawał wyraz jeszcze podczas wojny. Narodowcy to oczywiście żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowej Organizacji Wojskowej, wreszcie Narodowego Związku Wojskowego. Kwestie nazewnicze dla okresu powojennego są w tej materii mocno skomplikowane i nie miejsce, aby je tu szerzej rozszyfrowywać. Powiem tylko, że poszczególne jednostki terenowe NZW często używały dawnej nazwy: NSZ.

Dla komunistów prawdziwą „zwierzyną łowną” byli NSZ-owcy. Wynikało to ze słusznej koncepcji walki przyjętej przez kierownictwo organizacji podczas wojny. Uznało ono w 1943 roku, że Polska znajdzie się pod sowiecką okupacją. Aby „wyczyścić przedpole” dano rozkaz do Akcji Specjalnej, która oznaczała likwidację komunistycznych band terrorystycznych, siejących trwogę na Lubelszczyźnie czy Kielecczyźnie. Było to postępowanie słuszne, zgodne z polską racją stanu, cieszące się poparciem miejscowej ludności.

Oczywiście ta duża, poważna organizacja (75 tys. żołnierzy), nie zaprzestała walki z Niemcami. Warto wspomnieć, że kierownictwo NSZ sprzeciwiało się idei wybuchu powstania w Warszawie, jednak gdy walki w stolicy wybuchły – miejscowi żołnierze NSZ chwycili za broń. To znamienne dla obozu narodowego i warte zapamiętania: unikaj niepotrzebnego rozlewu krwi, walcz, gdy nie ma odwrotu… Albo: działaj fortelem. W tym wypadku myślę o epopei Brygady Świętokrzyskiej NSZ, która w styczniu 1945 roku wycofała się za liniami niemieckimi do Czech, następnie wyzwoliła obóz koncentracyjny w Holeszowie i przekroczyła granicę strefy amerykańskiej w Niemczech. Jej mądry dowódca, płk. „Bohun”- Dąbrowski, uratował ponad tysiąc młodych ludzi. Przez następne dziesiątki lat komuniści przypięli Brygadzie łatkę kolaborantów. Nie bez sukcesów… Propaganda robi swoje, nawet ta prymitywna, komunistyczna.

Mówiąc o podziemiu narodowym nie wolno nie wspomnieć o „królu Podbeskidzia”, kpt. Henryku Flame – „Bartku”, byłym pilocie w kampanii wrześniowej, komendancie NSZ powiatu Cieszyn podczas niemieckiej okupacji. Jego zgrupowanie partyzanckie liczyło 400 żołnierzy, w latach 1945-47 stoczyło 240 walk z grupami operacyjnymi UB i KBW. 3 maja 1946 roku opanowało nawet na krótko Wisłę. Część żołnierzy „Barka” została z zimną krwią wymordowana przez komunę w Łambinowicach k. Opola. Z tego co wiem, śledztwo w tej sprawie szybciutko umorzono. Cóż, to nie Jedwabne, gdzie wszystko na rozkaz, „ruki po szwam”, spłoszony wzrok prezesa IPN, Kieresa, itd…

Na zasadzie impresji wspomnijmy również o legendzie Podhala – „Ogniu”, czyli Józefie Kurasiu. To był twardy góral, niezależny człowiek (miał konflikty z miejscowym dowództwem AK podczas wojny, przeszedł do Konfederacji Tatrzańskiej, związał się ze Stronnictwem Ludowym), dobry dowódca i patriota. W czerwcu 1943 roku, Niemcy spalili jego dom, zabili żonę, syna i ojca. Stąd pseudonim. Po zajęciu Podhala przez Sowietów, na chwilę został, zapewne ze względów taktycznych, szefem Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Nowym Targu. Zabiera z posterunku broń i idzie z podkomendnymi do lasu. Na Turbaczu mówi chłopcom: walkę musimy zacząć od początku i teraz będziemy się bić za Polskę z komunistami. Jego zgrupowanie „Błyskawica” liczyło pół tysiąca żołnierzy. Nigdy nikomu się nie podporządkowało. Przez długie miesiące stanowiło prawdziwy problem dla komunistów. Otoczony przez bezpiekę „Ogień”, śmiertelnie postrzelił się we wsi Ostrowsko, w lutym 1947 roku.

