Dziennik gajowego Maruchy

"Blogi internetowe zagrażają demokracji" – Barack Obama

Archive for Czerwiec 17th, 2010

Szlachtowanie generała Zagórskiego

Posted by Marucha w dniu 2010-06-17 (Czwartek)

Artykuł ten, autorstwa zamordowanego polskiego historyka, dr-a Dariusza Ratajczaka, rzuca wiele światła na tajemnicę „zaginięcia” generała Zagórskiego. Zarazem będzie on pierwszym z całego szeregu artykułów, przypominających osobę dr-a Ratajczaka. – admin

Motto: Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor.
Józef Beck, Sejm RP, 5 maja 1939

Zdaję sobie sprawę, że wyrażanie negatywnych opinii o Józefie Piłsudskim w sierpniu ( rocznica Bitwy Warszawskiej) i listopadzie ( rocznica 1918 r.) uważane jest za wysoce niestosowne (już na pewno w kręgach miłościwie nam panującej neo-piłsudczyzny, czyli V Brygady). Postanowiłem przeto w tzw. międzyczasie przypomnieć, a nawet skomentować słynną – dzisiaj wstydliwie chowaną pod sukno – sprawę generała Włodzimierza Zagórskiego.

Przed wybuchem I wojny światowej Zagórski był prominentnym oficerem II Oddziału Sztabu Generalnego w Wiedniu. Odpowiadał za kierunek rosyjski, to znaczy podlegały mu odpowiednie wysunięte ekspozytury wywiadowcze (Hauptkundschaftstellen) w Krakowie, Przemyślu oraz Lwowie, które z kolei zatrudniały sieć agentów, w tym samego Piłsudskiego.

Ja wiem, nawet dzisiejsi apologeci marszałka (vide: dr Ryszard Świętek – „Lodowa ściana”) , idąc zresztą – bo inaczej nie można – śladem autorów PRL-owskich (Zbigniew Cieślikowski, Jerzy Rawicz) i emigracyjnych (Jędrzej Giertych), potwierdzają fakt współpracy tegoż z wywiadem wojskowym Austro-Węgier ( w tym branie pieniędzy), ale rozgrzeszają takie praktyki, gdyż służyć miały one walce o niepodległą Polskę.
Zapominają wszelako, że jak napisał prof. Maciej Giertych: Wywiady płacą agentom, bo są im przydatne ich usługi. Gdyby nie były przydatne – nie płaciłyby (Opoka, nr 25, luty 1998). Co więcej, płacą, a czasami, w ramach handelku, wymieniają się informacjami z wywiadami nawet wrogich państw. Nie dałbym głowy, że Austriacy incydentalnie podrzucali Rosjanom jakieś papiery dotyczące np. warszawskich struktur PPS. Strasznie śmierdząca sprawa, ale kto raz z wywiadem zaczyna, ten w g**** wchodzi.

Zagórski osobiście poznał Piłsudskiego dopiero po wybuchu wojny, gdy został z ramienia Austriaków szefem sztabu Komendy Legionów, czyli de facto przełożonym skromnego brygadiera. Panowie znienawidzili się. Uczucie to przeniosło się na I połowę lat dwudziestych z jednego podstawowego powodu: Zagórski nie wyzbył się pamięci, jak inni polscy oficerowie z dawnej armii austro-węgierskiej. Wiedział o Piłsudskim dużo, za dużo, a Marszałek – o czym milczą jego wielbiciele, chciał o niekoniecznie chlubnej przeszłości zapomnieć. Dlatego już jesienią 1925 r. mobilizuje przeciwko utalentowanemu organizatorowi polskiego lotnictwa opinię publiczną, wikłającą go w aferę Frankopolu (kompletna, ale nośna społecznie bzdura), czy oskarżającą o brak patriotyzmu w latach Wielkiej Wojny. W tym wypadku ogarem okazał się, podług celnego określenia Stanisława Cata-Mackiewicza, nieuk o psychologii łobuza, frazes pozbawiony wszelkiej treści, czyli Wojciech Stpiczyński – nie bez kozery twórca nic nie znaczącego hasła sanacja. Oczywiście nienawiść wzrośnie, gdy w maju 1926 r. Zagórski- szef Departamentu Lotnictwa – stanie po stronie prawowitych władz Rzeczypospolitej, broniąc Warszawy przed rebeliantami.

Zagórski został aresztowany przez zwycięskich buntowników w Wilanowie w dniu 16 maja 1926 r. Po kilku dniach, wraz z innymi generałami (m.in. właściwym zwycięzcą Bitwy Warszawskiej- Tadeuszem Rozwadowskim) przewieziono go do więzienia na wileńskim przedmieściu Antokol. Siedział tam do sierpnia roku następnego. To wiemy na pewno.

Gdzie jest generał? (wersja reżimowa)

Podług oficjalnej wersji Zagórskiego zwolniono z aresztu w Wilnie 6 sierpnia 1927 r. Generał w towarzystwie żandarmów przyjechał pociągiem do Warszawy i prosto z dworca kazał się zawieść autem do… Łaźni Fajansa na Krakowskim Przedmieściu. Pożegnał się z obstawą i … wyparował – najpewniej uciekł, czyli zdezerterował z wojska. Później uzupełniano ją o inne elementy, np. oświadczenie niejakiego Dawida Erdkracha (homoseksualisty, oszusta i podwójnego szpiega; już nie wiadomo od kogo dostał czapę podczas II wojny światowej), że ten widywał go dość często w wiedeńskich kawiarniach. Sanacyjna propaganda nie popisała się: wszystko to było prymitywne, naciągane i nielogiczne.

Gdzie jest generał? (wersja nieoficjalna)

Przedstawiona poniżej wersja generalnie, przynajmniej w moim odczuciu, odpowiada prawdzie. Rzecz jasna pewnych szczegółów nie da się już jednoznacznie ustalić. Podaję ją w oparciu o źródło, które ujawnię każdemu, kto o to poprosi. A zatem, co się stało z nieszczęsnym generałem?

Przede wszystkim powróćmy do antokolskiego więzienia. W przeciwieństwie do innych uwięzionych generałów przechodzących rodzaj załamania psychicznego lub też podupadających gwałtownie na zdrowiu (Rozwadowski), Zagórski jest w dobrej formie. Odgraża się, że ujawni kompromitujące papiery z przeszłości, że jego uwięzienie to skandal itd. Słowem – nie daje się zmiękczyć. W nocy z 5/6 sierpnia , na podstawie pisemnego rozkazu, zabierają go z kazamatów kapitanowie Miładowski i Myśliszewski (w asyście żandarmów). Wcześniej ubierają w cywilne ubranie, w tym umyślnie za duży kapelusz. Wszyscy podążają na dworzec. Zagórski podróżuje do Warszawy w szczelnie zasłoniętym przedziale pociągu. W stolicy na peronie dodatkowo czekają (w cywilu!) kapitanowie Płaskowski, były szef Oddziału II z D.O.K. Grodno, Włoskowicz oraz organizator ówczesnego „Strzelca”, słynny Łokietek. Dworzec pustoszeje, piłsudczycy prowadzą generała do czekających w pobliżu aut. Jedno z nich miało numer rejestracyjny W-6141. Zapisał go jakiś kolejarz.

Początkowo uwolnionego więźnia zawieziono do Walerego Sławka na ulicę Chopina 1. Zagórski znał przyszłego prezesa BBWR z działalności szpiegowskiej na rzecz Austro-Węgier pod pseudonimem Stefan Pierwszy (Stefanem Drugim był sam Piłsudski: panowie brali pieniądze w HK-Stelle Krakau), miał odpowiednie raporty, kwity itd. Teraz Sławek zaklina go, by je wydał, a Piłsudski wszystko wybaczy. Generał w ostrych słowach odmawia. Wtedy Sławek przekazuje ofiarę osławionemu majorowi Zygmuntowi Wendzie (wtedy szefowi ochrony Piłsudskiego, po wybuchu wojny kierownikowi Obozu Zjednoczenia Narodowego) – dla zmiękczenia uporu. Ten przewozi nieszczęśnika do lokalu Strzelca przy ulicy Dobrej 2.