Wielu ich było: rotmistrz Zygmunt Szendzielarz ze sławnej V Wileńskiej Brygady Śmierci, Hieronim Dekutowski – „Zapora”, Stanisław Sojczyński – „Warszyc”, dowódca Konspiracyjnego Wojska Polskiego, Antoni Olechnowicz i jego Mobilizacyjny Ośrodek Wileńskiego Okręgu AK z siedzibą (czasową, tak sądzili wilniucy) w Gdańsku, żołnierze Wielkopolskiej Samodzielnej Grupy Ochotniczej „Warta”… Ginęli oni, ginęli inni. Przeżył legendarny Antoni Heda – „Szary”- autor głośnego rozbicia więzienia w Kielcach – przeżył i nadal, pomimo podeszłego wieku, walczy, pisze, protestuje… Nie tylko on przerażony jest tym, co dzieje się w Polsce po… kontrolowanym upadku komunizmu.

Proszę Państwa!

W gruncie rzeczy nadal niewiele wiemy o podziemiu niepodległościowym w l. 1944-1948. Jeszcze mniej, o beznadziejnych walkach toczonych przez „epigonów” w latach następnych. Nazwano ich „żołnierzami wyklętymi”. Bo istotnie takimi byli. Wyrwano ich z korzeniami w dobie „Polski Ludowej”. Nadal podważa się ich patriotyzm, moralność, ideowość. Wyświetlane ostatnio w publicznej telewizji filmy o „Ogniu” i „Burym” nie są dziełem przypadku. Widać, ubecka dziatwa mocno dzierży ster mediów. Iluż to historyków przed 1989 rokiem żyło – i to bardzo dobrze – z pisania nieprawdy o tych ludziach. Iluż łgało w żywe oczy? Tym kłamcom włos nie spadł z głowy, objęła ich słynna „gruba kreska”?

Źle świadczy o narodzie, gdy zapomina o własnych bohaterach. To samo mógłbym powiedzieć o „naszych” elitach politycznych… Mam jednak dylemat. Polskie one, czy „hybrydalne”? Narodowo-patriotyczne, czy kosmopolityczne?

Najwyższy czas, Drodzy Koledzy, skończyć z tym hamletyzowaniem. Czas podjąć walkę o prawdziwą, wielką duchem Polskę. Inne państwo w tej części Europy, zważywszy na potencję sąsiadów ze Wschodu i Zachodu, istnieć nie może. Albo Polska będzie wielka, albo przestanie istnieć. Nie stać nas nawet na średniość. To będzie zadanie dla Waszego pokolenia. Jesteście je winni również cieniom tych, którzy zginęli w nierównej walce w pierwszych latach po zakończeniu II Wojny Światowej.

Dziękuję za uwagę.

Od Redakcji “Wir”: Dzięki Pani Danie Alvi z witryny Polsko-Amerykańskiego Komitetu Stosunków Wzajemnych PAPUREC za przekazanie tekstu. Polecamy tę witrynę z bogatym zbiorem ważnych dla Polaków materiałów.

Prelekcję wygłosił dr Dariusz Ratajczak.

Posted in Historia, Polityka | 30 Komentarzy »

Będziemy słono płacić za euro

Posted by Marucha w dniu 2010-06-18 (Piątek)

Koalicja PO – PSL z uwagi na to, że Polska nie jest w strefie euro, nie miała obowiązku szafować pieniędzmi podatników, a jednak minister finansów wyskoczył przed szereg i zaoferował zagrożonym krajom gwarancje na blisko połowę naszego budżetu.

Będziemy słono płacić za euro

Z jednej strony płacimy za kredyt walutowy z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, z drugiej oferujemy pomoc finansową dla państw strefy euro. W jakim właściwie stanie są finanse Polski? Finansiści spekulują, że możemy pośredniczyć w przekazywaniu pieniędzy z MFW do zagrożonych krajów eurostrefy.

Polska zapłaci ok. 60 mln USD za roczny dostęp do elastycznej linii kredytowej (FCL) z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wniosek o postawienie w stan gotowości pomocy walutowej dla Polski w wysokości 20,1 mld USD złożony został przez ministra finansów oraz prezesa NBP we wtorek.
– Byłam przekonana, że wniosek do MFW będzie respektował ustalenia zarządu NBP, iż to rząd jako podmiot wnioskujący sfinansuje koszty FCL – mówi prof. Zyta Gilowska, członek Rady Polityki Pieniężnej. – Gdyby było inaczej, uznałabym to za skandal, zwłaszcza że stanowisko zarządu NBP było kilkakrotnie prezentowane publicznie przez p.o. prezesa Piotra Wiesiołka i wiceprezesa prof. Witolda Kozińskiego – dodaje.

Przed złożeniem wniosku minister finansów Jacek Rostowski odbył długą rozmowę z nowym prezesem NBP Markiem Belką na temat tego, kto za FCL zapłaci. Rząd stał na stanowisku, że powinien to być NBP.
– Jeszcze przed wyborem prezesa Belki stanowiska rządu i NBP bardzo się zbliżyły – twierdzi Rostowski, nie wyjaśniając, na czym to zbliżenie polega, skoro jednak to rząd zapłaci. Minister powiedział też, że obaj z prezesem NBP uważają, że to, co dzieje się w gospodarce światowej, a szczególnie europejskiej, grozi poważnymi szokami dla gospodarki polskiej. – Dlatego nie chcieliśmy opóźniać wystąpienia o elastyczną linię kredytową do MFW – wyjaśnia.

Tymczasem zaledwie dzień wcześniej pojawiła się wiadomość, że minister finansów obiecał Brukseli, iż może udzielić finansowej pomocy, gdyby jakiś kraj eurostrefy stanął przed widmem zapaści finansowej. Chodzi o deklarację udziału Polski w tzw. Europejskim Funduszu Stabilizacyjnym, który ma dysponować 750 mld euro na pomoc zagrożonej Grecji, a w razie negatywnego rozwoju wydarzeń – także Hiszpanii, Portugalii, Włochom i Irlandii.

500 mld euro z tej kwoty zobowiązane są dostarczyć kraje eurostrefy, a 250 mld zadeklarował MFW. Polska, nie będąc w strefie euro, nie miała obowiązku szafować pieniędzmi polskich podatników, a jednak Rostowski wysunął się przed szereg. Spośród 11 państw UE spoza eurostrefy zdecydowała się na to oprócz nas tylko Szwecja.

Analitycy Goldman Sachs wyliczyli, że według reguł Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego Polska zobowiązana byłaby udzielić zagrożonym krajom gwarancji na 28 mld euro, czyli blisko połowę swojego budżetu.
– Polska i Szwecja zadeklarowały, że są gotowe dołączyć do tej pomocy w zależności od przypadku, jeżeli będziemy uważali, że jest to w interesie naszym, naszych najbliższych sąsiadów i całej Europy. To znaczy, że sami zdecydujemy, czy pomóc i w jakiej skali – przekonuje Rostowski, dodając, że „nie wyobraża sobie, co mogłoby być większym dla Polski zagrożeniem niż rozpad UE”. Decyzję w tej sprawie podejmie rząd.

– Realną kwotą byłoby kilkaset milionów euro, gdyby chodziło o większą kwotę – decydował będzie polski parlament – zapewnia szef resortu finansów. Dodaje, że byłaby to pożyczka, ponieważ nie ma prawnej możliwości udzielenia gwarancji. – Będziemy jednak proponowali zmianę ustawy, aby zamiast pożyczki mogły to być gwarancje. Są one mniej uciążliwe dla gospodarki – zaznacza Rostowski.

– Z jednej strony rząd chce dostępu do kredytu MFW, z drugiej – deklaruje bliżej nieokreśloną pomoc na rzecz eurostrefy. Sami się zadłużamy i jednocześnie chcemy gwarantować pożyczki innym zadłużonym krajom. To zupełnie nie ma sensu. Rząd wkręca kraj w spiralę zadłużenia, gdzie wszyscy wszystkim są coś winni – komentuje Jerzy Bielewicz, szef Stowarzyszenia „Przejrzysty Rynek”. Według niego, może to zagrozić naszej walucie. – Takie decyzje powodują, że powstaje pajęcza sieć niejasnych zobowiązań, która dla sektora publicznego jest surogatem derywatów w prywatnym sektorze finansowym – ocenia prof. Gilowska, była minister finansów.