Na Dobrej oprawcy związują Zagórskiemu ręce na plecach, obrzucają wyzwiskami, biją po twarzy, kopią i okładają szablami – zrazu płazem. Generał nie chce współpracować, zatem przypalają mu skórę papierosami, cygarami oraz kłują sztychem szabli. W torturowaniu Zagórskiego uczestniczyli (trudno ustalić, kto biernie, a kto czynnie): ppłk. Piątkowski i Józef Beck, major Wenda, kapitanowie Kowalski, Miładowski, Myśliszewski, Płaskowski oraz Łokietek. Na pewno, wbrew pogłoskom, wśród egzekutorów nie było Bolesława Wieniawy- Długoszowskiego. Można mu wierzyć na słowo – niekoniecznie trzeźwe. To był wprawdzie człowiek nie pozbawiony wad, ale niezdolny do takiego świństwa.

Zagórskiego dręczono w ten sposób przez kilka dni. Podczas jednej z tych szczególnych sesji generałowi udało się uwolnić i zdzielić krzesłem dwóch oprawców (trafili do szpitala). Wersja, tym razem niepotwierdzona, głosi, że w wynikłym zamieszaniu ofiara podbiegła do samego Piłsudskiego (a dyktator dyskretnie nocą odwiedził lub odwiedzał lokal Strzelca), policzkując go. Wtedy miał paść rozkaz: skończyć z nim… niech zabierze swą tajemnicę do grobu.

Jak było w tym konkretnym momencie – trudno powiedzieć, faktem natomiast jest, że śmierć Zagórskiego była straszna, rzeźnicza. Były dowódca lotnictwa został dosłownie rozsiekany szablami – do tego stopnia, iż ręce, którymi zasłaniał głowę wisiały na rękawach. Konającego dobił z pistoletu – strzał w tył głowy- major Wenda? Beck? Któryś z kapitanów? Zmasakrowane zwłoki najpierw przewieziono do Fortu Legionów przy szosie Grójeckiej, a następnej nocy do Wilanowa, gdzie zaszyte w worek obciążony kamieniami rzucono do Wisły.

W ten nieskomplikowany sposób uratowano honor ludzi walczących o wyśnioną, niepodległą Ojczyznę

Dariusz Ratajczak

Posted in Historia | 34 Komentarze »

Na trzy dni przed wyborami…

Posted by Marucha w dniu 2010-06-17 (Czwartek)

Felieton autonomiczny

Z PiS-owskiego punktu widzenia, ale pewną liczbę prawd zawiera. – admin.

Na trzy dni przed wyborami sytuacja wygląda następująco. Kandydat na prezydenta, marszałek Sejmu Bronisław Komorowski, wykonujący równocześnie obowiązki prezydenta po zmarłym tragicznie Lechu Kaczyńskim, umożliwił jednej orientacji politycznej, Platformie Obywatelskiej, jeszcze przed wyborami, przejęcie pełni władzy w Polsce. Konstytucyjne prezydenckie uprawnienia zostały zagospodarowane tuż przed wyłonieniem przez Naród w wyborach powszechnych nowego prezydenta. Wygrana marszałka Sejmu władzę tę ma ugruntować.

Pełniący obowiązki prezydent Bronisław Komorowski, postępując legalnie, ale wbrew oczywistym i publicznie deklarowanym jeszcze za życia prezydenta Lecha Kaczyńskiego intencjom i deklaracjom, dokonał w interesie własnej formacji politycznej, która desygnowała go jako kandydata na urząd prezydenta, wielu istotnych zmian w instytucjach państwa. Przypomnę tylko niektóre ważniejsze fakty. Nowelizacja ustawy o IPN, która likwiduje jego niezależność, powołanie BBN i jego szefa, powołanie rzecznika praw obywatelskich, prezesa NBP, likwidacja Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji i zapowiedź nowelizacji ustawy o radiu i telewizji kończąca kadencje rad nadzorczych radia i telewizji, podpisanie ponad 45 ważnych ustaw w 40 dni.

Zmiany te, podejmowane w iście błyskawicznym tempie (a nuż wygra Jarosław Kaczyński), znajdują pełną akceptację Donalda Tuska. Więcej, premier uważa, że skupienie całej władzy w rękach Platformy Obywatelskiej będzie dobre dla Polski. Podczas swojej wizyty na Pomorzu stwierdził, że w „Polsce nie ma miejsca na dwuwładzę”, a sytuacja, w której przedstawiciele jednego ugrupowania stoją na czele państwowych instytucji, jest jak najbardziej pożądana, gdyż nie walczą między sobą, a realizują „spójną politykę”. Dlatego, zdaniem premiera, wygrana Bronisława Komorowskiego „daje szansę na zakończenie wojny polsko-polskiej”.

Po takiej deklaracji Polska rzeczywiście jawi się jako „nienormalność”, tylko że tej nienormalności Donald Tusk już nie dostrzega, jak kiedyś. Twierdzenie, że w Polsce nie ma miejsca na „dwuwładzę”, przeczy nie tylko prawu, logice, ale i zdrowemu rozsądkowi. Polska bowiem funkcjonuje w takim ustroju politycznym, jaki został zapisany w Konstytucji. To ona stanowi m.in. o podziale i równowadze między władzą ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, powierzając władzę zwierzchnią nad nimi Narodowi.

Zgodnie z Konstytucją Sejm sprawuje kontrolę nad działalnością Rady Ministrów. Czy „myśląc Tuskiem”, nie należałoby powiedzieć, że jest to element „dwuwładzy”? Z pewnością nie, pod warunkiem jednak, że ta sama koalicja partyjna ma większość w obu izbach parlamentu i kieruje gabinetem. Czy prezydent, wybrany przez Naród na najwyższego przedstawiciela RP i gwaranta ciągłości władzy państwowej, wykonujący swoje konstytucyjne obowiązki, może być elementem „dwuwładzy”? Sądząc po wypowiedzi Donalda Tuska, tak – gdy wywodzi się on z innej orientacji politycznej niż jego rząd. „Dwuwładza” zanika, a w jej miejsce pojawia się zgoda i „spójna polityka”, gdy rząd i prezydent reprezentują tę samą partię polityczną, czyli Platformę Obywatelską.

Zadziwiająca to interpretacja Konstytucji, demokracji i państwa prawa w opinii premiera, który – jak widać – nie tylko nie czytał traktatu lizbońskiego, ale i polskiej Ustawy Zasadniczej. Bajdurzenie premiera Tuska o „dwuwładzy” jest dla niego kompromitujące. Każdy student prawa, a nawet uczeń liceum wie, że władza wykonawcza w Polsce należy do prezydenta (wymieniony jest jako pierwszy) i Rady Ministrów (art. 10 ust. 2 Konstytucji). Jeżeli jest to „dwuwładza”, panie premierze, to najpierw proszę zmienić Konstytucję, a nie szyć urząd prezydenta pod własnego kandydata, gdyż prezydentem zostaje się w wyborach powszechnych i każdy, którego Naród wybierze na ten urząd, ma prawo i obowiązek wykonywać swoje uprawnienia zgodnie z Konstytucją.