Wielu finansistów spekuluje na tle tych dwóch decyzji Rostowskiego, o co właściwie rządowi chodzi.
– FCL i pomoc dla eurostrefy mogą być posunięciami niezależnymi. Po prostu władze Polski zdecydowały, że trzeba dać zarobić MFW za ów „platynowy pakiet ubezpieczeniowy” – uważa jeden z rozmówców „Naszego Dziennika”, przypominając, że szef NBP Marek Belka był do niedawna dyrektorem w MFW.
– Na podobnej zasadzie Polska przez cały okres transformacji płaciła ciężki haracz za różne „gotowości” na rzecz Banku Światowego. Dopiero rząd PiS zerwał z tą polityką – utrzymuje nasz rozmówca związany z resortem finansów. Dopuszcza jednak możliwość, że pomoc dla eurostrefy i FCL to kombinacja powiązana.
– Pomoc deklarowana przez ministra Rostowskiego może być pretekstem, żeby zmienić ustawę o gwarancjach i poręczeniach Skarbu Państwa w taki sposób, aby pozwoliła rządowi na sfinansowanie FCL. Rostowski miał z tym problem prawny, dlatego cała gra szła o to, by NBP zapłacił – twierdzi nasz rozmówca. Rząd musi znaleźć na ten cel w budżecie 180 mln złotych.

Nie brakuje też głosów, że przedsięwzięcie Rostowskiego ma charakter bardziej skomplikowany.
– Konieczność skorzystania przez strefę euro z pomocy MFW – w którym dyrygują Amerykanie – w utworzeniu Europejskiego Pakietu Stabilizacyjnego jest potężną porażką prestiżową dla UE, która sama nie potrafi utrzymać w ryzach swojej waluty. Może zatem chodzi o to, aby MFW świadczył tę pomoc za pośrednictwem kraju należącego do UE, jakim jest Polska? Kłopoty Grecji i innych krajów mogą być większe niż 750 mld euro z Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego, a w takim wypadku Polska mogłaby dostarczyć ekstra pomocy w postaci środków z MFW – spekulują finansiści.
– Zachodzi pytanie o granice naszego poświęcenia… – kończy refleksyjnie jeden z nich. W takim wypadku w grę wchodziłoby realne wykorzystanie przez Polskę elastycznej linii kredytowej. Według wyliczeń NBP za wykorzystanie zaledwie 30 proc. tych środków przez 5 lat Polska musiałaby zapłacić 1 mld złotych.

Małgorzata Goss, Nasz Dziennik

Posted in Gospodarka | 20 Komentarzy »

Nie chcesz? No to masz!

Posted by Marucha w dniu 2010-06-18 (Piątek)

Coraz więcej Polaków nie chce euro

W kwietniowym sondażu Centrum Badania Opinii Publicznej za rezygnacją ze złotego opowiedziało się 41 proc. Polaków. Przeciw była niespełna połowa z nas.

W ostatnich latach poparcie dla wspólnej waluty w Polsce systematycznie rosło. W marcu 2009 roku zwolennicy stanowili 53 proc. pytanych. Sprzeciw głosiło 38 proc. Zdaniem CBOS zachęcająco działał wówczas przykład Słowacji, która stała się członkiem unii walutowej w apogeum kryzysu, którego skutki były wówczas nieprzewidywalne.

Obecny odwrót od członkostwa w strefie euro CBOS też wiąże z kryzysem.
– Być może przykład Grecji, stojącej na krawędzi bankructwa, podziałał na Polaków odstraszająco, uświadamiając im, że samo przystąpienie do strefy euro nie gwarantuje stabilności gospodarczej i finansowej państwa. Prawdopodobnie część osób ma także świadomość, że Polska nie spełnia obecnie kryteriów konwergencji umożliwiających wejście do strefy euro – czytamy w raporcie. [Admin wątpi, czy sprzeciw wobec euro u Polaków zależy w jakimkolwiek stopniu od spełniania „kryteriów konwergencji”. – admin]

Najwyższe poparcie dla wspólnej waluty w badaniach CBOS było w 2002 roku, kiedy zwolennicy stanowili 64 proc. pytanych.

Za: gazeta.pl

Posted in Gospodarka | 6 Komentarzy »