Oczywiście, można się domyślać, co naprawdę miał na myśli Donald Tusk. Tylko wtedy dobrze się rządzi, gdy ma się pełne wsparcie władzy ustawodawczej, sądowniczej i prezydenta. Tylko że dążenie do obsadzenia wszystkich instytucji państwa tymi, którzy gwarantują „spójną politykę”, jest drogą prowadzącą do totalitaryzmu. Prezydent nie musi i nie powinien bezkrytycznie uczestniczyć w polityce rządu i parlamentu, gdyż zgodnie z Konstytucją ma w państwie zagwarantowaną własną, szczególną rolę, wynikającą z faktu powierzenia mu najwyższego urzędu z woli Narodu w wyborach powszechnych. Jest zobowiązany dbać o dobro Narodu i pomyślność obywateli, a nie o dobro i pomyślność partii politycznej, która zapewniła sobie w państwie dominującą pozycję. Prezydent, który rezygnuje z możliwości korzystania z prawa weta, który bezkrytycznie podpisuje wszystkie ustawy zgodnie z intencją rządzącej partii politycznej, przestaje być reprezentantem Narodu. Taki model ustroju państwa daleki jest od uregulowań zawartych w naszej i tak niezbyt przecież doskonałej Konstytucji.

Przypomnę, że taką właśnie „jedność polityczno-moralną narodu” fundowali nam przez 45 lat komuniści. Mieli w swoich rękach wszystko: parlament, rząd, wojsko, służby, sądy, media, a nad nimi kontrolę sprawował komitet centralny i jego wąskie, zastrzeżone tylko dla wtajemniczonych towarzyszy, biuro polityczne, a nad nim razwiedka, obca i rodzima.

Drogę od deklarowanego liberalizmu do totalitaryzmu można też doskonale zobaczyć na przykładzie zawłaszczania przez PO mediów publicznych. Dla Bronisława Komorowskiego TVP 1 to „gniazdo os” tylko dlatego, że władzę w telewizji sprawują dziś osoby rekomendowane przez PiS i SLD. To samo „dwójmyślenie” co zwykle. Jeżeli ja nominuję Belkę na szefa NBP i dogaduję się z Cimoszewiczem, to „zdobywam poparcie”. Kiedy zaś moi konkurenci robią to samo, to jest to przykład ewidentnej „korupcji politycznej”. Przejmowanie mediów odbywa się pod pretekstem odpolitycznienia, podobnie jest z IPN; my tylko „odpolityczniamy te instytucje”, nasi przeciwnicy natomiast je „zawłaszczają”.

Tymczasem nowa KRRiT nadal będzie ciałem politycznym (kandydaci Sejmu, Senatu, prezydenta), gdyż innym być nie może, o czym przypomina stosowny zapis w Konstytucji. Z kolei kompletowanie rad nadzorczych mediów publicznych za pomocą konkursów wraz z oddelegowaniem do nich przedstawicieli ministrów skarbu, finansów i kultury także świadczy o politycznych wyborach. Czyli znowu to samo. Przeciwnicy to „gniazdo os”, nasi to „pluralizm i odpolitycznienie”.

Dlatego należy przypomnieć, że to właśnie wyborcze zwycięstwo PiS w 2005 roku zapoczątkowało prawdziwy pluralizm w mediach publicznych. Wreszcie na antenie Telewizji Polskiej mogli się pojawić dziennikarze i komentatorzy, którzy wcześniej rzadko tam bywali lub też nie bywali wcale, np. Rafał Ziemkiewicz, Piotr Semka, Tomasz Sakiewicz, Jacek i Michał Karnowscy, Jan Pospieszalski, Bronisław Wildstein, Joanna Lichocka, Barbara Fedyszak-Radziejowska, Zdzisław Krasnodębski, Jan Żaryn, Waldemar Żyszkiewicz.

Na trzy dni przed wyborami warto przypomnieć rządzącym, że eliminowanie niezależnych, krytycznie myślących dziennikarzy i zastępowanie ich koniunkturalnym „dziennikarskim salonem” to również jeden z elementów państwa totalitarnego.

Wojciech Reszczyński, Nasz Dziennik

Posted in Polityka | 21 Komentarzy »